1
Opuszczony klasztor w okolicach Sicignano [1], który mieszkańcy okolicznych wiosek uparcie nazywają Convento dei monaci del diavolo [2], leży trochę na uboczu współczesnych dróg. Zarośnięty dziedziniec, wykruszone arkady krużganków i puste okna, z których dawno wypadły szyby, tworzą scenę gotową na opowieść grozy. Jeszcze zanim ktokolwiek wspomni o duchach. Kiedy zapada zmrok, klasztor odcina się ciemną plamą od zbocza wzgórza, a ludzie z pobliskich domów wolą spoglądać w inną stronę.
Kompendium strachu: „Mnisi, którzy nie mogą odejść”, Convento dei monaci del diavolo, vol. 34
Zła sława klasztoru ma według miejscowej tradycji sięgać XVII wieku, epoki wojen, zaraz i skomplikowanej walki Kościoła z herezjami. W opowieściach, które krążą po Kampanii [3], mówi się, że mieszkający tu mnisi mieli zbyt chętnie sięgać po księgi zakazane przez Inkwizycję. Zbyt często zamykać się w podziemnych pomieszczeniach, gdzie nocą migotało niepokojące światło. Z tego właśnie mroku miały narodzić się szeptane po kątach plotki o potajemnych obrzędach, wykrzywionych modlitwach, o czarnych mszach odprawianych pod pozorem nocnych czuwań. W wiejskim folklorze granica między „mnichami niesfornymi” a „mnichami diabelskimi” jest bardzo cienka. Wystarczy zaledwie kilka złych decyzji i jeden nieszczęśliwy zbieg okoliczności, by klasztor na zawsze zyskał przydomek diavolo.
Kompendium strachu: „Mnisi, którzy nie mogą odejść”, Convento dei monaci del diavolo, vol. 34
Z biegiem lat wokół murów klasztoru obrósł cały bukiet ludowych opowieści, przekazywanych z dziadka na wnuka. Jedni twierdzą, że po korytarzach przechadza się zakapturzona postać mnicha, który rzekomo sprzedał duszę diabłu w zamian za wiedzę lub bogactwo i teraz nie może opuścić miejsca swojej zdrady. Inni mówią o odgłosach kroków rozlegających się po wybitych schodach, gdy w środku nie ma żywej duszy, o przesuwaniu się cienia po wewnętrznej ścianie krużganku.
Kompendium strachu: „Mnisi, którzy nie mogą odejść”, Convento dei monaci del diavolo, vol. 34
W lokalnym folklorze funkcjonuje kilka wariantów historii tłumaczących pojawianie się widma. W jednej wersji pewien mnich miał zaprzedać się złu, by zdobyć wpływy i władzę w zgromadzeniu. Kiedy sprawa wyszła na jaw, zginął w niejasnych okolicznościach. Czy to zamordowany przez współbraci, czy to targnąwszy się na własne życie. W innej opowieści to cały konwent zostaje dotknięty klątwą za rzekome praktyki herezji, a duch jednego mnicha uosabia winę wszystkich. Typowo dla ludowych narracji, kolejne pokolenia dopisują nowe szczegóły. Raz mówi się o ukrytym skarbie zakopanym gdzieś pod posadzką. Innym razem o pobożnej kobiecie, która odważyła się wejść do ruin z różańcem i po wyjściu straciła mowę.
Kompendium strachu: „Mnisi, którzy nie mogą odejść”, Convento dei monaci del diavolo, vol. 34
Motyw „diabelskich mnichów” [4] dobrze wpisuje się w szeroki europejski wzorzec opowieści o zakonnikach, którzy zamiast świętości wybierają drogę grzechu i tajemnicy. W literaturze grozy i gotyckiej od XVIII wieku powracają podobne figury. Zakonnicy schodzący nocą do krypt, odprawiający mroczne rytuały, klasztory zamienione w labirynty zbrodni i herezji. Choć żaden wielki klasyk nie umiejscawia akcji w Sicignano, to atmosferę Convento dei monaci del diavolo łatwo skojarzyć z powieściami o upadłych mnichach. Klasztor staje się przez to jednym z „punktów na mapie wyobraźni”- realnym miejscem, które wchłonęło literackie motywy, a zarazem ich lokalnym odpowiednikiem.
Kompendium strachu: „Mnisi, którzy nie mogą odejść”, Convento dei monaci del diavolo, vol. 34
[1] Skrótowa nazwa miejscowości Sicignano degli Alburni, niewielkiego miasteczka w prowincji Salerno, w południowych Włoszech.

