13
Humor
6 m
136
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
Początki tego znanego produktu mogą zadziwić, bowiem w pewnym sensie otworzyły one nowy rozdział w historii 100-letniego zakładu WSP Społem.
Snack – Przysmak Świętokrzyski, bo o nim mowa, to nie tylko pyszna przekąska, lecz także symbol przetrwania fabryki i jej pracowników.
Mało kto wie, że ten znany smakołyk stał się podwaliną sukcesu kieleckiego producenta. W trudnych dla zakładu czasach dostosowania się do realiów wolnorynkowych napędzał sprzedaż, zdobywając kolejne kraje na dwóch kontynentach. Ówczesny prezes, Jerzy Misiak ocenił go, jako produkt pozwalający ustabilizować sytuację ekonomiczną firmy.
To dzięki niemu rozwinęła się produkcja Majonezu Kieleckiego. Zyski z jego sprzedaży wykorzystano na modernizację linii produkcyjnych i promocję wyrobu. Snack – Przysmak Świętokrzyski otworzył też drogi do produkcji innych wyrobów, które zdobywają serca Polaków do dziś.
Snack – Przysmak Świętokrzyski, bo o nim mowa, to nie tylko pyszna przekąska, lecz także symbol przetrwania fabryki i jej pracowników.
Mało kto wie, że ten znany smakołyk stał się podwaliną sukcesu kieleckiego producenta. W trudnych dla zakładu czasach dostosowania się do realiów wolnorynkowych napędzał sprzedaż, zdobywając kolejne kraje na dwóch kontynentach. Ówczesny prezes, Jerzy Misiak ocenił go, jako produkt pozwalający ustabilizować sytuację ekonomiczną firmy.
To dzięki niemu rozwinęła się produkcja Majonezu Kieleckiego. Zyski z jego sprzedaży wykorzystano na modernizację linii produkcyjnych i promocję wyrobu. Snack – Przysmak Świętokrzyski otworzył też drogi do produkcji innych wyrobów, które zdobywają serca Polaków do dziś.
Aby przybliżyć historię produktu, warto sięgnąć do archiwum i w rozmowie z prezesem Adamem Jamrozem, przedstawić skrót najważniejszych wydarzeń historii Zakładów Wytwórczych „Społem”. Pod taką bowiem nazwą zakład funkcjonował w czasach PRL.
– Początkowo lista oferowanych wyrobów była relatywnie długa (m.in. mydło, ocet, musztarda, potem torby, kartony, świecie, olej arachidowy, wyroby chemiczne i kosmetyczne itd.). Przyszła II wojna światowa, która pokrzyżowała losy pracujących tu ludzi jak i samej wytwórni. Pracownicy nie poddali się jednak, pracując przez długi czas pod presją niemieckiego okupanta by utrzymać funkcjonowanie i stabilność fabryki – wspomina Adam Jamróz, trzymając w ręku wydany w 2020 r. „Album 100 lat WSP SPOŁEM”.
W latach 50- i 60-tych XX w., zakład ponownie odżył co znacząco zwiększyło znaczenie produkcji wyrobów spożywczych. W 1959 r. rozpoczęto produkcję kultowego Majonezu Kieleckiego, w 1969 r. – makaronów, a później tortellini. W 1988 r. ruszyła produkcja wspominanego Snacka – Przysmaku Świętokrzyskiego, który błyskawicznie okazał się strzałem w dziesiątkę.
– Początkowo lista oferowanych wyrobów była relatywnie długa (m.in. mydło, ocet, musztarda, potem torby, kartony, świecie, olej arachidowy, wyroby chemiczne i kosmetyczne itd.). Przyszła II wojna światowa, która pokrzyżowała losy pracujących tu ludzi jak i samej wytwórni. Pracownicy nie poddali się jednak, pracując przez długi czas pod presją niemieckiego okupanta by utrzymać funkcjonowanie i stabilność fabryki – wspomina Adam Jamróz, trzymając w ręku wydany w 2020 r. „Album 100 lat WSP SPOŁEM”.
W latach 50- i 60-tych XX w., zakład ponownie odżył co znacząco zwiększyło znaczenie produkcji wyrobów spożywczych. W 1959 r. rozpoczęto produkcję kultowego Majonezu Kieleckiego, w 1969 r. – makaronów, a później tortellini. W 1988 r. ruszyła produkcja wspominanego Snacka – Przysmaku Świętokrzyskiego, który błyskawicznie okazał się strzałem w dziesiątkę.
Kiedy „nie szła” sprzedaż i zamykano kolejne linie (zwłaszcza produktów chemicznych i kosmetycznych), Snack – błyskawicznie zdobywał kolejne rynki zbytu. Nakręcał produkcję i stabilizował wyniki finansowe, w najtrudniejszym okresie transformacji gospodarczej. Polacy polubili znaną kratkę, czy – jak kto woli – smażone okienka. Sprzedaż nabrała tempa, także za granicą. Jak czytamy w albumie: Ta pszenna lub pszenno-ziemniaczana przekąska dostępna w wielu kształtach przyczyniła się do ogromnego sukcesu ekonomicznego Spółdzielni.
