0
„Nie straszy krzykiem, tylko ciszą chaty, do której wchodzi się z ulgą. Najpierw jest ogień i uprzejmość, dopiero potem zakaz i drzwi, których nie wolno otwierać.

- na podstawie japońskich przekazów folklorystycznych
Kurozuka oznacza dosłownie „Czarny Kurhan”. To nazwa mogiły, a zarazem legenda o onibabie [1], demonicznej starej kobiecie z Adachigahary. To ponure pustkowia u stóp góry Adatara, w dzisiejszej prefekturze Fukushima. Po dziś dzień wskazuje się tam miejsca wiązane z przekazem: grotę, krwawy staw i sam kopiec-grobowiec. Z zewnątrz widać tylko ubogą chatę na odludziu, jedyne schronienie, gdy zapada zmrok. W środku siedzi stara kobieta, często przedstawia się ją przy kołowrotku. Ma twarz wyniszczoną wiekiem i samotnością. Wędrowcy proszą o nocleg. Kobieta waha się, zasłania biedą i wstydem, w końcu jednak ich wpuszcza. I to jest moment kluczowy, groza nie zaczyna się atakiem. Zaczyna się rozmową, ciepłem ognia i pozorną normalnością.

[1] Demoniczna postać starej kobiety z japońskich legend, często przedstawiana jako ludożercza wiedźma polująca na wędrowców.
Kompendium strachu: „Czarny Kurhan z Adachigahary”, Kurozuka, vol. 57
Sercem legendy jest prosty zakaz. Kobieta wychodzi po drewno i zabrania zaglądać do wewnętrznego pomieszczenia. Wędrowcy łamią zakaz, a w środku znajdują to, co w tej historii stanowi dowód: stos kości i zwłok, ślady dawnych ofiar. Wtedy staje się jasne, że chata nie była schronieniem, lecz przedsionkiem rzeźni. Gospodyni nie była samotną staruszką, tylko istotą polującą na ludzi. Gdy kobieta wraca i odkrywa zdradę, następuje przemiana. W teatrze nō [2] ujawnia się jako onibaba, demoniczna wiedźma w masce. Jej ruchy dziczeją, a głos brzmi bardziej jak ryk bestii niż ludzka mowa. Rozpoczyna się pościg przez nocny krajobraz, a ocalenie przychodzi nie dzięki sile, lecz dzięki praktyce religijnej. Jedynie modlitwy i formuły mają moc powstrzymania demonicy i odepchnięcia jej z powrotem w mrok. Ten finał jest charakterystyczny dla wielu opowieści o yōkai [3]. Zło nie znika dlatego, że ktoś pokonał je w walce, tylko dlatego, że ktoś umiał je nazwać i odgrodzić rytuałem.

[2] Klasyczna forma japońskiego teatru muzyczno-tanecznego, w której istotną rolę odgrywają maski, rytm i symboliczna gra aktorska.
[3] Zbiorcze określenie japońskich istot nadnaturalnych, takich jak demony, duchy i potwory, pojawiających się w folklorze i opowieściach.
Kompendium strachu: „Czarny Kurhan z Adachigahary”, Kurozuka, vol. 57
Pochodzenie Kurozuki jest wielowarstwowe. Sama tradycja nō wiąże ją z literackim tropem „Czarnego Kurhanu”. Motyw pojawia się w klasycznej poezji dworskiej (Shūiwakashū), co później stało się dla twórców teatru punktem zaczepienia. Z krótkiej wzmianki wyprowadzili cały świat grozy, miejsce i bohaterkę. Z kolei lokalna tradycja świątynna oraz przekaz regionalny utrzymują, że na Adachigaharze rzeczywiście mieszkała stara kobieta, która stała się demonem i napadała na ludzi. W obiegu funkcjonuje też mocno ludowa geneza onibaby. Wariant o piastunce z Kioto, która wyrusza po makabryczny lek dla chorego dziecka. Ostatecznie trafia na odludzie i zaczyna polować na ciężarne kobiety albo podróżnych. To wyjaśnienie nie jest jedynym i nie zawsze pojawia się w najstarszych skrótach fabuły, ale pokazuje typowy dla japońskich podań mechanizm. Demon nie przychodzi z innego świata od początku, rodzi się z desperacji, samotności i przekroczenia granicy, po której człowiek przestaje być człowiekiem.
Kompendium strachu: „Czarny Kurhan z Adachigahary”, Kurozuka, vol. 57
Kurozuka jest groźna właśnie dlatego, że nie wymaga od ofiary wielkiego błędu, tylko drobnego. Wystarczy przyjąć nocleg, uwierzyć w gościnność, a potem złamać jeden zakaz. Legenda obraca się wokół napięcia między potrzebą schronienia a lękiem przed obcym. Między współczuciem dla samotnej kobiety a odkryciem, że samotność może być maską drapieżcy.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
„Kiedy człowiek próbuje tchnąć życie w taką imitację, przestaje liczyć się z tym, co w nim naprawdę ludzkie.”

