2
558 lat temu zmarł Gjergj Kastriota czyli słynny Skanderbeg, albański bohater narodowy. 

Skanderbeg przez ćwierć wieku odpierał wszelkie inwazję tureckie na Albanię, nie tylko zapewniając swej ojczyźnie niezależność od Osmanów, ale też chroniąc w tym czasie Italie i Węgry od ekspansji Imperium Osmańskiego. W historii wojskowości XV wieku Kastriota zajmuje wysokie miejsce jako najwytrwalszy przeciwnik Osmanów w czasach gdy rządził nimi sam Mehmed zdobwyca, a jego samego uznaje się za mistrza małej wojny obronnej czego przykładami są jego zwycięstwa podczas kolejnych oblężeń Kruji czy pod Torvioll lub na równinie Albulena.
Giergij
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0
„Nowy cud zwierzęcy wywołuje obecnie wielką sensację w stolicy Rzeszy. Wszyscy o tym mówią.”

- artykuł z lokalnej gazety Der Oberhasler z kwietnia 1935 r., pt. „Das Wunder von Loch Ness in Meiringen?”
Tatzelwurm, w szwajcarskich przekazach znany jako Stollenwurm, to stwór wywodzący się z pogranicza Alp. Raz opisywany jest jako pełzający gad, raz jako miniaturowy smok, a jego obraz zmienia się w zależności od doliny, języka i epoki. Już w starszej tradycji szwajcarskiej rozróżniano go od „prawdziwego” smoka. Powiadano, że smok należy do tego rodzaju, co lata, a Stollenwurm do tego, co pełza. W praktyce jednak oba wyobrażenia często się mieszały. Zarówno miejscowi bajarze, jak i uczeni próbowali tym samym słowem nazwać różne „dziwne gady” znane z plotek, kronik i rysunków.
Kompendium strachu: „Gad o kociej głowie ”, Tatzelwurm, vol. 49
W jednej z klasycznych, XIX-wiecznych kompilacji folklorystycznych Altes und Neues vom Tatzelwurm z 1895 roku, autor podkreśla, że starszych źródeł trzeba szukać w Szwajcarii. Mówiono tam o „stollenwurmach”, czyli „wężach z krótkimi, klockowatymi nogami”. Opisy zawierały też detal kociej głowy, a pojawianie się stwora wiązano z dusznym dniem, zmianą pogody i nagłym „ wyjściem z górskiego terenu. W tych relacjach Stollenwurm potrafi być nie tylko osobliwy, ale i realnie groźny. Ma się wzbierać do ataku, wysuwać strzałkowato zwężony język z jadowitego pyska, próbować ofiarę owinąć ogonem i udusić. Według pasterskich wyobrażeń miał wysysać krowom mleko prosto na hali. Pojawiają się też praktyczne środki ochronne, np. wiara, że trzymanie na alpejskim wypasie białego koguta zabezpiecza przed napaścią
Kompendium strachu: „Gad o kociej głowie ”, Tatzelwurm, vol. 49
Opisom zachowania często towarzyszą efekty fizjologiczne i chemiczne, które brzmią jak próba wyjaśnienia, skąd bierze się groza. W jednej z relacji, gdy Tatzelwurm został postrzelony, kula jakby wpadła mu w przednie łapy, zaś skały wokół zostały opryskane zieloną trucizną. W innych przekazach powracają motywy wspólne dla wielu wersji. Atak poprzedzony nagłym wzbiciem się w powietrze i szarżą. Dźwięki przypominające gwizd lub pisk, sapanie oraz to, że stwór zabija nawet jeśli jego anatomia raz upodabnia go do kota, raz do węża. Czasem nawet liczba nóg potwora wahała się od dwóch do sześciu.
Kompendium strachu: „Gad o kociej głowie ”, Tatzelwurm, vol. 49
W nowszych, stricte badawczych ujęciach Tatzelwurm bywa nazywany wręcz „alpejskim fantomem”. Tradycja startuje od szwajcarskiego Stollenwurmu, potem przechodzi w austriackiego Tatzelwurmu. Rdzeniem przedstawienia staje się „kocogłowy wąż z krótkimi nogami”, tyle że w setkach przekazów, zmiennych jak pogoda w górach. Tę zmienność dobrze streszcza wątek z badań nad relacjami. Im więcej zgłoszeń i wariantów, tym trudniej złożyć z nich jeden stabilny portret stwora. Zamiast jednego zwierzęcia dostajemy raczej rodzinę obrazów, które kultura alpejska sklejała z dawnych smoków, lokalnych jaszczurek, myśliwskich anegdot i pasterskich lęków.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
4
„Według ludowych wierzeń i opisów karakoncolosy są podobne do małp, niskiego wzrostu, brzydkie, o rozczochranych włosach…”

- z hasła „KARAKONCOLOS” na Kültür Portalı (oficjalnym portal Ministerstwa Kultury i Turystyki Turcji)
Karakondžula (wym. ka-ra-kon-dżu-la) to zimowe straszydło z wywodzące się z demonologii ludowej Bałkanów. Pojawia się przede wszystkim nocą w okresie dwunastu tak zwanych „nieochrzczonych dni” i wtedy ma największą moc. Co w praktyce przekładało się na całe zestawy zakazów oraz środków ostrożności w życiu codziennym. W serbskich wyobrażeniach to istota o nieostrym, zmiennym kształcie. Szczególnie zapada w pamięć obraz czarnego ciała i nienaturalnie długich rąk. Tymi rękami potrafi sięgać przez komin po kobiety i dzieci. Dlatego często powtarza się motyw, że zło nie wchodzi drzwiami. Przychodzi „od góry”, przez ožak (pol. komin), oraz przez sam dach.