Pracownicy, wspominając czasy ubiegłe, wskazują na olbrzymi popyt na ten produkt, m.in. długie kolejki tirów zza wschodniej granicy czekających na jeszcze ciepły, zdjęty wprost z linii produkcyjnej towar. Bywało, że turyści z tego obszaru, którzy handlowali na pobliskich bazarach, wracali autobusami wypchanymi Snackami.
Wiedząc, że na realizacje zamówienia dla klientów trzeba było czekać nawet do kilku miesięcy, zdecydowano zaniechać produkcji makaronów, na rzecz otwarcia w zamian drugiej linii produkcyjnej Przysmaku. To skokowo zwiększyło moce produkcyjne, jak i przychody zakładu.
Pracownicy, wspominając czasy ubiegłe, wskazują na olbrzymi popyt na ten produkt, m.in. długie kolejki tirów zza wschodniej granicy czekających na jeszcze ciepły, zdjęty wprost z linii produkcyjnej towar. Bywało, że turyści z tego obszaru, którzy handlowali na pobliskich bazarach, wracali autobusami wypchanymi Snackami.
Wiedząc, że na realizacje zamówienia dla klientów trzeba było czekać nawet do kilku miesięcy, zdecydowano zaniechać produkcji makaronów, na rzecz otwarcia w zamian drugiej linii produkcyjnej Przysmaku. To skokowo zwiększyło moce produkcyjne, jak i przychody zakładu.
Dziś sprzedaż Przysmaku Świętokrzyskiego ma się dobrze, a produkt znaleźć można w wielu sklepach Polski. Pozostaje również hitem eksportowym WSP SPOŁEM. W wielu krajach kielecką spółdzielnie kojarzą głównie ze Snackiem, a nie Majonezem Kieleckim. Zapytaliśmy prezesa WSP Społem, czy wspomniana przekąska tak samo smakuje, jak przed laty i czy jest nadal tak samo produkowana?
– Przysmak Świętokrzyski to nie tylko pyszny smakołyk, ale także hołd złożony smakom naszej młodości. Dbamy o to, aby każdy jego kęs przeniósł konsumenta w czasie, do lat szkolnych i wizyt u babć. W WSP „Społem” kładziemy ogromny nacisk na utrzymanie tradycyjnych receptur, dbając jednocześnie o spełnienie najwyższych standardów jakościowych. Zespół specjalistów ds. produkcji stale monitoruje proces produkcyjny, aby zachować niepowtarzalny smak, który – odpowiadając na pytanie – jest niezmienny od 1988 r., kiedy ruszyła produkcja tego produktu – mówi Adam Jamróz, prezes WSP „Społem”.
Snack – Przysmak Świętokrzyski to przekąska schyłku PRL, którą w dzieciństwie jadł chyba każdy. Kiedyś idealna do filmów lub bajek na VHS, dziś polecamy do wieczornych seansów ze znanymi serialami na HBO czy Netflixie. Pyszne chrupki szczególną popularność zdobywają w krajach Wschodniej i Centralnej Europy, gdzie wciąż są chętnie wybieraną alternatywą do popularnych chipsów czy paluszków. Wschodnie kraje uwielbiają je jeść z cukrem pudrem, w Polsce – z solą.
Występują rownież różni producenci i ksztalty, ale tutaj historia byla ciekawsza więc WYPIERDALAM!
– Przysmak Świętokrzyski to nie tylko pyszny smakołyk, ale także hołd złożony smakom naszej młodości. Dbamy o to, aby każdy jego kęs przeniósł konsumenta w czasie, do lat szkolnych i wizyt u babć. W WSP „Społem” kładziemy ogromny nacisk na utrzymanie tradycyjnych receptur, dbając jednocześnie o spełnienie najwyższych standardów jakościowych. Zespół specjalistów ds. produkcji stale monitoruje proces produkcyjny, aby zachować niepowtarzalny smak, który – odpowiadając na pytanie – jest niezmienny od 1988 r., kiedy ruszyła produkcja tego produktu – mówi Adam Jamróz, prezes WSP „Społem”.
Snack – Przysmak Świętokrzyski to przekąska schyłku PRL, którą w dzieciństwie jadł chyba każdy. Kiedyś idealna do filmów lub bajek na VHS, dziś polecamy do wieczornych seansów ze znanymi serialami na HBO czy Netflixie. Pyszne chrupki szczególną popularność zdobywają w krajach Wschodniej i Centralnej Europy, gdzie wciąż są chętnie wybieraną alternatywą do popularnych chipsów czy paluszków. Wschodnie kraje uwielbiają je jeść z cukrem pudrem, w Polsce – z solą.