[2] Potoczna nazwa opuszczonego klasztoru w okolicach Sicignano degli Alburni, związanego lokalnie z legendami o „diabelskich mnichach”.

[3] Region administracyjny w południowych Włoszech (Campania), obejmujący m.in. Neapol, Salerno i okolice Sicignano.

[4] Określenie używane w lokalnym folklorze na mnichów oskarżanych o herezję, tajemne obrzędy lub pakt z siłami zła, które miały sprowadzić klątwę na klasztor.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
„Je vous tue tous.”
tłumaczenie: „Zabiję was wszystkich.” 

- inskrypcja przy wizerunku Ankou na ossuarium w La Roche-Maurice
Ankou (wym. ą-KU) w bretońskim folklorze nie jest śmiercią we własnej postaci, lecz jej sługą. Posłańcem i oberour ar marv [1], który objeżdża nocą parafie i zbiera dusze zmarłych. Wierzono, że co roku funkcję Ankou obejmuje ostatni zmarły z danej parafii. Przez następne dwanaście miesięcy to on prowadzi orszak śmierci i nadzoruje przeznaczony mu rewir. Dzięki temu Ankou jest jednocześnie postacią bezosobową i lokalną, zawsze miejscowy, wywiedziony z własnej wspólnoty.
Kompendium strachu: „Posłaniec z naszej parafii”, Ankou, vol. 29
W ludowych przedstawieniach Ankou bywa wyniosłym, wychudzonym starcem w czarnym płaszczu i kapeluszu o szerokim rondzie albo szkieletem, który trzyma kosę o odwróconym ostrzu. Nie kosi „do siebie”, lecz „do przodu”, jakby ciął powietrze przed wozem. Towarzyszy mu skrzypiący wóz- karr an Ankoù [2], ciągnięty przez wychudzone konie. Dwóch cichych pomocników kroczy obok powozu. Jeden prowadzi zwierzęta, drugi otwiera bramy, furtki i drzwi, by nic nie wstrzymało procesji. Na wybrzeżu zamiast wozu pojawia się czarna łódź nocy (bag noz) [3], która zbiera dusze rybaków i rozbitków. W nocy Ankou bywa poprzedzony krzykiem płomykówki, ludowo zwanej „ptakiem Ankou”.
Kompendium strachu: „Posłaniec z naszej parafii”, Ankou, vol. 29
Najczęstszym omenem jego obecności jest dźwięk sam w sobie. Suchy zgrzyt kół znany jako „wig-a-wag”. Mówiło się, że kto go usłyszy o zmierzchu, ten w przeciągu trzech dni doświadczy śmierci w rodzinie albo w bliskim sąsiedztwie. Zdarzało się też, że ktoś słyszał powolne turkotanie pod własnym oknem. To znak, że orszak zatrzymał się właśnie przy tym domu. Zamykanie furtek i zastawianie dróg uchodziło za proszenie się o nieszczęście. Nie tylko dlatego, że Ankou i tak przebrnie, ale dlatego, że zła wola wobec procesji śmierci, szybko zwróci się przeciw człowiekowi.
Kompendium strachu: „Posłaniec z naszej parafii”, Ankou, vol. 29