Kompendium strachu: „Zło nie wchodzi drzwiami”, Karakondžula, vol. 58
Zachowanie Karakondžuli bywa w opowieściach brutalnie fizyczne i upokarzające. Ma siadać na strzesze albo na okapie nad drzwiami. Potem zaskakuje człowieka od tyłu. „dosiada” go i „jeździ” na nim. Zdarza się, że finałem jest spędzenie ofiary do rzeki lub innej wody. Woda działa tu jak granica i przestrzeń chtoniczna. Wokół tych historii narosły konkretne praktyki ochronne. Pojawiły się też zwroty obecne w języku codziennym. Za najważniejszy środek obrony uchodzi czosnek. W „nieochrzczone dni” nie wypadało wychodzić z domu przed pierwszym pianiem koguta. O ociężałym, opuchniętym pijaku mówiono, jakby „karakonđule na nim jeździły”. To pokazuje, jak mit tłumaczył nocne powroty i „urwane filmy” po alkoholu.
Kompendium strachu: „Zło nie wchodzi drzwiami”, Karakondžula, vol. 58
Kalendarz ataków potwora miał też wersję turecką. W niej Karakoncolos (nazwa turecka) wpisuje się w ludową meteorologię i nazewnictwo zimy. Wierzono, że to zjawisko lub demon pojawia się w najostrzejszych miesiącach. Za najbardziej niebezpieczne uważano noce mniej więcej między 24 grudnia a 20 stycznia. W tradycjach anatolijskich ważny jest też motyw testu. Karakoncolos ma wychodzić w najzimniejsze noce. Zatrzymuje ludzi i zadaje im pytania. Jeśli nie dostanie odpowiedzi, jakiej chce, może zabić pechowca.
Kompendium strachu: „Zło nie wchodzi drzwiami”, Karakondžula, vol. 58
Równolegle pojawia się wątek źródeł pisanych i autoryzacji legendy. Tureckie opracowanie instytucjonalne wprost odsyła do Evliyi Çelebiego i jego Seyahatnâme (wym. se-ja-hat-na-me) jako miejsca, w którym zanotowano opowieści o Karakoncolosach. W ujęcie akademickie wskazuje ten tekst jako jedno z pierwszych tureckich świadectw pisanych tej wiary. Wreszcie Karakondžula żyje nie tylko jako demon z podań, ale też jako figura kulturowa w sztuce. Projekt Rastko, biblioteka literatury i humanistyki, udostępnia dramat Karakonđula Radmili Jovanović. Stanowi to dobry przykład tego, jak ludowa groza przechodzi w literacką metaforę i współczesny język sceny.
Kompendium strachu: „Zło nie wchodzi drzwiami”, Karakondžula, vol. 58
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
„Najpierw pojawia się podejrzenie, że wzgórze jest tylko skorupą. Potem przychodzi legenda, która to podejrzenie zamieszkuje. Na końcu rodzi się Carcolh, który nie tyle poluje, co potwierdza, że pod spodem naprawdę coś jest.”

- cytat z blogu „Zbocze Hastingues jest puste w środku…”
(fr. „Le coteau d’Hastingues est vide à l’intérieur…”)
Lou Carcolh (wym. lu kar-ko) należy do najbardziej osobliwych stworzeń folkloru południowo-zachodniej Francji. Wiąże się go z Hastingues w departamencie Landes, miasteczkiem położonym na wyniosłym, zaokrąglonym wzgórzu, które w tradycji gaskońskiej bywa nazywane tuc (pol. pagórek). To właśnie pod takim wzgórzem, według miejscowych podań, mają ciągnąć się groty i korytarze. Jest to idealna sceneria dla legendy o tym, co mieszka pod spodem. W przekazach ludowych potwór ma postać monstrualnego ślimaka-węża. Opisuje się go jako istotę o ogromnej, spiralnej muszli z ciałem długim, wiotkim i lepkim, niekiedy nawet jakby kudłatym. Najbardziej charakterystyczne są jednak długie, chwytliwe macki wokół pyska, które działają jak żywe liny.
