21
Nie bój się sięgać po pomocna dzidę
Siema dzidki!

Mam nadzieję, że to rozejdzie się równie szeroko jak oryginał, bo ten mem to niestety niezła bzdura (pewnie autor do rzymianin i jest to część szerszego planu!).

Najlepsze jest to, że doskonale pamiętam, kiedy sam myślałem dokładnie tak jak autor. I wiecie, co było dla mnie największym przełomem? Zrozumienie, że można być na tyle inteligentnym, żeby używać własnego mózgu do skutecznego spierdalania przed własnymi emocjami.

Bo widzicie, jeśli macie poukładane emocje, ale zwyczajnie nie ogarniacie jakiegoś tematu, to faktycznie przyda wam się ktoś mądrzejszy. Mentor, doradca, coach czy inny guru.

Ale jeśli jesteście inteligentni, potraficie wszystko logicznie wytłumaczyć, przeanalizować i znaleźć odpowiedź na każdy problem, a jednocześnie macie emocjonalny burdel w głowie, to ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujecie, jest ktoś, kto będzie z wami rywalizował na argumenty.

Potrzebujecie kogoś, kto pomoże wam dotrzeć do emocji, które wasz zajebisty intelekt nauczył się omijać, tłumić albo zagłuszać.

I właśnie dlatego inteligentni ludzie też potrzebują terapii. Czasem nawet ich własna inteligencja utrudnia im pracę nad sobą.

Także trzymajcie się tam w tych piwnicach, dzidki. I nie bójcie się sięgać po pomoc. Nawet najmądrzejszy łeb może mieć niezły rozpierdol pod kopułą. xD
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
25
Siema dzidki. Widziałem niedawno dokument na temat nerwicy natręctw czy jak to nazywają profesjonalnie: Zaburzeń Obsesyjno Kompulsywnych z ang. OCD. Pomyślałem, że podzielę się historią mojego spierdolenia, bo miałem dokładnie tak samo za dzieciaka i ostatecznie udało mi się z tego wyjść samemu.

Wszystko zaczęło się jak miałem jakieś 9-10 lat. Co noc przed zaśnięciem musiałem wykonać pewien rytuał, na początku było to tylko ułożenie mojego miśka na poduszce i przykrycie go kołderką. Potem dokładałem coraz więcej elementów np kilka zabawek musiało być ułożonych na stole w odpowiedniej kolejności, drzwi musiały być zawsze uchylone o ten sam kąt itd. Wtedy nie rozumiałem za bardzo konsekwencji jakie to za sobą niesie. Stopniowo zaczynało to być wyczerpujące ale czułem wewnętrzną potrzebę wykonywania tych czynności, bo jak ich nie wykonam to stanie się coś złego - ktoś umrze, albo komuś stanie się krzywda i to będzie moja wina, albo po prostu przestanę być sobą i to też będzie złe.

Z nocnych rytuałów szybko przeszedłem też do kolejnych za dnia. Jak piłem jakiś napój to musiałem za każdym razem pić 4 łyki naraz. Mieszanie to też wielokrotność liczby 4. Jak ktoś oglądał Dzień Świra, to on miał dokładnie to samo i wcale nie było mi do śmiechu jak to widziałem. Jakie to uczucie jak nie wykonasz tych czynności? Przejebane, coś jak swędzenie pod skórą, mięśnie aż się rwą żeby to wykonać, a ty się powstrzymujesz z całych sił i nie możesz myśleć o niczym innym. Jedyny sposób żeby to uspokoić to wykonać rytuał.
Inne przykłady to chodzenie po chodniku - nie można oczywiście stanąć na łączeniach płyt, a jak już staniesz to musisz się wrócić i cztery razy przejść nie po łączeniu, taki jakby reset czegoś co zrobiłeś źle. Z tymi drzwiami w sypialni tak samo, jak nie ustawisz kąta dobrze za pierwszym razem to cztery razy powtórka. Jak się domyślacie to było mega uciążliwe.

Skąd to się bierze? Huj wie. Może jest tu jakiś ekspert i wyjaśni. Ja pochodzę z w miarę normalnej rodziny. Oboje rodziców po studiach, matka psycholog ojciec architekt, dwójka starszego rodzeństwa. Ja sam też jestem chyba w miarę ogarnięty, w szkole same 5, studia i dobra praca w IT. Co ciekawe matka psycholog, po latach powiedziała mi, że zauważała te moje dziwactwa ale zalecenie w środowisku było takie, żeby to ignorować.

Jak miałem już jakieś 13-14 lat czyli dobre kilka lat jebania się z tą moją spierdoliną to postanowiłem coś z tym zrobić, bo już znacząco utrudniało mi to życie. Wszystkie te rytuały w ciągu dnia sumowały się do 2-3 godzin, kurwa szkoda czasu. Na początek próbowałem olewać te myśli ale to szybko okazało się bezskuteczne, najwięcej co udało mi się tym osiągnąć to opóźnienie wykonania rytuału, tzn jak teraz zamieszałem 2 razy łyżeczką ale za 2 minuty zrobię to jeszcze 2 razy i będzie git. Próbowałem też, liczyć tylko do 2, czasem działało, ważne że parzyste, a jak przypadkiem dojadę za daleko do 5, to wystarczy zrobić 6, a nie 8. Potem coraz bardziej rozciągałem wykonywanie w czasie - godzina przerwy, potem dwie, a nawet na zasadzie, że zrobię rytuał jutro. Rzecz która najbardziej mi pomogła to walenie konia, nie no żartuję nie ma tak łatwo. Pomogło mi oszukiwanie samego siebie. Pijąc herbatę zrobiłem 3 łyki zamiast 4 ale w myślach policzyłem do 4 i o dziwo okazało się, że to wystarczy mojemu zjebowi licznikowi w głowie. 

W sumie to do dzisiaj jak coś piję to liczę w myślach do 4, ale fizyczna ilość łyków nie ma już znaczenia. Zrozumiałem, że temu licznikowi w podświadomości nie zależy na faktach tylko coś musi być policzone i wystarczy to zrobić w wyobraźni. Tak więc szybko przeniosłem tą ideę na resztę natręctw i zamiast wykonywać coś w realu po prostu wyobrażałem sobie, że to robię i fajrant pora na CSa.
Po kilku miesiącach przerabiania tych rytuałów w myślach okazało się, że nie ma już tego swędzenia pod skórą, tak jakby pamięć mięśniowa zniknęła i w pewnym sensie odciąłem więź między realnym światem, a zjebem w mojej głowie. Dzisiaj grubo po 30-tce nie ma już prawie nic z tych zaburzeń, a nawet jak jakieś się próbują pojawić to je zlewam ciepłym moczem, bo szkoda się z nimi pierdolić, a jak komuś się stanie krzywda to przecież nie moja wina. A jak miałbym się zmienić w kogoś innego przez niewykonanie jakiejś czynności to też huj z tym, wszystko się zmienia i nie da się być starym “sobą” całe życie.

Mam nadzieję, że może komuś tym pomogłem, może dałem komuś nadzieję na wyleczenie z tej zjebanej choroby, pewnie mamy tu sporo ludzi z zaburzeniami, w końcu to dzida. Jak ktoś chce o tym pogadać to śmiało. Trzymajcie się i wypierdalam, wypierdalam, wypierdalam, wypierdalam.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.075517892837524