Występują rownież różni producenci i ksztalty, ale tutaj historia byla ciekawsza więc WYPIERDALAM!
34
Wiele sie mowi o tym ze zarcie w UK jest chujowe
Ciekawostka:
Gotowe żarcie, wszelkie "take away", gotowce i 90% knajp faktycznie serwuje gówno bo wiekszosci angoli od lat nie chce sie gotowac w domu.
W rzeczywistości angole maja w CHUJ tanie i w CHUJ wysokiej jakosci pół-produkty oraz świezyzne - w cenach doslownie abstrakcyjnych.
Ciekawostka:
Gotowe żarcie, wszelkie "take away", gotowce i 90% knajp faktycznie serwuje gówno bo wiekszosci angoli od lat nie chce sie gotowac w domu.
W rzeczywistości angole maja w CHUJ tanie i w CHUJ wysokiej jakosci pół-produkty oraz świezyzne - w cenach doslownie abstrakcyjnych.
Angielski wedzony boczek nie ma ppdjazdu do jakiegokolwiek innego na świecie wedlug mnie a wychowalem sie na polskiej słoninie.
Ile tego cuda za £1.99 zapytacie
Ile tego cuda za £1.99 zapytacie
Caly kilogram. Chudego, ze smalcem, do pokrojenia albo do usmazenia. Cena niezmienna od lat. Kilo pysznosci za mniej niż dychę.
Moze napisze cos o innych artykułach jak jestescie ciekawi ale generalnie - w wielu krajach UE jest nie tylko drozej ale przede wszystkim gorzej jakościowo. Niestety.
Aha, jedna sprawa
Moze napisze cos o innych artykułach jak jestescie ciekawi ale generalnie - w wielu krajach UE jest nie tylko drozej ale przede wszystkim gorzej jakościowo. Niestety.
Aha, jedna sprawa
Odjebac sie od Psiego Patrolu bo zajebie jak psa
Witajcie, Kochani \O/
Dziś pokażę Wam, jak szybko, łatwo i tanio upiec pyszny, trwały i zdrowy chleb pszeniczny na drożdżach. To przepis od dzidowca dla dzidowców, więc nie ma znaczenia, że jedyne, co Ci się do tej pory upiekło, to gdy nasrałeś do paczkomatu. Ten przepis jest niemal idiotoodporny, a wszystkie pułapki, jakie czyhają po drodze, już sam zaliczyłem.
Narzędzia, których użyjemy, to absolutna podstawa wyposażenia każdej, nawet bieda-kuchni. Tym razem miałem przyjemność korzystać z królestwa mojej rodzicielki, którą serdecznie pozdrawiam. Chlebki ze zdjęć są z wczoraj i jest to moja siódma para (standardowy piekarnik mieści dwa naczynia, jakimi dysponuję, więc piekę zawsze parami). Już pierwsze podejście dało świetny wypiek.
Chociaż ta dzida będzie długa jak lista wypędzeń narodu, którego imienia nie warto wymawiać, to sam przepis jest prosty.
Wpierw jednak powiem, po co w ogóle zawracać sobie głowę pieczeniem chleba. Powodów jest kilka:
1. Smak
Rzadko trafiam na lepszy chleb z piekarni – prywatna moja obserwacja. Bochen ciężki fizycznie, ma chrupiącą skórkę, gęsty miąższ, ale jest lekki w smaku i trawieniu, ma atrakcyjną barwę, a także wyśmienity, niosący się po całym domu aromat.
2. Trwałość
Wszystkie chleby, które zrobiłem, przetrwały bez oznak zepsucia co najmniej siedem dni. Ani śladu pleśni. Ponadto, zanim chleb zostanie napoczęty, bardzo długo trzyma wilgoć. Trzymane na otwartym powietrzu bochenki czerstwiały po 5 dniach, a w chlebaku – do 7 dni, zanim zaczęły być odczuwalnie suchsze.
A czy dłużej dają radę przetrwać? Dziś zjadłem chleb 9-dniowy, trzymany w chlebaku, okrojony ze skórki. 15 sekund w mikrofali wskrzesiło go z czerstwości. No i można mrozić – choć sam jeszcze nie próbowałem.
3. Koszta
Tu bywa różnie – zależy, ile kosztuje mąka, którą wybierzesz, oraz czy zdołasz zużyć zapas, zanim minie termin przydatności.
Ja kupuję mąki w Stokrotce za jakieś 5,80 zł/kg. Mnie zawsze tej mąki zostaje, bo proporcje ułożyłem pod swoje naczynia żaroodporne, a piekę od święta. Można jednak tę mąkę (graham schodzi najwolniej) zużyć na przykład na bułeczki (o których też zrobię dzidę, gdy będę przygotowywał bułki pod burgery).