Kompendium strachu: „Co kryją wzgórza? ”, Lou Carcolh, vol. 56
Najbardziej niepokojący element opowieści polega na tym, że Lou Carcolh nie musi gonić ofiary. Czai się w ciemnej pieczarze, gdy ktoś podejdzie zbyt blisko wejścia, potwór atakuje. To samo dzieje się, kiedy ktoś zapuszcza się do podziemi. Jego macki mają dosięgnąć człowieka z zaskakującej odległości. Owijają ofiarę, potem wciągają ją do kryjówki. Tam bestia pożera zdobycz i ją trawi. W wersji najczęściej powtarzanej w okolicy legenda splata grozę z historią i chciwością. Przed nadejściem wrogów, w części wariantów wskazywanych jako Hiszpanie, mieszkańcy mieli ukryć kosztowności w ziemi lub w podziemnych przejściach. Późniejsi poszukiwacze skarbów, którzy schodzili pod wzgórze, znikali bez śladu. Zaś Carcolh staje się w opowieści wyjaśnieniem zarówno tych zniknięć, jak i tego, dlaczego skarbów nigdy nie odnaleziono. 
Kompendium strachu: „Co kryją wzgórza? ”, Lou Carcolh, vol. 56
Ta historia ma też wyraźny, obyczajowy motyw. W lokalnych anegdotach Carcolh bywa przywoływany jako swojskie ostrzeżenie w stylu „Carcolh cię złapie!”. Wypowiadane niby żartem, a jednak skutecznie. Taki straszak ma zniechęcać do ryzykownych wędrówek po zmroku, czy zapuszczania się w niebezpieczne miejsca. Współczesna literatura chętnie dopowiada Carcolha, bo sama figura miękkiego, lepkiego, podziemnego drapieżcy świetnie działa w grozie i w weird fiction. Przykładem jest opowiadanie Lou Carcolh Laurenta Pendariasa opublikowane w antologii Créatures, gdzie legenda staje się pełnoprawnym tworzywem fabuły.
Kompendium strachu: „Co kryją wzgórza? ”, Lou Carcolh, vol. 56
Najprostsze objaśnienie, dlaczego ta legenda trzyma się tak dobrze, jest bardzo przyziemne. Opowieść przypina strach do konkretnego miejsca, czyli do wzgórza i domniemanych podziemi. Jednocześnie tłumacząc ryzyko związane z chodzeniem po grotach i korytarzach oraz gasząc gorączkę „szukania skarbów”. Mit trafił też do popkultury ekranowej. W serialu Dead Landes z 2016 roku pojawia się trop sekty określanej jako „l’ordre de Lou Carcolh”. Odkryty przez bohaterów wśród tajemniczych dokumentów. To pokazuje, jak łatwo lokalną bestię przerobić na element paranoicznego śledztwa i współczesnej grozy.
Kompendium strachu: „Co kryją wzgórza? ”, Lou Carcolh, vol. 56
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
2
„Między współczuciem a winą biegnie wąska ścieżka. Folklor nadaje jej imię, którego boi się wypowiedzieć na głos.”

- epigraf inspirowany wystawą w Museo Etnografico Galluras w Luras
Accabadora (wym. ak-ka-ba-DO-ra) należy do najbardziej mrocznych figur sardyńskiego folkloru. W opowieściach ludowych jest to kobieta wzywana wtedy, gdy agonia trwa zbyt długo. Rodzina zaczyna postrzegać śmierć nie jako wydarzenie tragiczne, lecz jako „niedokończony etap”. Mówi się o niej półgłosem, jako o kimś jednocześnie potrzebnym i wyklętym. Jej rola polegała na „domknięciu” procesu umierania. Ten motyw lokuje Accabadorę na granicy miłosierdzia, przemocy i społecznej konieczności. W opisach regionalnych i muzealnych spotyka się wyjaśnienie, że nazwa wiąże się z hiszpańskim acabar (pol. skończyć). Dobrze pasuje to do funkcji przypisywanej tej postaci jako tej, która kończy cierpienie. Jest to istotne także pod względem historycznym. Sardynia przez długi czas pozostawała w kręgu wpływów hiszpańskich, a język w folklorze często zachowuje ślady dawnych epok.
