Otwartoumysłowi się prują że inne kultury nie są takie jak oni chcą, nic nowego Humor 1 r 158 Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
Wpis 6 - Góry, narty i kolizja z małpą. Część 2 Świat Podróże 1 r 6 Oczywiście i tutaj nie zabrakło skoczni narciarskiej Ostatnim ośrodkiem narciarskim z tej wyprawy wartym wspomnienia jest Shiga Kogen. Jeżeli miałbym wytypować najlepsze miejsce do jazdy na nartach poza Hokkaido, wybrałbym każdy inny ośrodek w tamtych górach, ale mając do wyboru jedno jedyne miejsce, postawiłbym właśnie na Shiga. Shiga to obszar leżący w samym sercu parku narodowego Joshinetsu Kogen i wyrył na prawdę szczególne miejsce w moim serduszku, ale tutaj muszę zacząć wszystko od początku. Zaczęliśmy dzień wcześniej, wyruszyliśmy w góry o 5:40 (z hotelu), by móc zobaczyć pewne miejsce długo przed turystami. Marsz doliną zajął niecałe 30-40 minut. Po dotarciu do końca doliny rzeki Yokoyu, naszym oczom ukazały się zabudowania, które jak tylko mogły, podkreślały urok tego miejsca. Co było celem, takiego porannego spaceru? Zobaczenie natury oczywiście w jej wspaniałym wydaniu. Możliwość zobaczenia japońskich makaków na żywo była naprawdę niesamowita, jednak to nie było w tym wszystkim najważniejsze. Magiczne okazało się to, że w celu ominięcia tłumu turystów wpakowałem się prosto w sam środek chińskiej wycieczki (o 8:30 rano -.-) i przekonałem się, że niektóre miejsca warto jednak podziwiać tylko na zdjęciach. Późniejszy wyjazd na narty tego dnia był czymś, czego nie da się opisać, muszę wam to po prostu pokazać. Po wejściu do wagonika i zjechaniu w dół doliny do wyciągów narciarskich spotkał mnie bardzo ciekawy widok. Okazało się, że nie musiałem wcale targać mojego towarzysza w wyżej opisane miejsce – wystarczyło się wybrać na stok, by zobaczyć makaki. (A między nami, osobiście nie lubię małp, bo to kurwie syny są i złodzieje, takie jakieś mam nieprzyjemne doświadczenia w tym temacie) Pełen zaskoczenia oglądałem z wyciągu, jak małpy biegają pomiędzy narciarzami. Widząc coś takiego pierwszy raz w życiu, ciężko było nie być tym zafascynowanym. Sam teren Shigi, wow, to zupełnie inna bajka, konstrukcja ośrodka bardzo, ale to bardzo zblirzona do europejskiego, rozciągnięta na odległość 15 km. Pozwalała na podziwianie całej doliny z każdego możliwego kąta No i tak, to było też miejsce, gdzie mogłem zakończyć swoje krótkie, aczkolwiek chyba piękne życie. Widząc trasę (zdjęcie poniżej), stwierdziłem, że to jest jedno z tych miejsc, gdzie muszę się puścić w swoim stylu. Włączyłem pomiar prędkości na telefonie i rzuciłem się w stok. Lecąc gdzieś na załamaniu stoku (gdzie przechodził w swoje łagodniejsze nachylenie), mignęła mi mała szara kropka w rogu prawego oka i poleciałem. Nie zgadniecie, co się stało. Fluffy, zapierdalając (wedle GPS top speed był 102 km/h), zderzył się z makakiem i przeleciał dobre 200–300 metrów, zanim wyhamował na plecach. Kto by, kurwa, pomyślał, że w lesie, gdzie są małpy, będą one stwarzać zagrożenie na stoku. Ja też przypominam, że śmiałem się wcześniej z Japończyka, że doznał zbliżenia trzeciego stopnia z naszym australijskim bratem, a sam się jak psojebca ze zwierzęciem spiknąłem -.