Oprócz mąki potrzebne będą jedynie drożdże (1,29 zł/100 g), resztę składników pewnie każdy ma w domu. Pomijając cenę prądu (bo każdy ma inną albo piecze, jak ja, po 2 na raz), bochenek 1200 g wychodzi za 4,30 zł.
Dla porównania – najlepszy chleb z Biedronki, „Chleb żytni 100% bez dodatku drożdży, 450 g” kosztuje 3,90 zł.
Z obliczeń wynika, że najlepszy chleb z Biedry kosztuje 8,67 zł/kg, a „mój” – 3,57 zł/kg.
Grubo ponad dwa razy mniej.
Disclaimer: To dwa zupełnie różne chleby, ale brałem tu pod uwagę jakość (chociaż biedra nawet nie podaje nawet typu mąki, ale na pewno nie jest to mąka razowa).
Następny powód to Twoje zdrowie.
Szczwane bydlaki z piekarni, nawet lokalnych, tną koszty bezczelnie. Po pierwsze – dodają trociny. Mówiąc dokładniej, są to związki celulozy, czyli składnika drewna, którego my, ludzie, nie trawimy. Mąka pszenna chlebowa jest w stanie związać 70% wody względem swojej masy, zaś celuloza – nawet 800–1500% swojej masy. Choć celuloza zatrzymuje wodę, opóźniając czerstwienie, to jednak płacisz za nią, a nie za mąkę. Celuloza również pozwala oszukać wzrok klienta, bo ma zdolność zwiększania objętości i poprawy struktury bez konieczności odstawiania ciasta do dojrzewania.
Drożdże, zamiast pracować kilka godzin w cieple, „pracują” miesiącami w zamrożonych ciastach. Tak, to dlatego marketowe pieczywo szybko pleśnieje – mąka w nim jest stara, często wielomiesięczna, drożdże tak samo, a do tego mamy masę wody związaną celulozą.
Jedząc taki chleb, co rusz będziesz głodny – więc znów go zjesz i znów zgłodniejesz. A jak będziesz sobie fundował takie częste skoki glukozy, to prędzej czy później wykształcisz sobie własną, osobistą insulinoodporność, czyli tzw. cukrzycę.
Kolejna sprawa – fałszywe „grahamki”.
Piekarze dodają do białej mąki pszennej karmel, czyli cukier w płynie, by sprzedawać to jako pieczywo ciemne. No i znów – autostrada do cukrzycy. Karmel ma wysoki indeks glikemiczny i powoduje duże skoki insuliny we krwi.
No i sól.
Skoro gigant taki jak Lubella wpadł przed laty na pomysł dodawania do makaronów soli drogowej, to czy takie cwaniaki z niemieckiego Lidla się powstrzymają? Odpowiedz sobie sam.
I wreszcie – satysfakcja.
Nie tylko można takim bochenem sprawić prezent bliskim, miłej pani stomatolog czy zrobić dobre wrażenie na komorniku (żeby łatwiej ogarnąć lepsze warunki spłaty), ale to też fajny sposób na zwrócenie na siebie uwagi płci przeciwnej albo nawet na spędzenie czasu podczas randki.
No bo wiecie – chleb się piecze ponad godzinę, a potem kolejną stygnie, więc nim przystąpicie do konsumpcji, można się zająć… konsumowaniem chleba z innego pieca. 😏
Wystarczy tego pitu-pitu – zabieramy się za robotę. Oto, co potrzeba:
Szczwane bydlaki z piekarni, nawet lokalnych, tną koszty bezczelnie. Po pierwsze – dodają trociny. Mówiąc dokładniej, są to związki celulozy, czyli składnika drewna, którego my, ludzie, nie trawimy. Mąka pszenna chlebowa jest w stanie związać 70% wody względem swojej masy, zaś celuloza – nawet 800–1500% swojej masy. Choć celuloza zatrzymuje wodę, opóźniając czerstwienie, to jednak płacisz za nią, a nie za mąkę. Celuloza również pozwala oszukać wzrok klienta, bo ma zdolność zwiększania objętości i poprawy struktury bez konieczności odstawiania ciasta do dojrzewania.
Drożdże, zamiast pracować kilka godzin w cieple, „pracują” miesiącami w zamrożonych ciastach. Tak, to dlatego marketowe pieczywo szybko pleśnieje – mąka w nim jest stara, często wielomiesięczna, drożdże tak samo, a do tego mamy masę wody związaną celulozą.
Jedząc taki chleb, co rusz będziesz głodny – więc znów go zjesz i znów zgłodniejesz. A jak będziesz sobie fundował takie częste skoki glukozy, to prędzej czy później wykształcisz sobie własną, osobistą insulinoodporność, czyli tzw. cukrzycę.