Kompendium strachu: „Ta, która kończy”, Accabadora, vol. 52
Z przekazów ustnych możemy dowiedzieć się, że Accabadora nigdy nie przechodzi przez frontowe drzwi domostwa. Przychodzi wieczorem lub nocą, ubrana na czarno, w ciszy. Zanim ma dojść do decydującego działania, według opowieści „przywracała porządek” w pokoju śmierci. Uspokajała domowników, ograniczała liczbę świadków, czasem usuwała przedmioty, które symbolicznie mogły podtrzymywać konającego przy życiu. W momencie kulminacyjnym pojawia się rekwizyt o dużej sile symbolicznej. Jest to drewniany młotek, tak charakterystyczny, że stał się elementem muzealnych narracji. Narzędzie to, zwane macabre hammer, jest obiektem łączonym z Accabadorą i jej rolą „położenia kresu” agonii.
Kompendium strachu: „Ta, która kończy”, Accabadora, vol. 52
Accabadora pozostaje na styku folkloru i realnej praktyki oraz powraca w niemal każdym opracowaniu dotyczącym śmierci na wyspie. Część autorów interpretuje ten motyw jako dawną formę eutanazji sprzed ery medycyny. Tłumacząc go biedą, ograniczonym dostępem do opieki oraz logiką przetrwania w wiejskich wspólnotach. Inni podkreślają, że materiał źródłowy jest szczególnie trudny. To temat wstydliwy, rzadko obecny w dokumentach, częściej żyjący w półcieniach pamięci i w ustnych relacjach. Spór ten widać także w popularnonaukowych tekstach historycznych, które zaznaczają, że nie wszyscy badacze uznają Accabadorę za postać jedynie zrodzoną z folkloru.
Kompendium strachu: „Ta, która kończy”, Accabadora, vol. 52
Accabadora uzyskała również drugie, literackie oblicze. Powieść Micheli Murgii Accabadora osadza tę postać w realiach sardyńskiej wsi XX wieku i czyni z niej nie tylko narzędzie grozy, ale i moralny węzeł. W jednej osobie spotykają się opiekunka i „ta, która pomaga odejść”. W tym sensie literatura nie udowadnia istnienia accabadory. Jednak pokazuje, dlaczego ten motyw działa do dziś. Zmusza do myślenia o śmierci nie tylko jako o biologicznym finale, ale też jako o wydarzeniu społecznym, obyczajowym i etycznie niejednoznacznym.
Kompendium strachu: „Ta, która kończy”, Accabadora, vol. 52
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
4
„Na brzegu jeziora stoi szara kobieta w zieleni. Jeśli podasz jej rękę z pychą, pociągnie cię w głąb, gdzie nie ma już powrotu.”

- na podstawie J. G. Campbella, Superstitions of the Highlands and Islands of Scotland.
Glaistig to jedno z bardziej tajemniczych stworzeń szkockiego folkloru. Pojawia się jako duch, wróżka i zarazem coś pośredniego między człowiekiem a istotą z innego świata. Raz jest opiekuńczą panią domu albo stad, innym razem zabójczym duchem wody. Jej imię wywodzi się od gaelickiego „glas”, które znaczy szary, blado zielony. Klasyczne opisy z XIX wieku mówią o „cienkiej szarej kobiecie” o bardzo długich, jasnych włosach sięgających pięt. Ubrana jest w zieloną suknię, kolor typowy dla istot z ludu wróżek, stąd przydomek „Zielona Glaistig”, po gaelicie „a Ghlaistig uaine".
Kompendium strachu: „Zielona dama Szkocji”, Glaistig, vol. 48
Jednocześnie Glaistig bywa hybrydą. W wielu przekazach ma górę ciała kobiety, a nogi kozy lub jelenia, ukryte pod długą zieloną suknią. Czasem przybiera postać samej kozy albo zwierzęcia przypominającego kozę czy sarnę. W nowszych opracowaniach podkreśla się, że jest zmiennokształtna i należy do szerokiej rodziny wodnych duchów fuath. Jako fuath jest duchem wody, groźnym i morderczym. W opowieściach czeka przy samotnym brzegu jeziora albo rzeki. Może wyglądać jak piękna kobieta w zielonej sukni, prosząca o przeniesienie przez wodę. Jeśli człowiek okaże się brutalny, zuchwały albo nieuprzejmy, Glaistig wlecze go w odmęt lub podcina mu gardło i zostawia ciało w wodzie. Jej krzyk bywa porównywany do zawodzenia banshee.
Kompendium strachu: „Zielona dama Szkocji”, Glaistig, vol. 48
W niektórych podaniach Glaistig bawi się z dziećmi w czasie dojenia krów. Dzieci chowają się za kamieniami i krzyczą przezywki, a ona udaje gniew i obsypuje je gałązkami oraz kwiatami. Bywa też strażniczką stad. Znana jest opowieść z Mull, gdzie Glaistig prowadziła stado rodu Lamont. Gdy nadciągnęli najeźdźcy, uderzyła kijem w krowy i zamieniła je w kamienie, które podobno stoją do dziś w miejscu zwanym Doliną Bohaterów.