- na motywach legend alpejskich
Sennentuntschi (wym. ZEN-en-tunczi) to jedna z najmroczniejszych legend alpejskich, znana w Szwajcarii, Liechtensteinie i części Tyrolu. Najczęściej opowiada się ją jako historię pasterkiej kukły. Grupa odciętych od świata górali na wysokiej hali lepi sobie z nudów i pożądania kobietę z miotły, szmat i słomy. Najpierw żartują, jedzą z nią przy stole, potem zaczynają ją bić i wykorzystywać. W pewnym momencie kukła ożywa i zamienia ich życie w koszmar.
Kompendium strachu: „Kukła z gór”, Sennentuntschi, vol. 47
W klasycznej wersji znanej jako „The Guschg Herdsmen’s Doll” (Guschger Sennpuppe) trzech pasterzy z alpejskiej hali Guschg robi sobie lalę z gałęzi, starych ubrań i słomy. Nadają jej imię, sadzają przy stole, mówią do niej, śmieją się, a z czasem traktują jak „kobietę na zastępstwo”. Kiedy lalka ożywa, początkowo spełnia ich wszystkie oczekiwania gotuje, sprząta, śpi z nimi. Pasterze są przekonani, że diabeł wysłuchał ich marzeń. Dopiero później zaczyna się zemsta.W niektórych wariantach dziewczyna zabija ich po kolei, w innych rozpłata skórę jednego z nich i robi z niej nową kukłę. Zawsze jednak historia kończy się śmiercią lub zaginięciem mężczyzn i zniszczeniem pastwiska.
Kompendium strachu: „Kukła z gór”, Sennentuntschi, vol. 47
Sam wygląd Sennentuntschi jest dość nieokreślony, bo w opowieściach „wychodzi z kukły". Zazwyczaj to młoda kobieta, początkowo milcząca, prawie nierozumna, jakby dopiero uczyła się ludzkiego ciała. Porusza się sztywno, nie zna słów, ale szybko opanowuje podstawowe czynności. Im więcej przemocy i upokorzeń doświadcza, tym bardziej „dziczeje”. Wpada w furię, kaleczy zwierzęta, niszczy obejście, w końcu zabija swoich „stwórców”. W wielu opisach nie mówi nic do samego końca, jedynym komunikatem są łzy, krzyk i sama przemoc. 
Kompendium strachu: „Kukła z gór”, Sennentuntschi, vol. 47
Legendy o Sennentuntschi badacze często porównują do mitu o Pigmalionie. Rzeźbiarzu, który zakochał się we własnym posągu, a bogini Afrodyta tchnęła w niego życie. Tyle że w alpejskiej wersji bajka kończy się bardzo źle. Górska lalka nie staje się kochającą żoną, tylko ucieleśnieniem win i lęków pasterzy. W nowoczesnych interpretacjach podkreśla się, że to opowieść o samotności i przemocy seksualnej w izolowanych społecznościach.

Sennentuntschi funkcjonuje dziś także w literaturze i teatrze. W latach 70. szwajcarski dramaturg Hansjörg Schneider napisał sztukę Sennentuntschi, która przenosi legendę na scenę i mocno podkreśla wątki cielesne oraz religijne. Spektakl wywołał skandal obyczajowy, a twórców oskarżano wręcz o pornografię, co pokazuje, jak mocno ten motyw uderza w wyobraźnię i tabu. Tekst sztuki do dziś uchodzi za drastyczny, ale ważny przykład „uwspółcześnienia” ludowej grozy
Kompendium strachu: „Kukła z gór”, Sennentuntschi, vol. 47
Co ciekawe, w szwajcarskich muzeach można zobaczyć  lalki zrobione przez pasterzy. Szwajcarskie Muzeum Narodowe wspomina o drewniano–szmacianej figurze z doliny Calanca (Masciadon), wysokiej ok. 40 cm, z włosami, ubraniem i wyraźnie zaznaczoną kobiecą sylwetką. To namacalny ślad zwyczaju, który stał za legendą, tworzenia kukieł towarzyszących ludziom żyjącym miesiącami w alpejskiej samotności.
Kompendium strachu: „Kukła z gór”, Sennentuntschi, vol. 47
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
„Jest najpełniejszą metaforą Jeziora Górnego- potężnego, tajemniczego i ostatecznie bardzo niebezpiecznego.”