Opowieści zebrane w Bretanii pełne są mrocznych epizodów. Bywa, że kowalowi, który o północy słyszy pukanie, przedstawia się wysoki, cichy jegomość i kładzie na kowadło kosę o wyszczerbionym ostrzu. Kowal naprawia narzędzie, lecz gdy zorientuje się, dla kogo pracował, traci spokój. O takim rzemieślniku mawiano potem, że „nie pracuje już dla nikogo". Jakby pojedyncza przysługa związała go ze śmiercią. Gdzie indziej wspominano o wozie, który staje pod oknami domostw, w których świeca pali się po północy. Skrzypienie przechodzi dwukrotnie, a rankiem ktoś z domowników zapada na śmiertelną chorobę. Nad morzem opowiadano o czarnej łodzi, którą słychać między falami, po takim znaku następowały sztormy i katastrofy.
Kompendium strachu: „Posłaniec z naszej parafii”, Ankou, vol. 29
W tradycji ludowej zamiast recepty na ocalenie mamy raczej etykietę wobec orszaku śmierci. Należy zejść z drogi, uchylić furtkę i nie zagradzać przejazdu. Nie wolno drwić, zaczepiać ani rzucać wyzwań. Szydercy w opowieściach kończą naznaczeni albo martwi. Pomaga światło i modlitwa, ale nie jako zaklęcia. Tylko jako nieodłączny towarzyszy dobrej śmierci: dzwony, znak krzyża, czuwanie przy konającym. Jeśli coś stuka w nocy- nie otwieraj, jeśli słyszysz skrzypienie wozu- nie wybiegaj na drogę. Najbezpieczniejsze, co można zrobić, to okazać szacunek i pozwolić procesji przejść.
Kompendium strachu: „Posłaniec z naszej parafii”, Ankou, vol. 29
W ten sposób Ankou pełni w kulturze Bretanii podwójną funkcję: straszy i uczy. Jest memento o równości wszystkich wobec kresu, ale też domową, sąsiedzką twarzą umierania tą, którą przynoszą nie obce demony, lecz „ostatni z naszych”. Dzięki temu opowieści o nim są jednocześnie groźne i przejmująco bliskie. Tam, gdzie skrzypią koła i słychać pisk „ptaka Ankou”, nie czai się kaprys potwora, tylko pewność losu.
Kompendium strachu: „Posłaniec z naszej parafii”, Ankou, vol. 29
[1] Bretoń. robotnik/wykonawca śmierci, tytuł Ankou (dosł. oberour wykonawca + ar ten/ta + marv śmierć), wym. przybl. o-berur ar marw.
[2] Skrzypiąca fura śmierci w bretońskich podaniach (dosł. karr wóz, an [rodzajnik], Ankoù), wym. kar an ąku.
[3] Wariant środka transportu Ankou nad wybrzeżem (dosł. bag łódź, noz noc), wym. bag noz.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
„Wiosną 1942 r., dowodzona przez Friedricha Paulusa 6. Armia była jednym z najsilniejszych związków operacyjnych na froncie wschodnim. W ramach letniej ofensywy 1942 r. poprowadzono ją na Stalingrad. Od końca sierpnia walki w mieście zamieniły się w wyniszczającą bitwę na dystans bagnetu. Takie miejsca jak fabryki Krasnyj Oktiabr i Barrikady, wzgórze Mammajew Kurgan, czy Dom Pawłowa stały się symbolami niezwykle krwawych starć. 19 listopada Armia Czerwona uderzyła na skrzydła armii niemieckiej i jej sojuszników, ostatecznie zamykając 6. Armię w kotle. Nieudany most powietrzny i spóźniona próba odsieczy przesądziły o losie okrążonych. 2 lutego 1943 r. upadły ostatnie ogniska oporu. Skala zniszczeń oraz liczba ofiar sprawiły, że Stalingrad stał się nie tylko miejscem pamięci, lecz także ogniskiem lokalnych opowieści o obecnościach."