Kolejna sprawa – fałszywe „grahamki”.
Piekarze dodają do białej mąki pszennej karmel, czyli cukier w płynie, by sprzedawać to jako pieczywo ciemne. No i znów – autostrada do cukrzycy. Karmel ma wysoki indeks glikemiczny i powoduje duże skoki insuliny we krwi.
No i sól.
Skoro gigant taki jak Lubella wpadł przed laty na pomysł dodawania do makaronów soli drogowej, to czy takie cwaniaki z niemieckiego Lidla się powstrzymają? Odpowiedz sobie sam.
I wreszcie – satysfakcja.
Nie tylko można takim bochenem sprawić prezent bliskim, miłej pani stomatolog czy zrobić dobre wrażenie na komorniku (żeby łatwiej ogarnąć lepsze warunki spłaty), ale to też fajny sposób na zwrócenie na siebie uwagi płci przeciwnej albo nawet na spędzenie czasu podczas randki.
No bo wiecie – chleb się piecze ponad godzinę, a potem kolejną stygnie, więc nim przystąpicie do konsumpcji, można się zająć… konsumowaniem chleba z innego pieca. 😏
Wystarczy tego pitu-pitu – zabieramy się za robotę. Oto, co potrzeba:
Sprzęty:
Piekarnik. Niestety, tosterem chleba nie upieczesz. Sprzęty są różne, ale nam potrzebny najprostszy, w którym można nastawić temperaturę. Bez termoobiegu, termometra ani innych udogodnień.
Miska do mieszania ciasta, w której później odstawimy je, by drożdże zrobiły swoją specjalność. Pod ten przepis nada się micha nie większa niż 5 litrów. Ja mam akurat plastikową, odrobinę mniejszą – łatwo się myje i chwyta, a wyrośnięte ciasto sięga akurat jej brzegów.
Szpatułka. Ja używam prostej, drewnianej, za 2 złote. Służy do mieszania ciasta i jego wykładania. Jak nie masz, użyj łyżki stołowej (choć drewno jest lepsze – do posmarowanej olejem szpatułki ciasto się nie klei, a z łyżki olej momentalnie spływa).
Naczynie z pokrywką. Używam naczyń ze szkła żaroodpornego, ale mała gęślarka (taki jajowaty gar) też się nada. Szkło ma tę przewagę, że pozwala obserwować chleb podczas pieczenia bez otwierania piekarnika (czyli bez jego chłodzenia).
Waga lub naczynie z podziałkami pomiarowymi, ewentualnie wymiarowe szklanki. Jeśli nie masz wagi, a masz zwykłą szklankę 200 lub 250 ml i nie wiesz, jak odmierzać, to googluj: ile waży szklanka mąki.
Łyżka stołowa oraz łyżeczka do herbaty – czyli pozostałe miarki. Nie będziemy się bawić w bzdury typu "20 gramów soli", tylko podamy to na łyżki.
Nożyk o giętkim ostrzu.
Może się przydać, gdy gotowy chleb „przymarznie” do naczynia – wtedy trzeba będzie delikatnie wcisnąć nożyk między wyrób a szkło. Siłowe szarpanie może rozerwać skórkę chleba i efekt wow trafi szlag.
Ja używam najtańszego nożyka z bazaru, takiego 5 cm, co go zabieram też na grzyby – ale zwykły nóż obiadowy też da radę.
Szklanka lub kubek.
Nie wiem, jak to jest, ale zawsze, za każdym razem coś odjebię i potrzebuję szklanki. A to wysypie mi się za dużo mąki, a to nie mogę znaleźć naczynia z podziałką, raz padła mi bateria w wadze (teraz mam starą, analogową i jest git), albo rąbnę się w liczeniu proporcji.
Ty też wyjmij z kredensu szklankę. Serio.
Piekarnik. Niestety, tosterem chleba nie upieczesz. Sprzęty są różne, ale nam potrzebny najprostszy, w którym można nastawić temperaturę. Bez termoobiegu, termometra ani innych udogodnień.
Miska do mieszania ciasta, w której później odstawimy je, by drożdże zrobiły swoją specjalność. Pod ten przepis nada się micha nie większa niż 5 litrów. Ja mam akurat plastikową, odrobinę mniejszą – łatwo się myje i chwyta, a wyrośnięte ciasto sięga akurat jej brzegów.
Szpatułka. Ja używam prostej, drewnianej, za 2 złote. Służy do mieszania ciasta i jego wykładania. Jak nie masz, użyj łyżki stołowej (choć drewno jest lepsze – do posmarowanej olejem szpatułki ciasto się nie klei, a z łyżki olej momentalnie spływa).
Naczynie z pokrywką. Używam naczyń ze szkła żaroodpornego, ale mała gęślarka (taki jajowaty gar) też się nada. Szkło ma tę przewagę, że pozwala obserwować chleb podczas pieczenia bez otwierania piekarnika (czyli bez jego chłodzenia).