W wielu wersjach tej legendy powtarza się motyw, że Glaistig była kiedyś śmiertelną kobietą. Często panią domu albo damą z rodu, która dostała „naturę wróżki”. Została zaczarowana, oddana w opiekę siłom z innego świata albo w jakiś sposób przeklęta. Wtedy przestaje się starzeć, blednie, jej skóra przybiera szarawy kolor, a życie wiąże się z konkretnym miejscem. Zostaje duchem rodu, przyjaciółką części domowników, ale też istotą zazdrosną o dawną godność
Kompendium strachu: „Zielona dama Szkocji”, Glaistig, vol. 48
Z tym obrazem łączy się słynny motyw „Zielonej Damy” szkockich zamków. W Dunollie, Knock i innych twierdzach opowiada się o kobiecej postaci w zieleni, którą niektórzy wprost nazywają Glaistig. Słyszy się wtedy kroki, przesuwanie mebli, zmywanie naczyń o dziwnych porach. Duch czuwa nad rodem, ale jeśli służba czy goście zachowują się niegodnie, doświadcza się psot i straszenia. Tu Glaistig jest bardzo bliska banshee. Płacze przed śmiercią któregoś z domowników, a bywa radosna i „ruchliwa”, gdy zbliża się ślub lub inne rodzinne święto.
Kompendium strachu: „Zielona dama Szkocji”, Glaistig, vol. 48
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
„Kiedy człowiek próbuje tchnąć życie w taką imitację, przestaje liczyć się z tym, co w nim naprawdę ludzkie.”

- na motywach legend alpejskich
Sennentuntschi (wym. ZEN-en-tunczi) to jedna z najmroczniejszych legend alpejskich, znana w Szwajcarii, Liechtensteinie i części Tyrolu. Najczęściej opowiada się ją jako historię pasterkiej kukły. Grupa odciętych od świata górali na wysokiej hali lepi sobie z nudów i pożądania kobietę z miotły, szmat i słomy. Najpierw żartują, jedzą z nią przy stole, potem zaczynają ją bić i wykorzystywać. W pewnym momencie kukła ożywa i zamienia ich życie w koszmar.
Kompendium strachu: „Kukła z gór”, Sennentuntschi, vol. 47
W klasycznej wersji znanej jako „The Guschg Herdsmen’s Doll” (Guschger Sennpuppe) trzech pasterzy z alpejskiej hali Guschg robi sobie lalę z gałęzi, starych ubrań i słomy. Nadają jej imię, sadzają przy stole, mówią do niej, śmieją się, a z czasem traktują jak „kobietę na zastępstwo”. Kiedy lalka ożywa, początkowo spełnia ich wszystkie oczekiwania gotuje, sprząta, śpi z nimi. Pasterze są przekonani, że diabeł wysłuchał ich marzeń. Dopiero później zaczyna się zemsta.W niektórych wariantach dziewczyna zabija ich po kolei, w innych rozpłata skórę jednego z nich i robi z niej nową kukłę. Zawsze jednak historia kończy się śmiercią lub zaginięciem mężczyzn i zniszczeniem pastwiska.
Kompendium strachu: „Kukła z gór”, Sennentuntschi, vol. 47
Sam wygląd Sennentuntschi jest dość nieokreślony, bo w opowieściach „wychodzi z kukły". Zazwyczaj to młoda kobieta, początkowo milcząca, prawie nierozumna, jakby dopiero uczyła się ludzkiego ciała. Porusza się sztywno, nie zna słów, ale szybko opanowuje podstawowe czynności. Im więcej przemocy i upokorzeń doświadcza, tym bardziej „dziczeje”. Wpada w furię, kaleczy zwierzęta, niszczy obejście, w końcu zabija swoich „stwórców”. W wielu opisach nie mówi nic do samego końca, jedynym komunikatem są łzy, krzyk i sama przemoc. 
Kompendium strachu: „Kukła z gór”, Sennentuntschi, vol. 47
Legendy o Sennentuntschi badacze często porównują do mitu o Pigmalionie. Rzeźbiarzu, który zakochał się we własnym posągu, a bogini Afrodyta tchnęła w niego życie. Tyle że w alpejskiej wersji bajka kończy się bardzo źle. Górska lalka nie staje się kochającą żoną, tylko ucieleśnieniem win i lęków pasterzy. W nowoczesnych interpretacjach podkreśla się, że to opowieść o samotności i przemocy seksualnej w izolowanych społecznościach.