- krótki rys hisotryczny bitwy pod Stalingradem
To właśnie w tym pejzażu wybrzmiewa jedna z częściej przytaczanych historii, krążąca po mieście od lat 90 XX wieku. Opowiada się o nocnym strażniku na Mammajewym Kurganie, który podczas jesiennej nocy obchodził teren między kurhanem a schodami wiodącymi ku Wołdze. W pewnym momencie usłyszał miarowe stukanie, jakby czyjeś kroki w twardych butach i krótki, urwany rozkaz po niemiecku. Z mgły wyłoniła się sylwetka żołnierza w podniszczonym feldgrau, z bandażem pod kołnierzem. Zjawa miała tylko zwrócić głowę w stronę zbocza i półgłosem, nieporadnie po rosyjsku, poprosić o wodę. Strażnik  jak głosi  miejska opowieść odruchowo uniósł latarkę w stronę postaci. Światło trafiło w pustkę. Kroki ucichły, słowa jakby wsiąkły w wiatr, a w trawie kołysała się jedynie stara manierka bez korka. 
Kompendium strachu: „Ostatni rozkaz, ostatnia prośba, czy echo umarłych?”, Duchy Stalingradu, vol. 25
Rano, poruszony zajściem, miał podobno zadzwonić do lokalnych poiskowików [1], którzy w sezonie przeczesywali wzgórze. Według tej samej opowieści, tuż poniżej wskazanego miejsca natrafiono potem na niewielkie skupisko łusek i fragment zniszczonego hełmu. Ktoś dopowiedział, że odkopano też drobne kości dłoni, inni twierdzą, że znaleziono tylko sprzączkę od pasa. Ta historia dla jednych to autosugestia i akustyka wiatru na otwartej przestrzeni, dla innych echo tysięcy przerwanych żyć.
Kompendium strachu: „Ostatni rozkaz, ostatnia prośba, czy echo umarłych?”, Duchy Stalingradu, vol. 25
W kwartale dawnych zakładów i na stromych zjazdach ku rzece krążą upiorne anegdoty, które powracają zwłaszcza jesienią, gdy znad wody podnosi się mgła. Kierowcy ciężarówek opowiadają, że w snopie świateł nagle przebiega im przez jezdnię szereg sylwetek jakby pochylonych ludzi w długich płaszczach. Po czym obraz rozsypuje się w kłębach pary, a czujnik ruchu na skrzyżowaniu nie rejestruje nikogo. Inni wspominają o nagłym wrażeniu, że ktoś „przykleja się” do tylnej burty samochodu na zjeździe, jakby wciąż próbowano zbiec ku rzece pod ogniem.
Kompendium strachu: „Ostatni rozkaz, ostatnia prośba, czy echo umarłych?”, Duchy Stalingradu, vol. 25
Nocne „krzyki po niemiecku” mają ponoć swoją stałą dramaturgię. Najpierw pojedyncze, urywane słowa odmierzane rytmem kroków, potem chór krótkich komend, które po chwili rozciągają się w długi, metaliczny pogłos. Miejscowi tłumaczą to akustyką: echo odbija się od ścian hal i betonowych nasypów, miesza z hukiem wagonów i przeciągłym gwizdem barek. Przy inwersji temperatury dźwięk niesie się nienaturalnie daleko. Jednak dla tych, którzy to słyszeli, wyjaśnienie fizyczne rzadko wystarcza. Zwłaszcza kiedy w tej samej chwili z ciemności wybija się stukot jakby podkutych butów na metalowej kładce. Zaś z wysokiego brzegu odpowiada mu suchy trzask, jak z zaciętego zamka karabinu.
Kompendium strachu: „Ostatni rozkaz, ostatnia prośba, czy echo umarłych?”, Duchy Stalingradu, vol. 25
Srażnicy obiektów mówią jeszcze o jednej rzeczy: o „cichych godzinach” między trzecią a czwartą nad ranem. Gdy na nabrzeżu nie jedzie już żaden pociąg, a mimo to w stalowym szkielecie jednej z hal zaczyna „pracować” wiatr. Wtedy w pustym wnętrzu słychać coś, co przypomina krótkie liczenie raz po rosyjsku, raz po niemiecku i szuranie skrzynek po betonie. Jedni przysięgają, że to tylko luźne blachy i przeciąg z rzeki. Inni wolą wtedy nie patrzeć w stronę ramp przeładunkowych, gdzie zardzewiałe haki kołyszą się bez wiatru i znikąd nie wiadomo, skąd bierze się w powietrzu zapach zimnej, wilgotnej cegły.
Kompendium strachu: „Ostatni rozkaz, ostatnia prośba, czy echo umarłych?”, Duchy Stalingradu, vol. 25
Ogólnie przedstawione opowieści są mieszanką ciężkiej, wojennej historii, specyficznej topografii i fizyki dźwięku jak i psychologii nocnego miasta oraz samopodtrzymującej się legendy. Jednak czy na pewno wszystko można tak wytłumaczyć?