- Thor Conway, Spirits on Stone, cyt. w The Walrus
Mishipeshu (wym. MisziPESzu) to jedna z najpotężniejszych istot w mitologii ludów Anishinaabe z okolic Wielkich Jezior. Opisywany jest jako wodny duch, kosmologiczny manitou, który rządzi głębinami. Żyje w najgłębszych partiach jezior i rzek i ma władzę nad wszystkimi istotami wodnymi. W wielu źródłach podkreśla się, że jego imię można przełożyć jako Wielki Ryś (eng. Great Lynx), choć w języku potocznym częściej mówi się o nim „wodna pantera” lub „wodny lew”.
Kompendium strachu: „Wielki Ryś z głębin ”, Mishipeshu, vol. 39
W opisach z folkloru i współczesnych opracowań Mishipeshu jest istotą chimeryczną złożoną z części wielu zwierząt. Ma ciało dużego drapieżnego kota, długą, często wężową lub smoczą część ogonową. Na grzbiecie rząd kolców lub łusek, a na głowie rogi, najczęściej przypominające rogi bizona lub jelenia. Skóra bywa opisywana jako łuskowata, miedziana lub biała jak śnieg. Ogólne wrażenie jest jednocześnie piękne i przerażające. Wielu autorów porównuje go do skrzyżowania kuguara ze smokiem albo bardziej popkulturowo: „dinozaura z pumą”. Kocia sylwetka wzmocniona gadzimi łuskami i potężnym, wodnym ogonem. W tradycji Anishinaabe szczególnie ważne są jego rogi, gdyż w ikonografii są znakiem ogromnej mocy duchowej. Badacze zauważają, że Mishipeshu jest jedynym manitou konsekwentnie przedstawianym z rogami, co dodatkowo podkreśla jego rangę.
Kompendium strachu: „Wielki Ryś z głębin ”, Mishipeshu, vol. 39
W artykułach popularnych o Wielkich Jeziorach często przywołuje się także historię z XVII wieku. Jezuita Paul Le Jeune miał obserwować rybaków nad jeziorem, którzy wyciągnęli z wody dziwne stworzenie. Długie na ponad półtora metra, z ciałem jaszczurki i głową żółwia. Przerażeni szybko wrzucili je z powrotem w głębiny. Dopiero później Le Jeune usłyszał, że nie był to „pechowy połów”, lecz istota zdolna wywoływać katastrofalne sztormy, więc trzeba ją jak najszybciej uwolnić.

W współczesnych tekstach o Mishipeshu pojawia się pytanie, czy to wyłącznie mit, czy także „lokalny potwór z jeziora” w sensie kryptozoologicznym. Popularne opracowania przytaczają na przykład historię mężczyzny, który w 1897 roku miał zostać „owinięty jak przez węża” przez jakieś stworzenie w wodach Superior. Znane też są relację Randy’ego Brauna z lat 70., który sfotografował serię garbów w wodzie i opisał „stworzenie grubości Volkswagena”. Autorzy tych tekstów zwykle zachowują sceptycyzm, ale pokazują, jak współczesne relacje płynnie łączą się z dawno opowiadanymi historiami o wodnym panu głębin.
Kompendium strachu: „Wielki Ryś z głębin ”, Mishipeshu, vol. 39
W bardziej naukowych i eseistycznych ujęciach Mishipeshu bywa nazywany metaforą Jeziora Górnego- potężnego, tajemniczego i ostatecznie bardzo niebezpiecznego. Ma wyjaśniać nie tylko nagłe burze i utonięcia, ale też pełnić rolę opowieści–ostrzeżenia. Nie zbliżaj się do zdradliwej wody, nie wchodź na cienki lód, nie lekceważ jeziora. W rejonie rzeki Churchill dzieci bawiły się nawet w grę „Mishipeshu”, gdzie jedno z nich odgrywało potwora „topiącego” resztę w zabawie. Jest to bardzo bezpośrednie odzwierciedlenie roli tej postaci w wychowaniu i przekazywaniu zasad ostrożności.
Kompendium strachu: „Wielki Ryś z głębin ”, Mishipeshu, vol. 39
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
5
„Niesie w worku kości i nie pyta o drogę,
liczy kroki za tych, co przeliczyli własne.
To, co zdaje się dalekie, już stoi u progu,
a cisza po gwiździe zna ścieżkę do każdego domu.”