Sennentuntschi funkcjonuje dziś także w literaturze i teatrze. W latach 70. szwajcarski dramaturg Hansjörg Schneider napisał sztukę Sennentuntschi, która przenosi legendę na scenę i mocno podkreśla wątki cielesne oraz religijne. Spektakl wywołał skandal obyczajowy, a twórców oskarżano wręcz o pornografię, co pokazuje, jak mocno ten motyw uderza w wyobraźnię i tabu. Tekst sztuki do dziś uchodzi za drastyczny, ale ważny przykład „uwspółcześnienia” ludowej grozy
Kompendium strachu: „Kukła z gór”, Sennentuntschi, vol. 47
Co ciekawe, w szwajcarskich muzeach można zobaczyć  lalki zrobione przez pasterzy. Szwajcarskie Muzeum Narodowe wspomina o drewniano–szmacianej figurze z doliny Calanca (Masciadon), wysokiej ok. 40 cm, z włosami, ubraniem i wyraźnie zaznaczoną kobiecą sylwetką. To namacalny ślad zwyczaju, który stał za legendą, tworzenia kukieł towarzyszących ludziom żyjącym miesiącami w alpejskiej samotności.
Kompendium strachu: „Kukła z gór”, Sennentuntschi, vol. 47
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
„W Ardenach powiadają, że jeśli skały pachną siarką, a ptaki nagle milkną, znaczy, że właśnie wyszedł zaczerpnąć powietrza.”

- na motywach lokalnych legend Ardenów
Karnabo to jedno z bardziej osobliwych stworzeń folkloru Ardenów, znane głównie z pogranicza francusko-belgijskiego, z okolic Regniowez na płaskowyżu Rocroi. Dawne opowieści mówią, że nie jest rodzimym potworem Ardenów. Miał się narodzić z potwornej unii wędrownego Bohema (czarownika) i starej, sześćdziesięcioośmioletniej ghuli [ghul (m.) / ghula (ż.)]. Tak opisuje go już pod koniec XIX wieku Albert Meyrac w zbiorze ardeńskich legend, a później powtarzają francuscy autorzy bestiariuszy i słowników istot nadnaturalnych.
Kompendium strachu: „Maszkara z bluźnierczego związku”, Karnabo, vol. 46
Karnabo mieszka w starej ardoisierze (opuszczony kamieniołom łupkowy), ukrytej gdzieś wśród wzgórz. Jego wygląd jest prawie ludzki, ale tylko „prawie”. Ma twarz człowieka, lecz oczy bazyliszka i długi nos w kształcie trąby, porównywanej do słoniowej. Skóra jest ciemna, chropowata, jak ściany kamieniołomu, w którym żyje. Folkloryści opisują go wprost jako ohydnego potwora z Ardenów, coś pośredniego między potworem rzecznym Mahwotem [1] a lokalnym straszydłem, które ma swoje jedno konkretne siedlisko.
Kompendium strachu: „Maszkara z bluźnierczego związku”, Karnabo, vol. 46
Najbardziej charakterystyczna cecha Karnabo to jego oddech i gwizd. Z trąbowatego nosa wydobywa się przenikliwy, nosowy świst. Sam dźwięk ma paraliżować lub dusić każdego, kto podejdzie za blisko wejścia do ardoisiery. Zwierzęta zaś, padają martwe od oparów. W nowszych opracowaniach podkreśla się, że to typowy „monstrum ostrzegawcze”: ma trzymać ludzi z daleka od niebezpiecznych wyrobisk, szybów i urwisk.
Kompendium strachu: „Maszkara z bluźnierczego związku”, Karnabo, vol. 46
Jednak Karnabo nie jest tylko bezmyślną bestią. Legendy przypisują mu ślady dziedzictwa po ojcu. Po pierwsze, ma mieć dostęp do rozmaitych czarów i przekleństw. Po drugie i to ciekawy folklorystyczny szczegół potrafi leczyć panaris, czyli bolesne ropne zapalenie palców. Według Meyraca i późniejszych autorów Karnabo uzdrawia ten rodzaj czyraka w Wielki Piątek, recytując tajemnicze formuły. W jednej istocie skupiają się więc dwa bieguny: śmiertelny oddech, który zabija i rytualne leczenie, które łagodzi ból.
Kompendium strachu: „Maszkara z bluźnierczego związku”, Karnabo, vol. 46
W folklorystycznych komentarzach pojawia się hipoteza, że wiara w Karnabo może mieć rdzeń w jakimś zapomnianym wydarzeniu. Katastrofie górniczej, utonięciu dziecka, serii niewyjaśnionych zgonów zwierząt. Dla mieszkańców doliny dolnej Mozy potwór z rzeki i potwór z łupkowni to dwie twarze tego samego lęku przed głęboką wodą i ciemnymi dziurami w ziemi. Współczesne bestiariusze i blogi o potworach chętnie przypominają o Karnabo, gdyż jest oryginalny wizualnie. Jednocześnie, gdy spojrzeć na niego oczami dawnych mieszkańców Ardenów, widać w nim przede wszystkim strażnika tabu.