[1] wolontariusze z rosyjskich i białoruskich oddziałów poszukiwawczych, którzy przeszukują dawne pola bitew, żeby odnajdywać szczątki poległych żołnierzy, identyfikować ich (np. po nieśmiertelnikach) i organizować godne pochówki. Zbierają też fragmenty uzbrojenia, dokumentują miejsca walk i przekazują znaleziska do muzeów.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
„Hellequin bywa łączony z diabłem i śmiercią jako jedna z ich możliwych emanacji: tej, która o pewnych porach roku zstępuje na ziemię na czele oddziału upiorów, trwożąc żywych. Niekiedy jednak autorzy go demistyfikują, ujawniając jego komiczny wymiar.”

- parafraza na podstawie współczesnych opracowań z zakresu mediewistyki dotyczących zjawiska Dzikiego Gonu we Francji
Rota Hellequina (fr. Mesnée d’Hellequin) to jeden z najsłynniejszych francuskich wariantów Dzikiego Gonu. Nocna procesja zmarłych, potępieńców i demonów, pędzonych huraganem przez niebo i bezdroża. W tradycji Bretanii, Pikardii i Normandii słychać ją jako chór rogów, ujadanie czarnych ogarów, trzask piór i pobrzęk uprzęży. Widuje się migotliwe pochodnie i jeźdźców, którzy nie znają zmęczenia. Spotkanie z orszakiem uchodzi za omen wojny, zarazy albo śmierci, która dotknie okolicznych mieszkańców. Bywa też próbą: legendy mówią, że wędrowiec, który natknie się na pochód, ma rzucić się na ziemię, nie wpatrywać się i nie odpowiadać, gdy ktoś z orszaku wywoła jego imię. Kto poda jeźdźcowi pomocną dłoń lub da się porwać ciekawości, może trafić do procesji i wrócić dopiero po wielu latach. 
Kompendium strachu: „Francuska procesja potępionych”, Mesnée d’Hellequin, vol. 24
Słowo mesnie/mesnée (ze średniofr.- świta, zbrojna rota) trafnie oddaje charakter zjawiska, to nie pojedynczy duch, lecz uzbrojony orszak. Imię Hellequin (pisane też Hellekin, Herlequin, Harlequin) łączy się z germańskimi i anglonormańskimi postaciami wodzów Dziczy: Herla (u Waltera Mapa), Herlechin/Herlething (u Orderyka Vitalisa), a w Bretanii alternatywnie z Artusem (Chasse Artus). Już Orderyk Witalis (XII w.) opisuje spotkanie duchownego z upiorną kolumną rycerzy, łowców i kobiet niosących niemowlęta. Roman de Renart zna idiom „mesnie Hellequin” jako synonim dzikiej kompanii. W późnym średniowieczu nazwa zaczyna promieniować na teatr uliczny i jarmarczny. Uczeni często wskazują, że Arlekin (Arlecchino w komedii dell’arte) nosi w nazwie echo Hellequina, choć scena ostatecznie uczyniła z niego figlarza, a nie ponurego wodza widm.
Kompendium strachu: „Francuska procesja potępionych”, Mesnée d’Hellequin, vol. 24
Jak właściwie wygląda ten orszak potępieńców? W normandzkich i pikardyjskich opowieściach „idą dwa światy naraz”. Na czele jeźdźcy w kolczugach, z chorągwiami i ognistymi chochlami przy siodle. Za nimi podąża tłum cieni: duchy morderców, bluźnierców, szabrowników, słowem: dusze obciążone bardzo konkretnymi grzechami. W Bretanii pochód bywa bardziej królewski (z Artusem), w Burgundii częściej myśliwski (ogniste psy, rogacze diabelskie). Wszędzie powraca motyw próby. W orszaku ktoś niesie zmarłe dziecko i pyta przechodnia o chrzestne imię, ktoś prosi o łyk wody, ktoś inny każe na chwilę potrzymać pochodnię. Kto ulegnie i spełni prośbę, może srogo pożałować swego miłosierdzia. Kto odmówi łagodnie i padnie twarzą do ziemi, słyszy tylko świst i śmiech oddalających się upiorów.
Kompendium strachu: „Francuska procesja potępionych”, Mesnée d’Hellequin, vol. 24
Średniowieczne kroniki i kazania, aż po wzmianki w satyrach i poematach, wprowadziły Mesnie Hellequin do obiegu uczonego, a później do słowników i kompendiów demonologii. W nowożytnej piśmienności francuskiej staje się idiomem chaosu i zgiełku (tak pisze się o rozpasanej tłuszczy, o „piekielnych procesjach”). W badaniach XIX–XX w. stała się przykładem żywotności mitu o Dzikim Gonie na ziemiach romańskich i germańskich. Współczesne opracowania regionalne (Normandia/Bretania) porządkują lokalne warianty: La Chasse Hellequin, La Chasse Artus, La Chasse infernale, wskazując zarówno na wspólne jądro (nocny orszak, próba, omen), jak i na różnice obsadowe (Hellequin, Artus, czasem św. Hubert jako symbol myśliwskiej furii).
Kompendium strachu: „Francuska procesja potępionych”, Mesnée d’Hellequin, vol. 24
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
„Każdy zmarły niesie światło, którego nie widać. Wyraźnie zaś czuć woń palonej woszczyny.” 