- Co najlepsze w całej akcji – o dziwo – nie ucierpiało żadne zwierzę (czyli ja i makak xd). Po pozbieraniu się i zjechaniu pod wyciąg, mój towarzysz też miał srogą minę i sporo komentarzy na temat tego, co odwaliłem xd. Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej, podziwiając ten bliski, a zarazem tak inny krajobraz. Pozwoliłem sobie w tym poście skrócić część narciarską, by nie robić kolejnego wielkiego potworka, jednak w najbliższych postach będzie sporo do opisania, bo rzeczy, które w sumie można było doświadczyć, to coś, co w naszych stronach raczej jest nie do pomyślenia. Chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy pisali do mnie w wiadomościach prywatnych z pytaniami. Nie spodziewałem się, że będzie w tej sprawie odzew. Szczerze, nie miałem nawet ostatnio ochoty do tego siadać. Wiecie, jak to bywa – życie, praca, życie. Dużo się też ostatnio działo, ale mniejsza o to – mam teraz Japonię do doszycia, Białoruś w kolejce i inne rzeczy też nadchodzą wielkimi krokami. Spokojnego dnia życzę wszystkim, którzy doczytali moje wypociny do końca. Swoją drogą – mógłbym prosić o feedback o stylu pisania? Poprawił się na lepsze, czy zjebał? Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
Wpis 6 - Góry, narty i kolizja z małpą. Część 1 Świat Podróże 1 r 3 Cześć i czołem, Miałem nadzieję, że zostałem już zapomniany i odpuszczę sobie póki co pisanie, ale dzięki kilku osobom, pozbierałem się, by coś dla was wyhawtować. Nawet nie wiecie, jak po wejściu po dłuższym czasie i odczytaniu nawet pojedynczej wiadomości na pw, potrafi to zmotywować człowieka. Pozwolę sobie w tym poście zawrzeć pozostałe rzeczy związane z nartami. Pamiętacie, jak pisałem we wpisie nr 4 o tym, jak zgubiłem obiektyw? Pierwsza myśl, jaka mi przyszła, po odpuszczeniu nerwów związanych z zagubieniem obiektywu (no cóż, stało się), to był powrót dnia następnego do miejsca, w którym zgubiłem obiektyw. Dzięki ukazanym wcześniej zdjęciom dobrze wiedziałem, gdzie będzie. Myśl, że ten obiektyw tam jeszcze będzie, była zwykłym, głupim przekonaniem bazowanym na moich zasłyszanych opiniach z filmów na YouTube czy książek o tym, że Japonia to kraj, gdzie zagubione rzeczy się odnajdują, ludzie nie kradną, a na niebie latają jednorożce i wszystkie samochody w Polsce mają atest i wbite LPG. Następnego dnia, po zapakowaniu gratów do samochodu, ruszyłem jak burza do tej ukrytej świątyni wśród japońskich gór, pełen nadziei, że moja zguba się odnajdzie. Powiem wam, że za każdym razem bawi mnie to, jak człowiek, mimo świadomości naiwności swojego pomysłu, dalej w niego brnie. Tak więc – kierunek Happo-One! I nigdy nie zgadniecie co — po dotarciu na miejsce okazało się jednak, że mimo wszystkich moich dobrych myśli i wskazań, obiektywu nie było nawet w promieniu najbliższych 100 metrów od tego miejsca. Udało się złapać miejscowego kannushi'ego/gon-kannushi'ego (tj. lokalnego kapłana? Wiecie, takie wololo, tylko bez laski, nie znam się na tym na tyle żeby ich rozróżniać xd), i on, jak i lokalny tourist help, nie wiedzieli nic na temat, by ktoś zgłaszał zagubione rzeczy. A szkoda (jako zagwozdkę zrobię wtrącenie, że miałem podobną sytuację w Tokio, z innym przedmiotem, ale