[1] Potwór rzeczny z folkloru Ardenów, łączony z głębokimi wirami i niebezpiecznymi odcinkami rzek. W opowieściach topi ludzi i zwierzęta, strzegąc „zakazanego” nurtu.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
„Bokkenrijders byli potworami z nocnych opowieści i jednocześnie ludźmi z krwi i kości. To czyni ich historię tak niewygodną.”

- z niderlandzkiego folkloru
Bokkenrijders (pol. tłum. jeźdźcy na kozłach) to jedna z najbardziej mrocznych legend pogranicza Holandii, Belgii i Niemiec. W niderlandzkich opowieściach z Limburgii są zarazem demonami latającymi nocą po niebie. Jak i znanymi bandytami z XVIII wieku, którzy przyjęli tę nazwę, żeby siać strach.
Kompendium strachu: „Nocą na kozłach”, Bokkenrijders, vol. 45
W folklorze opowiada się, że Bokkenrijders zawarli pakt z diabłem. W zamian otrzymali latające kozły, na których mogli przelatywać nad domami, ogrodami i granicami krajów. Według popularnej wersji mieli wykrzykiwać zaklęcie: „Over huis, over tuin, over staak, en dat tot Keulen in de wijnkelder!” (pol. tłum. Przez domy, przez ogrody, przez palisady, aż do Kolonii, do piwnicy z winem!). Nocą mieli zjawiać się jak zjawy. Znikąd, na czarnych kozłach, z płonącymi oczami, po czym znikać w ciemności. Niektóre wersje legendy mówią o sabatach w jaskiniach i kaplicach przydrożnych, gdzie jeźdźcy odnawiali pakt z diabłem i dzielili łupy.
Kompendium strachu: „Nocą na kozłach”, Bokkenrijders, vol. 45
Za legendą stoi jednak bardzo konkretna historia. W XVIII wieku w Limburgii i okolicznych regionach działały brutalne bandy rabusiów, które zaczęły posługiwać się nazwą Bokkenrijders. Napadali na samotne gospodarstwa, probostwa i kościoły, bili i torturowali ofiary, żeby wydobyć ukryte pieniądze. Źródła opisują przypalanie stóp, twarzy i genitaliów, groźby podpaleń i zabójstw. Używanie nazwy „jeźdźcy na kozłach” było świadomym zabiegiem. Zbójnicy podkręcali atmosferę strachu, podkreślając rzekomy związek z satanizmem i czarami. 
Kompendium strachu: „Nocą na kozłach”, Bokkenrijders, vol. 45
Badania historyków, jak Anton Blok, Theo Engelen czy Wim van Meurs, pokazują, że obraz jednej wielkiej, zorganizowanej „nadnaturalnej” bandy jest w dużej mierze konstrukcją aparatu sądowego. Część Bokkenrijders faktycznie była niebezpiecznymi bandytami, ale inni padli ofiarą fali paniki, plotek i tortur, które produkowały kolejne zeznania. Z czasem w historiografii pojawiły się dwa przeciwstawne ujęcia. Jedni widzieli w jeźdźcach na kozłach realną, wyjątkowo brutalną bandę przestępców. Drudzy zaś chłopskich drobnych złodziei, na których władza nałożyła demoniczną maskę.
Kompendium strachu: „Nocą na kozłach”, Bokkenrijders, vol. 45
Dziś Bokkenrijders są częścią lokalnej tożsamości regionu. W Valkenburgu i innych miejscowościach Limburgii stoją ich pomniki. Odbywają się  festyny i spektakle w dawnej jaskini czarownic, a lokalne stowarzyszenia, zespoły muzyczne i karnawałowe sięgają po ich nazwę. Jednocześnie pamięta się, że za legendą kryją się setki realnych ofiar procesów i egzekucji. Dlatego Bokkenrijders pozostają figurą podwójnie mroczną. Jako jeźdźcy na kozłach przysięgający diabłu i jako pretekst, który pozwolił władzy w XVIII wieku rozliczyć się z przestępczością. 
Kompendium strachu: „Nocą na kozłach”, Bokkenrijders, vol. 45
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
„Woli grzebać w tym, co ludzie wyrzucają z siebie. Wszystko, co wstydliwe i brudne, przybiera postać latającego upiora.”

- z antologii upiorów Azji Południowo-Wschodniej
Ma lai to jedna z najbardziej niepokojących postaci w wietnamskim folklorze. W zależności od regionu przybiera różne formy, ale zawsze jest kojarzona z odrazą, zanieczyszczeniem i „brudną” stroną świata duchów. W wielu przekazach jest częścią szerszej rodziny południowoazjatyckich istot takich jak tajska krasue czy kambodżańska ahp. Wszystkie one wiążą się z motywem odłączonej głowy i wnętrzności, które nocą wylatują na żer.