Waga lub naczynie z podziałkami pomiarowymi, ewentualnie wymiarowe szklanki. Jeśli nie masz wagi, a masz zwykłą szklankę 200 lub 250 ml i nie wiesz, jak odmierzać, to googluj: ile waży szklanka mąki.
Łyżka stołowa oraz łyżeczka do herbaty – czyli pozostałe miarki. Nie będziemy się bawić w bzdury typu "20 gramów soli", tylko podamy to na łyżki.
Nożyk o giętkim ostrzu.
Może się przydać, gdy gotowy chleb „przymarznie” do naczynia – wtedy trzeba będzie delikatnie wcisnąć nożyk między wyrób a szkło. Siłowe szarpanie może rozerwać skórkę chleba i efekt wow trafi szlag.
Ja używam najtańszego nożyka z bazaru, takiego 5 cm, co go zabieram też na grzyby – ale zwykły nóż obiadowy też da radę.
Szklanka lub kubek.
Nie wiem, jak to jest, ale zawsze, za każdym razem coś odjebię i potrzebuję szklanki. A to wysypie mi się za dużo mąki, a to nie mogę znaleźć naczynia z podziałką, raz padła mi bateria w wadze (teraz mam starą, analogową i jest git), albo rąbnę się w liczeniu proporcji.
Ty też wyjmij z kredensu szklankę. Serio.
Pieczenie
Procedura
Wersja beta early access 0.0.1.5
Wymieszaj wszystko, odstaw w ciepłe miejsce na kilka godzin pod przykryciem, przewal do naczynia, wstaw do piekarnika 200°C grzanie góra-dół bez wiatraka na godzinę, potem zdejmij wieko na 20 minut, wyjmij z naczynia, odstaw do wystygnięcia, voila!
Wersja pełna 1.0
Przygotowanie
Do miski dodaj składniki w kolejności: mąka, ciepła lub letnia woda, rozdrobnione lub rozpuszczone w wodzie drożdże, cukier, sól i olej, po czym wymieszaj kilkoma ruchami i nasyp nasiona tak, by równomiernie, możliwie najcieńszą warstwą, zakryć ciasto. Jak na przykład przesadzisz z czarnuszką, chleb będzie gorzki. Następnie mieszaj, aż uzyskasz jednorodną masę (robotem 5 minut, łyżką lub szpatułką około 10 minut albo aż się zmęczysz). Przyłóż się dobrze, bo jeśli zrobisz na odwal, to mogą się uchować grudki mąki, a to niemiły surprise na to trafić. Nie używaj gorącej wody, bo zrobią się w cieście kluski i nie będziesz miał jak ich usunąć, a za zimna woda upośledzi naszą drożdżową drużynę.
Ciasto ma być bardzo lepkie i ciągnące się, a gdy odwrócisz miskę do góry dnem, to ciasto ma tam zostać. Gotowy miks przykryj serwetką lub tak, jak ja, wsadź do reklamówki z Biedronki, by odciąć dopływ powietrza. Po co? Nie wiem, ale się domyślam. Odstaw w ciepłe miejsce na 4-5 godzin albo w chłodne na noc 10-12 godzin. W każdym razie ciasto ma nawet potroić swoją objętość po to, żeby gotowy chleb miał gąbczastą strukturę, a nie wyglądał jakby usiadła na nim stara chigchta.
Procedura
Wersja beta early access 0.0.1.5
Wymieszaj wszystko, odstaw w ciepłe miejsce na kilka godzin pod przykryciem, przewal do naczynia, wstaw do piekarnika 200°C grzanie góra-dół bez wiatraka na godzinę, potem zdejmij wieko na 20 minut, wyjmij z naczynia, odstaw do wystygnięcia, voila!
Wersja pełna 1.0
Przygotowanie
Do miski dodaj składniki w kolejności: mąka, ciepła lub letnia woda, rozdrobnione lub rozpuszczone w wodzie drożdże, cukier, sól i olej, po czym wymieszaj kilkoma ruchami i nasyp nasiona tak, by równomiernie, możliwie najcieńszą warstwą, zakryć ciasto. Jak na przykład przesadzisz z czarnuszką, chleb będzie gorzki. Następnie mieszaj, aż uzyskasz jednorodną masę (robotem 5 minut, łyżką lub szpatułką około 10 minut albo aż się zmęczysz). Przyłóż się dobrze, bo jeśli zrobisz na odwal, to mogą się uchować grudki mąki, a to niemiły surprise na to trafić. Nie używaj gorącej wody, bo zrobią się w cieście kluski i nie będziesz miał jak ich usunąć, a za zimna woda upośledzi naszą drożdżową drużynę.