- epigraf inspirowany folklorem Kolumbii i Wenezueli 
El Silbón (pol. Gwizdacz) z llanos  to jedna z najsłynniejszych postaci grozy folkloru równin Llanos we Wenezueli i we wschodniej Kolumbii. To duch młodzieńca, który zamordował własnego ojca i za karę został przeklęty, by wiecznie wędrować z workiem pełnym ojcowskich kości i straszyć ludzi przeraźliwym gwizdem. Najczęściej za kolebkę tej opowieści podaje się okolice Guanarito w stanie Portuguesa.
Kompendium strachu: „Nocny gwizd na równinach”, El Silbón, vol. 26
W rdzeniowej, wenezuelskiej wersji legendy rozpuszczony i pijany chłopak domaga się na kolację jeleniny. Gdy ojciec wraca z polowania z pustymi rękami, syn zabija go, wypruwa wnętrzności, a matkę omamia, by je ugotowała. Starszy mężczyzna z rodu, zazwyczaj dziadek albo inny opiekun wymierza chłopakowi chłostę. Rany polewa alkoholem i papryką, każe nieść kości ojca w worku i puszcza go na zatracenie. Od tej pory „zatracona dusza” przemierza równiny, przedstawiana jako bardzo wysoki, chudy mężczyzna w szerokim kapeluszu, z ciężkim workiem kości na plecach.
Kompendium strachu: „Nocny gwizd na równinach”, El Silbón, vol. 26
Znakiem rozpoznawczym El Silbóna jest niepokojący gwizd, przypominający pasaże gamy „do–re–mi–fa–sol–la–si”, który ślizga się w górę i w dół. W ludowej wiedzy ma on paradoksalną akustykę: gdy słychać go blisko, duch jest daleko, a gdy dochodzi z oddali  stoi już bardzo blisko. Sam dźwięk bywa traktowany jako omen śmierci. W licznych przekazach „Gwizdacz” poluje przede wszystkim na pijaków i kobieciarzy, niekiedy wysysając z nich „alkoholizowaną” krew przez pępek, a kiedy indziej po prostu zapowiada zgon kogoś z okolicy. Jako środki obronne wymienia się bat (látigo), bardzo ostrą paprykę (ají) i towarzystwo psa, którego szczekanie ma go odpędzać. Pomaga też modlitwa wypowiedziana bez lęku.
Kompendium strachu: „Nocny gwizd na równinach”, El Silbón, vol. 26
Legenda funkcjonuje przede wszystkim w Wenezueli (Portuguesa i  llanos) oraz w kolumbijskich Llanos Orientales. W wersjach z Kolumbii mocniej wybrzmiewa motyw samotności ducha, który gwizdem próbuje zwabić towarzysza. Spotyka się też warianty, w których barwa gwizdu przepowiada śmierć: niski ton dla mężczyzny, wysoki dla kobiety.

W literaturze i opracowaniach etnograficznych El Silbón odczytywany bywa jako przestroga moralna przed przemocą domową, pijaństwem i rozwiązłością, jako uosobienie winy i nieukojonego sumienia. Postać przeniknęła do antologii i słowników legend. Badania regionalne oraz relacje z Portuguesa pokazują, jak współczesne wyobrażenia Gwizdacza  splatają się z realiami życia na równinach. W zbiorowej pamięci Ameryki Południowej El Silbón pozostaje więc jednocześnie karą za parricydę (z łac. parricida- rodzicobójstwo), nocnym upiorem występków i dźwiękiem granicznym między światem żywych a ciężarem winy, której nie sposób uciszyć.
Kompendium strachu: „Nocny gwizd na równinach”, El Silbón, vol. 26
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
8
„A śmiejąc się z Niego, gdy krzyż niósł, stanął przy Panu i rzekł szydząc: I dokądże, i dokąd? A Pan mu odrzekł: Dziś droga moja kres bierze, ale twoja trwać będzie aż do skończenia świata."

