Ja pierdolę, już któryś raz jestem pod warszawskim dworcem centralnym po północy i kurwa za każdym razem ta sama atmosfera zachodniogejropejskiej dystopii:
mnóstwo cudzoziemców, słychać więcej cyrylicy niż polskiego, ciapaci na rowerach, boltach i w kebabiarniach, najebane łaziki, grupki rechoczących typów, kolorowowłose pokemony, szony, patrole bagietmajstrów, które nie robią nic poza spacerowaniem, bezdomni, naganiacze, ćpuny, pijacy i kurwa autentyczni bywalcy wariatkowa: a to się jeden drze, ten bez butów, brudny i stoi w wejściu na halę, tu jakaś gruba przysadzista baba z pieskiem co i rusz gada do siebie i wykonuje dziwne ruchy, tutaj trzymający się za rozporek żul łazi między autobusami i szuka ofiary..
to jakiś pierdolnięty pakol w busie zaczepia ludzi w ćwierćangielskim z bliżej nieokreślonym językiem i okazjonalnymi paroma słowami w łamanym polskim, puszcza na głośniku jakieś hinduskie tiktoki i gada babie obok, że wie gdzie mieszka.
Mam nadzieję, że ten deszcz, o którym mówił pewien samotny, nocny taksówkarz z irokezem, rzeczywiście przyjdzie i zmyje ten syf z ulic