-cytat z Xesúsa Rodríguez Lópeza, znaleziony w Supersticiones de Galicia y preocupaciones vulgares.
Santa Compaña to jedna z najsłynniejszych legend północno-zachodniej Hiszpanii. Nocna procesja dusz wędrująca wiejskimi ścieżkami Galicji, znana również w Asturii jako Güestia, a także w Leónie i Zamorze. W wielu przekazach to zły omen, orszak zatrzymuje się przed domem, w którym wkrótce ktoś umrze. Klasyczne opisy mówią o dwóch szeregach widm okrytych całunami, idących boso, z niewidzialnymi świecami, które zdradza zapach topionej woszczyny [1] i chłodny podmuch. Na czele kroczy postać większa od innych określana mianem Estadea [2] oraz żywy człowiek niosący krzyż i kociołek z wodą święconą. Człowiek ów jest skazany, by co noc prowadzić pochód i nad ranem wracać do łóżka bez pamięci o poprzedniej nocy. Z czasem staje się coraz bledszy i słabszy. Uwolnić się może tylko zrzucając brzemię na kogoś, komu wręczy krzyż, zanim ten zdąży nakreślić na ziemi krąg Salomona. Motyw bywa łączony przez folklorystów z europejską figurą Dzikiego Gonu i funeralnymi huestami Celtów (sluagh, toili). [3]
Kompendium strachu: „Orszak, który nie rzuca cienia”, Santa Compaña, vol. 14
Choć współczesne streszczenia różnią się detalami (białe lub czarne kaptury, dzwoneczek, niesiona trumna), rdzeń opowieści jest zaskakująco stabilny w źródłach od XIX w. Od notatek podróżnika George’a Borrowa i definicji folkorysty Xesúsa Rodríguez Lópeza: „Zebranie dusz czyśćcowych o północy wychodzą procesją; żywy idzie przed nimi z krzyżem i wodą święconą; świec nie widać, ale czuć zapach cery; dyrygent nie może się oglądać”, aż po ujęcia słownikowe i zbiory wierzeń terenowych. Od klasycznych prac Manuela Murguíi i Vicente Risco, przez monografię Elisarda Becoñi Iglesiasa (La Santa Compaña, el Urco y los muertos), po studia Carmela Lisóna Tolosany opisują zarówno sam motyw procesji, jak i jego warianty, zasięg oraz techniki aprotropajiczne (krąg z pieczęcią Salomona, padnięcie twarzą do ziemi, gesty rękami). Prace te sytuują Compañę w szerokim kontekście obrzędowości zaduszkowej i porównują z procesjami dusz w Irlandii, Walii czy Szkocji.
Kompendium strachu: „Orszak, który nie rzuca cienia”, Santa Compaña, vol. 14
Żywotność tradycji nie ogranicza się jedynie do podań. W Galicji motyw bywa rekonstruowany performatywnie przy okazji świąt (Samaín/Noc Zaduszek), a lokalne władze i instytucje kultury odwołują się do niego w programach popularyzujących dziedzictwo regionu. Przykładowo, w Pontevedrze organizowano „procesión das ánimas” (Santa Compaña) w noc 31 października jako część cyklu „A noite dos calacús”. [4]
Przypisy:

[1] Woń palących się świec z prawdziwego wosku (cieplejsza, miodowa) w odróżnieniu od bezwonnej parafiny.