Ciasto ma być bardzo lepkie i ciągnące się, a gdy odwrócisz miskę do góry dnem, to ciasto ma tam zostać. Gotowy miks przykryj serwetką lub tak, jak ja, wsadź do reklamówki z Biedronki, by odciąć dopływ powietrza. Po co? Nie wiem, ale się domyślam. Odstaw w ciepłe miejsce na 4-5 godzin albo w chłodne na noc 10-12 godzin. W każdym razie ciasto ma nawet potroić swoją objętość po to, żeby gotowy chleb miał gąbczastą strukturę, a nie wyglądał jakby usiadła na nim stara chigchta.
Pieczenie
Ustaw piekarnik na 200°C i grzanie góra-dół bez termoobiegu (ikonka kwadratu z grubszą górną i dolną ścianką) i wstaw naczynie celem jego nagrzania. Zejdzie z tym 5-15 minut w zależności od technologii. Z podgrzanego naczynia chlebek powinien wypaść jak bękart z kołyski, ewentualnie będzie trzeba go podważyć nożykiem. Gdy pominiesz grzanie naczynia, będziesz kurwił, skrobał i podważał, by chleb oswobodzić.
Teraz lekko posmaruj olejem szpatułkę i włóż ciasto do naczynia. Staraj się to zrobić tak, żeby ciasto wpadło równo, a nie np. rozciągnęło się na pół metra, a potem wpadło i złożyło się na pół. Gdyby tak się stało, to skórka będzie mocno nieregularna, a miąższ miejscami napowietrzony, a gdzie indziej spłaszczony. Takie zdarzenie może sprawić, że to miejsce finalnie będzie bardziej wilgotne, bardziej aromatyczne, ale w zły sposób (charakterystyczny drożdżowy odorek), a w najgorszym wypadku - niedopieczone, czyli do wycięcia i wyjebania.
Teraz część artystyczna. Weź nóż z ostrym końcem i wytnij w cieście pęknięcia. Zrób to najlepiej długimi, pewnymi ruchami. Ciasto klei się do noża jak ostatnie spierdolenie do asfaltu, więc znowu możesz pomóc sobie olejem. Możesz zrobić X, mogą być równoległe pasy, ale nie masz psychy, żeby jebnąć swastykę.
To jest też odpowiednia chwila, by oprószyć ciasto szczyptą nasion.
Przykryj naczynie szczelnie pokrywką i wstaw do piekarnika na 60 minut (pamiętaj, żeby uruchomić minutnik!). Staraj się unikać otwierania drzwiczek podczas obróbki, żeby nie było skoków temperatury - wydłuży to wymagany czas pieczenia, więc taki amator jak ty czy ja nie będzie wiedział. Jeśli nie masz przezroczystego naczynia, to piecz dla pewności 70 minut, nim przystąpisz do kolejnego kroku.
Ustaw piekarnik na 200°C i grzanie góra-dół bez termoobiegu (ikonka kwadratu z grubszą górną i dolną ścianką) i wstaw naczynie celem jego nagrzania. Zejdzie z tym 5-15 minut w zależności od technologii. Z podgrzanego naczynia chlebek powinien wypaść jak bękart z kołyski, ewentualnie będzie trzeba go podważyć nożykiem. Gdy pominiesz grzanie naczynia, będziesz kurwił, skrobał i podważał, by chleb oswobodzić.
Teraz lekko posmaruj olejem szpatułkę i włóż ciasto do naczynia. Staraj się to zrobić tak, żeby ciasto wpadło równo, a nie np. rozciągnęło się na pół metra, a potem wpadło i złożyło się na pół. Gdyby tak się stało, to skórka będzie mocno nieregularna, a miąższ miejscami napowietrzony, a gdzie indziej spłaszczony. Takie zdarzenie może sprawić, że to miejsce finalnie będzie bardziej wilgotne, bardziej aromatyczne, ale w zły sposób (charakterystyczny drożdżowy odorek), a w najgorszym wypadku - niedopieczone, czyli do wycięcia i wyjebania.
Teraz część artystyczna. Weź nóż z ostrym końcem i wytnij w cieście pęknięcia. Zrób to najlepiej długimi, pewnymi ruchami. Ciasto klei się do noża jak ostatnie spierdolenie do asfaltu, więc znowu możesz pomóc sobie olejem. Możesz zrobić X, mogą być równoległe pasy, ale nie masz psychy, żeby jebnąć swastykę.
To jest też odpowiednia chwila, by oprószyć ciasto szczyptą nasion.
Przykryj naczynie szczelnie pokrywką i wstaw do piekarnika na 60 minut (pamiętaj, żeby uruchomić minutnik!). Staraj się unikać otwierania drzwiczek podczas obróbki, żeby nie było skoków temperatury - wydłuży to wymagany czas pieczenia, więc taki amator jak ty czy ja nie będzie wiedział. Jeśli nie masz przezroczystego naczynia, to piecz dla pewności 70 minut, nim przystąpisz do kolejnego kroku.