zakończenie tego było zupełnie inne — ale o tym w przyszłych postach). Nie pozostało wtedy nic innego, jak uderzyć na stok — co mogłem więcej zrobić, azymut ośrodek Hakuba 47. Dolina Hakuby to malownicze miejsce, Japonia ciągle zaskakiwała. Z jednej strony widzisz góry przypominające te w europejskich Alpach, a z drugiej masz wrażenie, jakby ktoś nie szczędził efektów i nawalił cel-shadingu na góry xD Nie będę oszukiwać, jeżeli powiem, że zazdroszczę im tego krajobrazu. Jak już pisałem wcześniej, zawsze od dzieciaka uwielbiałem góry, zimę, śnieg i narciarstwo. Widok gór tonących w chmurach i oświetlonych promieniami słonecznymi, wraz z szumiejącym wiatrem, zawsze działał na mnie uspokajająco. Nie wiem, jak wielu ludzi mnie tutaj zrozumie. Jednak polecam każdemu nawet wjechać zimą kolejką (lub latem), oddalić się w ustronne, ciche miejsce i po prostu zanurzyć się w myślach, widoku i chwilowym spokoju. Dobra, ale wracając, w Hakubie widziałem pierwszy raz w życiu jeden z najbardziej epickich wypadków na stoku ever. W sumie był wyjęty jak scena z Jackassa. Jadąc po stoku zauważyłem obecność Funboxa, tj. takiej rampy ze śniegu, na którą można najechać z każdej strony i się wybić (coś takiego jak to poniżej, ale bez drzewa u góry). Obrałem sobie dystans do rampy, z myślą, że zrobię grab i jakąś 180-tkę. Ruszyłem po uprzednim sprawdzeniu, czy mam wolne. Po przejechaniu 40-50 metrów wyprzedził mnie Japończyk, co zmusiło mnie do wyhamowania. Nasz lokalny kolega rozpędził się i wycelował w środek rampy, patrzyłem na to trochę poirytowany, bo zepsuł mi skok. Jednak dosłownie chwilę potem zobaczyłem drugiego jego mościa, który najechał na rampę z prawej strony. Kolejno wybili się w tym samym momencie z dwóch stron i zderzyli się w powietrzu. Rzuciłem się od razu ich pozbierać, okazało się, że Japoniec przegrał pojedynek wagowy w powietrzu z kolegą z Australii, co skończyło się dla niego rozciętym łukiem brwiowym i poturbowaniem, drugiemu tylko rozbitym nosem. Szczęście w nieszczęściu, że tych dwóch kretynów rozbiło się zaraz przed końcem stoku i nie trzeba było długo skośnookiego odprowadzać do pomocy medycznej. (Inna sprawa, jakie miał szanse, że pierwszy białas, który do niego podejdzie na nartach, będzie miał kilka gaz i bandaż). W każdym razie na całe szczęście (albo i nie dla kolegów z działu hard) historia zakończyła się dobrze. Innym całkiem ciekawym miejscem gdzie można pojeździć na nartach jest miejscowość Nozawa-onsen, jak sama nazwa wskazuje jest to miejsce gdzie znajduje się całkiem liczne zbiorowisko onsenów, jak i bardzo przyjemny ośrodek narciarski. Ukryty wysoko w górach na północy prefektury Nagano, około 30 kilometrów od Morza Wschodniego, ośrodek to piękne miejsce, pełne uroczych sklepików, onsenów zaczynających swoją historię na długo przed chrztem Polski, wąskich uliczek i szczytów pokazujących inne oblicze widowiskowych gór. Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
Perspektywa fajnopolactwa Humor 1 r 20 Szanuj ojczyźnianą kulturę, bo bez niej nie zrozumiesz obcej i będziesz tylko chodzącą portmonetką zagranicy, ani nie znajdziesz szczęścia we własnych tradycjach. Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