11
Zostałem ostatnio poproszony, żebym napisał, jak się te astro fotki w ogóle robi. Podzieliłem to na dwie częśći. Zbieranie materiału i obróbka.

No to robi się tak: 
zanim zaczniemy cokolwiek pstrykać, to najpierw trzeba mieć czym. Jest tego strasznie dużo i strasznie różnych rzeczy, więc może skupimy się na tym, czego ja używam, będzie prościej.

Także co potrzebujemy? Po pierwsze musimusy mieć coś, co zbiera światło, nasze oko na kosmos, a w moim przypadku jest to dość podstawowy astrograf firmy Sky-Watcher Evostar 72ED, innymi słowy tuba optyczna. Dobrze, mamy więc oko, ale co dalej? Dalej musimy mieć coś, co to światło zarejestruje. Może być to smartfon, lustrzanka, albo kamera astronomiczna ZWO ASI2600MC PRO, której jestem szczęśliwym posiadaczem. Kamera ta ma wbudowane chłodzenie ogniwem Peltiera – mrozimy ją do np. -15 stopni, bo matryca przy pracy się grzeje i sypałaby szumem jak stary telewizor, a my chcemy czysty obraz. Ok, mamy układ optyczny, w którego skład wchodzi jeszcze wypłaszczacz pola. Jego zadaniem jest skorygowanie krzywizny soczewki, żeby gwiazdy były okrągłe w całym polu, ale przecież gwiazdy się ruszają, prawda? No nie do końca prawda, bo to ziemia się obraca, ale każdy wie o co chodzi. W każdym razie, jeśli chcemy rejestrować długo naświetlane zdjęcia, musimy mieć coś, co przeciwdziała owemu obrotowi ziemi. Jest to montaż paralaktyczny. Mój to EQ6 Pro, również od Sky-Watcher. Generalnie służy do śledzenia punktu, który wybierzemy na niebie, czy to jest gwiazda, czy mgławica, a może galaktyka, dla niego to nieistotne, on po prostu przesuwa bardzo precyzyjnie naszą tubę z tą samą prędkością co pozorny ruch nieba. Całość musimy na czymś osadzić, a najczęściej jest to bardzo porządny statyw. I mówiąc porządny mam na myśli bardzo porządny, bo montaż z tubą to już około 25-30 kg.

Do robienia dobrych zdjęć potrzebujemy jeszcze paru rzeczy. Zacznijmy od śledzenia, czyli tak zwanego guidingu. Potrzebna jest druga mniejsza tuba (u mnie Evoguide 50ED) oraz kamera (ASI120MM mini), która będzie śledzić gwiazdy i korygować ruch montażu przez komputer ZWO AsiAir Plus. Do tego ZWO EAF (elektroniczny autofokuser), który sam pilnuje ostrości, automatyczny rotator CAA, opaski grzewcze, żeby optyka nie parowała i odpowiedni filtr. I całe to tałatajstwo, razem ważące pewnie z 40 kg, nazywamy teleskopem.
Dobra, mamy już swój teleskop, czas wyruszyć w drogę. Pakuję wszystko do auta: 3 walizki, plecak, torba, bęben z kablem, statyw, stolik, rzeczy do przetrwania nocy i wio. Przede mną około 1,5 h jazdy, większość S-ką, więc spoko. Oczywiście w trasie cały czas patrzę, czy czasem na horyzoncie nie zaczynają czaić się jakieś chmury i analizuję, czy obiekt, który wybrałem, będzie ok i czy zdążę się wyrobić przed świtem.

Dojeżdżam, jest godzina 18:20, do nocy została mi jeszcze godzinka... Takie szczęście mnie spotkało, że mam szwagra z działką nad jeziorem. To wielka, płaska łąka z niebem klasy 4 (gdzie 9 to Nowy Jork, a 1 to środek oceanu). Do tego mam tam wyrko, prąd i mogę się nagrzać, gdy na dworze jest -16 stopni. Jednym słowem marzenie!

Parkuję auto i zaczyna się montaż. Wszystko trzeba zanieść na miejsce docelowe – jakieś 30-40 m, tyle ile kabla starczy. Na start statyw – ustawiam go z grubsza na Gwiazdę Polarną i bardzo dokładnie poziomuję. Potem przykręcam montaż EQ i zaczyna się proces składania teleskopu. Wszystko trzeba wyjąć i skręcić. Przy temperaturach ujemnych to jest piekło, dlatego od jakiegoś czasu wożę tubę z osprzętem już zamontowanym na gotowo. Wszystko spinam kablami: AsiAir z montażem, kamerami i EAF-em.

Jak już wszystko siedzi na swoim miejscu, trzeba wyważyć tubę na montażu. Musi stać "w punkt" w jakiejkolwiek pozycji. Robi się to, przesuwając tubę w uchwycie oraz operując ciężarkami przeciwwag na trzpieniu. Zwykle zajmuje mi to około 30 min, ale początki bywały i godzinne.
Czas na "wyrównanie na gwiazdę polarną". O co w tym chodzi? Musimy zgrać oś montażu z osią obrotu Ziemi. Kiedyś robiłem to ręcznie przez lunetkę biegunową. Piekło! Trzeba klęczeć na ziemi z głową pod pachą (mam 190 cm) i modlić się, że to co widzisz, to faktycznie Polaris, a nie jakaś randomowa gwiazda.