- z tradycji średniowiecznych legend Żydzie Wiecznym Tułaczu (Ahaswerze)
Żyd Wieczny Tułacz (Ahaswer, Ahasverus, Cartaphilus) to jedna z najsłynniejszych figur europejskiego folkloru chrześcijańskiego. Człowiek, który miał znieważyć Jezusa w drodze na Golgotę i za to zostać skazany na niekończącą się wędrówkę aż do ponownego przyjścia Chrystusa. Rdzeń opowieści jest prosty, ale wariantów wiele. Raz to furtaż u Piłata (Cartaphilus), innym razem szewc z Jerozolimy, bywa też że strażnik na górze. Zawsze ktoś „z progu”, kto odprawia idącego na śmierć. W średniowiecznych kronikach i kazaniach legenda pełniła funkcję moralitetu o zatwardziałości serca, a w sensacyjnym obiegu nowożytnych „gazetek ulotnych” (XVI–XVII w.) stawała się „świadectwem naocznego” spotkania z tajemniczym wędrowcem, widzianym to w Niemczech, to w Anglii, to we Włoszech.
Kompendium strachu: „Idź aż do końca świata”, Ahasverus , vol. 23
Folklor budował wokół postaci rozpoznawalne rekwizyty: kapelusz pielgrzyma, laska, kurz drogi, czasem dar proroctwa albo „pamięć wszystkich języków”. Motyw niewyczerpanej starości bez śmierci bywał jednocześnie groźbą i przestrogą. Kara za brak gościnności, ale też przypomnienie, że miłosierdzie wobec nieznajomego jest sprawdzianem duszy. Z czasem legenda nasiąkała lokalnymi opowieściami. W jednych krajach Ahaswerus przypominał ubogiego żebraka pukającego do drzwi; w innych posępnego świadka historii, który przestrzega przed klęską, bo „pamięta już coś takiego”. Wczesnonowożytne kazania i kroniki dawały jej „dowodowy” ton, ale to romantycy i pisarze XIX wieku rozwinęli ją w pełną opowieść. Najgłośniejsza jest powieść odcinkowa Eugène’a Sue Le Juif errant (1844–1845), która łączyła popularną sensację z wątkiem społecznym i nadała Tułaczowi rangę nowoczesnego mitu. W literaturze niemieckiej, angielskiej i skandynawskiej pojawiały się poematy i dramaty, gdzie Ahaswer staje się alter ego nowoczesnego człowieka. Niespokojnego, wykorzenionego, rozdartego między winą a pragnieniem odkupienia. Późniejsze opracowania folklorystyczne zebrały warianty imienia (Ahasverus/Ahaswer, Cartaphilus/Buttadeus) i scenariusze kary, porządkując je jako paneuropejski motyw wędrówki bez kresu.
Kompendium strachu: „Idź aż do końca świata”, Ahasverus , vol. 23
W polskiej kulturze Żyd Wieczny Tułacz funkcjonował dwojako. Z jednej strony  jako znany motyw kaznodziejski i ludowy (przypowieść o nieprzemijającej karze, wędrowiec, który pojawia się „wszędzie i nigdzie”). Z drugiej  jako figura romantyczno-modernistyczna, emblemat wygnania, historii „na walizkach”, czasem ironiczny komentator dziejów. Od romantyzmu po Młodą Polskę autorzy chętnie odwoływali się do Ahaswera, by mówić o przekleństwie pamięci, o narodach „skazanych na marsz”, albo o nowoczesnej samotności, która nie znajduje domu.
Kompendium strachu: „Idź aż do końca świata”, Ahasverus , vol. 23
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
32
A teraz słów kilka o tym, czego absolutnie NIE robić.
W 2014 roku (jakoś na początku jesieni) zajeździłem się w pracy niemal na amen. Wieczorem wpadłem na bezczelny pomysł zjedzenia kolacji. Moją ofiarą miały paść parówki (pewnie jakieś najtańsze z biedry), jednak w międzyczasie zasnąłem. Obudził mnie pies liżący mnie po twarzy i piszczący. Jakieś 30-40 cm nade mną była ściana (a raczej sufit) czarnego dymu.
Dziś, po 8 latach niemal powtórzyłem ten wyczyn. Z tym, że nie było psa, który obudziłby mnie, a czarny dym wywiewały otwarte okna. Było "jedynie" siwo i mgliście. Pomijając swąd spalonego jedzenia, od którego gorzej pachną chyba tylko onuce Grzesia Brauna, przypominam, że tlenek węgla jest 1,5x cięższy od powietrza, a podtrucie się tym gównem do najprzyjemniejszych doznań nie należy (nawet ten post pisałem jakieś 20 minut, żeby poskładać sensowne zdania). Tak więc, drogie dzidki, uważajcie na takie pierdoły jak choćby gotowanie gęstych sosów, gdy padacie na twarz.


PS. Dla dociekliwych: jarając żarcie, doprowadzamy (w specyficznych warunkach) do spalania niecałkowitego - stąd tlenek węgla. A ile innych pojebanych gazów powstaje dodatkowo, to wie już chyba tylko Himmler ;)
Tlenek tytułu
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.085268974304199