59
Zainspirowany niedawną dzidą o tym, że ludzie chcą mieć tyle, żeby się nie martwić przychodzę podzielić się swoimi przemyśleniami. A może po prostu wygadać? 
Mam 35 lat. Mam średnią pracę, ale na wszystko starcza. Mogę sobie pozwolić na wakacje zagraniczne dwa razy do roku, nie all inclusive i w wypasionych miejscach ale jednak. Mam mieszkanie, też raczej średnie ale własne. Podobnie samochód, bez szału ale na wakacje mnie dowiezie. Mam trochę oszczędności, mam nawet jakieś hobby, na które średnio mam czas. Ba, mam nawet kobietę, tu akurat nie średnią a zajebistą, bo jest niemal całkowitym przeciwieństwem stereotypowej współczesnej kobiety. 
Niemniej... Dla części to co powyżej to pewnie marzenie, dla innych absolutne minimum życia. 
A ja się zastanawiam... Bo mam takie poczucie: "i co? To już tyle? Ja chcę więcej!" Ale czy gdzieś w pogoni za WIĘCEJ nie zgubiłem się i nie przestałem być wdzięczny za to co już mam. Czy nie ulegam propagandzie konsumpcjonizmu i ciągłej pogoni za jakimś mitycznym bogactwem. A może wprost przeciwnie i to co do tej pory osiągnąłem a co wymagało ode mnie nie mało wysiłku to faktycznie absolutne minimum na które każdy zasługuje i które powinno być bezpiecznym punktem 0 do dalszego rozwoju. 
Czy może apetyt rośnie wraz z jedzeniem? Bo to też nie tak że ja tylko chcę więcej ale też działam, żeby to osiągnąć. 
A może po prostu pierdole... Ale wtedy czemu mi gdzieś tak w środku jednak smutno...?
Więcej i wiecej
0.06774115562439