Dziś mam AsiAir i on robi to za mnie. Teleskop robi zdjęcie nieba, algorytm wykrywa gwiazdy, obraca się o 60 stopni i robi drugie zdjęcie. Na podstawie tego mówi mi dokładnie, o ile przesunąć montaż śrubami w lewo/prawo czy góra/dół. Skąd on to wie? Wprowadzam dane: współrzędne, godzinę i ogniskową tuby. Dzięki temu komputer wie dokładnie, gdzie na kuli ziemskiej się znajduje i na co patrzy.

Gdy Polarna siedzi, trzeba skalibrować guiding. Kamera pomocnicza wybiera sobie gwiazdę prowadzącą i „uczy się” jej ruchu, skacząc w prawo, lewo, góra i dół. Notuje, jak montaż reaguje na komendy. Gdy wszystko gotowe, na mapie w aplikacji wybieram mój obiekt. Teleskop sam go namierza, robi zdjęcie poglądowe, sprawdza czy kadr się zgadza (dzięki rotatorowi CAA sam go poprawia) i rozpoczyna śledzenie. Można robić zdjęcia!

Moim ostatnim obiektem była galaktyka, więc użyłem filtra Antlia Triband RGB Ultra II. Taki filtr odcina „śmieci” (np. światło lamp ulicznych), a przepuszcza to, co nas interesuje – pasma zjonizowanego wodoru i pełne spektrum światła widzialnego z galaktyk. Mgławice fotografuje się inaczej, filtrami wąskopasmowymi, ale to temat na inny raz.
Ustawiam np. 140 zdjęć po 180 sekund i włączam dithering. Z tym ditheringiem to chodzi o to, że montaż po każdej klatce robi mikro-skok o parę pikseli w losową stronę. Dzięki temu oszukujemy matrycę – gwiazdy za każdym razem padają w inne miejsce, a stały szum zostaje tam, gdzie był, co pozwala go potem łatwo wyciąć w obróbce. Takie zamiatanie brudu pod dywan. Jeśli wykres guidingu jest stabilny, to teoretycznie mógłbym iść spać, ale... no właśnie. Nie idę spać, tzn. kiedyś tak, ale na pewno nie przed flipem. Czym flip jest? W życiu każdego obiektu dochodzi do takiego momentu, że w swojej wędrówce po nieboskłonie osiąga punkt najwyższy, po czym zaczyna zachodzić. To jest właśnie moment flipu. Po osiągnięciu górowania teleskop przestaje robić zdjęcia i robi fikołka o 180 stopni. Ma to na celu niedopuszczenie do sytuacji, w której np. tuba uderzyłaby w nogę statywu, gdy będzie coraz niżej śledzić obiekt. Po takim flipie EAF robi ostrość (lub nie), guiding się na nowo kalibruje i sesja się wznawia.

Dobrze, flip zrobiony, klatki zaprogramowane. Wychodzi mi, że sesja skończy się o 4 rano, mamy 00:25, mogę iść spać. Kładę się, chwilę leżę, w międzyczasie ktoś prowadzi live na YouTubie, więc sobie obserwuję kosmos z nimi, ale, ale, co jeśli guiding się popsuł? Muszę iść sprawdzić. Pół biedy jak to jest lato, wiosna - zakładam bluzę/kurtkę i wychodzę. Zimą jest to 5-minutowy proces ubierania się. OK, idę, patrzę, wszystko gra. No to może fajeczka, popatrzę na piękne niebo, zobaczę jak tam aparat, bo czasami rozstawiam drugi mobilny montaż i robię szerokie kadry, albo lornetką oglądam gwiazdy. I tak to schodzi do drugiej. Także śpię dwie godziny max.
BUDZIK! To jedyny budzik, na który wstaję od razu. Zostało 5-10 min sesji, w zależności od częstości ditheringu. Czas na flaty, darki i biasy. To są tzw. klatki kalibracyjne. Robię darki, czyli zdjęcia z zamkniętym deklem, żeby zarejestrować szum samej matrycy, który potem odejmuję od właściwych zdjęć w procesie obróbki. Potem flaty – używam do tego panelu Giotto, który daje idealnie równe światło, żeby pozbyć się cieni od paprochów na optyce i ciemnych rogów. Na koniec biasy na szum elektroniki. Bez tego zdjęcia to byłaby jedna wielka kasza.

Sesja skończona, mamy piątą rano, niebo już się różowi, a na wschodzie pięknie płonie rożek księżyca. Robimy zawijkę. Wszystko rozkręcam, pakuję do skrzyń, zwijam kable, wycieram z rosy i wsiadam do auta, gdzie czeka na mnie Monster. Oczywiście miałem jakieś tam jedzenie, ale znowu nic nie zjadłem przez całą noc. Jadę do domu, jeszcze nie zmęczony, ale na pewno szczęśliwy, choć sam nie wiem jeszcze, co mi się udało zarejestrować. 6:30 wchodzę do domu. Pies drze ryja, małżonka śpi, zrzucam toboły, auto rozpakuję potem. Włączam komputer i zgrywam wszystko na dysk. Idę spać.
0.055817842483521