[2] Duch prowadzący nocną procesję zmarłych, opisywana jako wysoka, chuda postać na czele orszaku. Określenie te bywa też używane na określenie pojedynczej zjawy kobiecej.

[3] Określenie procesji istot związanych ze śmiercią w folklorach celtyckich regionów. Slúagh na marbh (zastęp/hostia zmarłych) w szkockim i irlandzkim folklorze to „gospodarze nieodpuszczonych zmarłych”, lecące na wietrze roje dusz, które mogą porywać ludzi lub wykradać dusze konającym. Toili to walijski omen śmierci w postaci „widmowego pogrzebu”, słyszana lub widziana fantomowa procesja żałobna, która zwiastuje prawdziwy pogrzeb danej osoby wkrótce potem.

[4] Procesión das ánimas w galicyjskmi: dosł. „procesja dusz” tradycyjne nocne nabożeństwo/pochód wątku Santa Compaña. A noite dos calacús- „Noc dyniowych lampionów”, galicyjski: święto z lampionami z dyni, lokalny odpowiednik Halloween/Samaín.
Kompendium strachu: „Orszak, który nie rzuca cienia”, Santa Compaña, vol. 14
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
„Jej głos stawał się coraz cieńszy, jak płacz wiatru; potem rozpłynęła się w jasnej, białej mgle… Już nigdy jej nie widziano.”
 
- Lafcadio Hearn, Yuki-Onna, w Kwaidan (1904).
Yuki-onna (śnieżna kobieta) to eteryczny duch zimy z japońskich opowieści. Opisywana jest jako wysoka, blada jak świeży śnieg, o długich czarnych włosach i oczach zimnych jak lód. Pojawia się podczas zamieci na górskich przełęczach i leśnych traktach. Jej oddech dosłownie mrozi krew w żyłach. W wielu wersjach jednym tchnieniem odbiera ciepło i życie zagubionym wędrowcom, zostawiając ciała bez śladów poza śnieżnym pyłem. Legendy z epoki Edo malują ją jako byt ambiwalentny. Bywa okrutną zabójczynią, która zwabia do chaty w czasie zadymy śnieżnej i znika o świcie. Bywa też kochanką lub małżonką, uratowany mężczyzna ocaleje dzięki litości Yuki-onny pod warunkiem, że nigdy nikomu o niej nie opowie. Gdy jednak złamie przysięgę, żona odsłania prawdziwą naturę i znika w tumanach śniegu, czasem oszczędzając go ze względu na dzieci.
Kompendium strachu: „Pocałunek Zimy”, Yuki-onna, vol. 13
Ten wachlarz wariantów od bezdusznej upiorzycy po kruchą strażniczkę zimy sprawił, że Yuki-onna stała się metaforą chłodu i piękna, kuszącej obcości i niebezpieczeństwa natury. W opowieściach ludowych trzyma się progów domów i papierowych drzwi, wpatruje w lampion, prosi o kubek gorącej sake. W innych snuje się nad zaspami, zostawiając ślady, które nagle urywają się nad przepaścią. Od końca XIX wieku, gdy jej postać trafiła do spisów i literatury (m.in. do zbiorów opowieści grozy i późniejszej mangi), Yuki-onna stała się ikoną zimowego yōkai [1]. Jest również obecna w szkolnych anegdotach i dramatach telewizyjnych. Co niejednokrotnie mąci w wyobraźni turystów patrzących na nawiane pola. Gdyż to właśnie na ich skraju, na granicy światła i zamieci, najłatwiej ją spotkać.