W międzyczasie umyj tę miskę i szpatułkę. Mówię ci, jak ciasto zaschnie, to będziesz je skrobał, zrobisz to niedokładnie, bo się wkurwisz i matka, żona czy kochanka cię zgani. A jak robisz to z kobietą, to jej zaimponujesz wiedzą z jej domeny. Żeby ułatwić sobie robotę, użyj najgorętszej wody - wlej na dno, max pół litra i pozwól gorącej parze ogrzać ścianki, tym sposobem nie zmarnujesz 5 litrów ciepłej wody (znowu zaplusujesz). Ogarnij szpatułkę, potem miskę. Ważne, żebyś nie spuszczał do zlewu resztek ciasta, bo zatkasz odpływ i bez rozbierania syfonu nie ogarniesz - wyjeb to do kibla albo rzuć tym glutem w tego powalonego sąsiada. Upewnij się, że uprzątnąłeś torbę z Biedry czy serwetkę, którą przykrywałeś rosnące ciasto - będą one umorusane ciastem i mogą komuś nieświadomemu przyspożyć zawóu lub ataku kurwicy.
Ogarnąłeś, to teraz masz wolne jakieś 45 minut, rób co dusza zapragnie - tylko nie wal konia!!
Po upływie ustalonego czasu zdejmij pokrywkę i piecz 10-20 minut, łącznie ma być ~80 minut. Próbowałem kiedyś łącznie 60, jak w oryginalnym przepisie, ale wyszło mi za mokre i jakby niedopieczone. Czy była to wina tego, że zrobiłem bochen więcej ciasta, albo tego, że jedno było w szkle, a drugie w metalu, a może dlatego, że pomyliłem nastawy piekarnika – nie wiem, ale ekstra 20 minut rozwiązało problem. Skórka wchodziła gruba i chrupiąca, jakiej nie ma w sklepowych wyrobach, to lubię. A po co w ogóle odkrywać? A no, żeby taka właśnie się stała skórka oraz żeby uwolnić część wody przez parowanie. Gotowy chleb wyjmij i odczekaj, aż naczynie wystygnie, by bez ryzyka wyjąć zeń chleb. Jak wspominałem, może to chwilę potrwać (wyciąganie), więc cierpliwości, ale wcale nie musi, jak dobrze nagrzałeś naczynie.
Chleb połóż na otwartym powietrzu do ostygnięcia. Wiem, że pokusa, aby zjeść go gorącego, jest potężna, ale lepiej się powstrzymać. Biologicznie nie grozi to żadnym zatruciem ani niczym podobnym, ale możesz sobie poparzyć błony śluzowe układu pokarmowego, dostać wzdęć lub doznać uczucia niepokoju. Nie bądź łapczywy jak żymianin przy fontannie.
Gotowe. Oto twój własnoręcznie wykonany, kraftowy chleb pszenny fit na drożdżach.
Smacznego!
Ogarnąłeś, to teraz masz wolne jakieś 45 minut, rób co dusza zapragnie - tylko nie wal konia!!
Po upływie ustalonego czasu zdejmij pokrywkę i piecz 10-20 minut, łącznie ma być ~80 minut. Próbowałem kiedyś łącznie 60, jak w oryginalnym przepisie, ale wyszło mi za mokre i jakby niedopieczone. Czy była to wina tego, że zrobiłem bochen więcej ciasta, albo tego, że jedno było w szkle, a drugie w metalu, a może dlatego, że pomyliłem nastawy piekarnika – nie wiem, ale ekstra 20 minut rozwiązało problem. Skórka wchodziła gruba i chrupiąca, jakiej nie ma w sklepowych wyrobach, to lubię. A po co w ogóle odkrywać? A no, żeby taka właśnie się stała skórka oraz żeby uwolnić część wody przez parowanie. Gotowy chleb wyjmij i odczekaj, aż naczynie wystygnie, by bez ryzyka wyjąć zeń chleb. Jak wspominałem, może to chwilę potrwać (wyciąganie), więc cierpliwości, ale wcale nie musi, jak dobrze nagrzałeś naczynie.
Chleb połóż na otwartym powietrzu do ostygnięcia. Wiem, że pokusa, aby zjeść go gorącego, jest potężna, ale lepiej się powstrzymać. Biologicznie nie grozi to żadnym zatruciem ani niczym podobnym, ale możesz sobie poparzyć błony śluzowe układu pokarmowego, dostać wzdęć lub doznać uczucia niepokoju. Nie bądź łapczywy jak żymianin przy fontannie.
Gotowe. Oto twój własnoręcznie wykonany, kraftowy chleb pszenny fit na drożdżach.
Smacznego!