[1] Pojemne japońskie określenie na istoty nadnaturalne: demony, duchy, potwory, zmiennokształtne zwierzęta i niezwykłe zjawiska. Słowo łączy znaczenia czarujący/nadzwyczajny. 
Kompendium strachu: „Pocałunek Zimy”, Yuki-onna, vol. 13
Przykłady przedstawień oraz inspiracji w pop-kulturze (filmy, anime/manga i gry wideo): 

- The Snow Woman / Kaidan Yukijorō (1968): pełnometrażowa wersja historii Yuki-onna w reż. Tokuzō Tanaki.
- Nurarihyon no Mago / Nura: Rise of the Yokai Clan: postać Tsurara Oikawa (Yuki-onna) jako stała bohaterka.
-Nioh (Team Ninja): Yuki-onna jako boss w misji „Falling Snow”. 
-Pokémon Froslass (Yukimenoko): projektowo i w opisach Pokedexu nawiązuje do Yuki-onna.
Kompendium strachu: „Pocałunek Zimy”, Yuki-onna, vol. 13
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
„Na rozstajach mgła rozstąpiła się, czarny pies stał bezgłośnie, a jego oczy liczyły każdy mój oddech”

- z paplaniny staruszka MacNeill’a , okolice wioski Loch nam Madadh w Szkocji.
W tradycji anglo-celtyckiej najczęściej przyjmuje postać czarnego psa. Nienaturalnie dużego, o jarzących się czerwonych lub żółtawych oczach. Pojawia się na rozstajach, przy kurhanach i w pobliżu kościołów oraz cmentarzy. Bywa uznawany za zwiastun śmierci, choć lokalnie zdarzają się też ujęcia opiekunów prowadzących wędrowców we mgle. Do najsłynniejszych należą Black Shuck (East Anglia) i barghest (Yorkshire). Z tym kręgiem wiążą się również strażnicze psy-duchy cmentarne znane jako church grim. Walijskie opowieści mówią o Cŵn Annwn, czyli psach Zzaświatów, częstokroć łączonych z Dzikim Łowem oraz o gwyllgi, czarnym, wilczym psie o płonących oczach. W wersjach północnoangielskich (np. barghest) pies może kłaść się w poprzek progu domu lub nie móc przekroczyć rzeki. W wersjach „kościelnych” (church grim) strzeże przybytku i bije w dzwon przed zgonem.
Kompendium strachu: „Gdzie omen kładzie łapy na drodze”, Hellhound, vol. 11
Co wiemy z podań na temat piekielnych ogarów? Schemat owych opowieści bywa podobny. Wędrowiec widzi psa dwukrotnie lub trzykrotnie (motyw liczby przeznaczenia), po czym niedługo ktoś umiera albo spada na niego nieszczęście. Czasem ogar prowadzi człowieka na skraj urwiska. Innym razem wyprowadza z bagna, jakby pełnił ambiwalentną rolę strażnika granicy. Folklor podsuwa pragmatykę: nie iść za psem, nie odpowiadać na „wołanie po imieniu”, nie patrzeć długo w oczy. Bezpieczna jest święcona ziemia, światło i próg domu (miejsce ochronne). W wariantach uświęconych pomaga metal/żelazo (klucz, gwóźdź), a w opowieściach o Dzikiem Łowie nie wchodzić na rozstaje o określonych porach.
Kompendium strachu: „Gdzie omen kładzie łapy na drodze”, Hellhound, vol. 11
Przykłady przedstawień oraz inspiracji w szeroko pojętej pop-kulturze: 

- Arthur Conan Doyle, The Hound of the Baskervilles (1902), ikoniczne wykorzystanie motywu piekielnego ogara na Dartmoor.
- J. K. Rowling, Harry Potter and the Prisoner of Azkaban (1999), Grim jako omen śmierci i czarny pies-animagus Syriusza Blacka.
- Neil Gaiman & Terry Pratchett, Good Omens / serial (2019), piekielny ogar Antychrysta, który staje się psem.
Kompendium strachu: „Gdzie omen kładzie łapy na drodze”, Hellhound, vol. 11
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.088032960891724