Kompendium strachu: „Nieczystości, brud i krew”, Ma lai, vol. 44
Najbardziej znana wersja Ma lai opisuje ducha, który w nocy przybiera postać unoszącej się głowy kobiety z wiszącymi jelitami i organami. Taki twór odlatuje od śpiącego ciała i krąży nad wioską. W wielu opowieściach nie poluje na krew jak klasyczny wampir, ale na to, co uznaje się za „najbrudniejsze”- odpadki, wnętrzności, ekskrementy, śluz, czasem też krew porodową czy poronione płody. Rankiem głowa wraca i łączy się z ciałem, a za dnia może wyglądać jak zupełnie zwyczajna kobieta.
Kompendium strachu: „Nieczystości, brud i krew”, Ma lai, vol. 44
Ludowe środki obrony przed Ma lai są proste, ale symboliczne. W niektórych opowieściach radzi się, by dokładnie sprzątać obejście, nie zostawiać odpadków i ekskrementów na widoku, gdyż to „zaprasza” ducha. Inne podkreślają, że kobietom w podejrzanych okolicznościach kojarzonym z czarami, zazdrością, nagłym bogactwem należy się bacznie przyglądać. Czasem mówi się też o kolcach, ostrych gałęziach i pułapkach zastawianych wokół domu. Chwytano na nich latającą głowę z wnętrznościami, która tak łatwo plącze się w gałęziach. Motyw ten jest podobny do praktyk stosowanych wobec pokrewnych istot w innych krajach regionu.
Kompendium strachu: „Nieczystości, brud i krew”, Ma lai, vol. 44
W nowoczesnych miejskich opowieściach Ma lai może występować jako szczególny rodzaj czarownicy lub wiedźmy. Czasem podkreśla się jej piękno za dnia i makabryczną postać w nocy. Inne wersje mówią o duchu, który rodzi się z przekleństwa, złej karmy albo transakcji z mrocznymi siłami. Na przykład, gdy ktoś prosi o bogactwo lub zemstę, ale nie przyjmuje konsekwencji swych życzeń. Wtedy po śmierci lub nawet jeszcze za życia zamienia się w istotę, która musi nocą opuszczać ciało, by zaspokoić nienasycony, upokarzający głód.
Kompendium strachu: „Nieczystości, brud i krew”, Ma lai, vol. 44
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
„Kiedy europejscy misjonarze przybyli do Afryki Zachodniej, znaleźli w Asanbosam gotowego diabła. Dla Akanów był on jednak przede wszystkim częścią lokalnego porządku rzeczy.” 

- w perspektywie wierzeń ludów Afryki Zachodniej
Asanbosam jest jednym z najbardziej charakterystycznych demonów w wierzeniach ludów Akan, zwłaszcza Aszantów z terenów dzisiejszej Ghany. W europejskich kategoriach najłatwiej opisać go jako leśnego wampira albo ogra-potwora z buszu. Jednak w lokalnym kontekście to przede wszystkim istota głęboko związana z lasem, tabu i porządkiem świata. Pojawia się w opowieściach myśliwych, w legendach o zakazanych dniach polowania i w historiach ostrzegających przed lekceważeniem świętych miejsc natury.
Kompendium strachu: „Cień w koronach drzew”, Asanbosam, vol. 42
W tradycyjnych relacjach Asanbosam przedstawiany jest jako stworzenie o ludzkim, lecz zniekształconym ciele. Ma długie, wychudzone nogi, silne ramiona, bywa porośnięty włosiem, a jego oczy określa się jako duże i przekrwione. Najbardziej niepokojące są jednak szczegóły: żelazne, ostre jak brzytwa zęby oraz stopy zakończone hakami albo zakrzywionymi pazurami. To właśnie nimi wiesza się wysoko na gałęziach drzew i chwyta swoje ofiary. We współczesnych przetworzeniach legendy dodaje mu się czasem cechy jeszcze bardziej potworne. Nietoperzową głowę, błoniaste skrzydła, ogon niczym wąż, zdolność stapiania się z cieniem lasu.
Kompendium strachu: „Cień w koronach drzew”, Asanbosam, vol. 42
Bez wątpienia jawi się jako stworzenie lasu. Mieszka w najgłębszych, gęstych partiach puszczy z dala od wsi i uczęszczanych dróg. Według opowieści przesiaduje wysoko w koronach potężnych drzew. Pozwalając, by jego długie nogi zwisały z gałęzi. Kiedy pod takim drzewem przechodzi myśliwy albo zagubiony podróżny, demon cicho opuszcza się i chwyta ofiarę hakowatymi pazurami. Wciąga w górę gryząc w szyję, wysysając krew i pożerając ciało. W niektórych wersjach nie atakuje od razu. Bawi się ofiarą, dotyka jej, przeskakuje z drzewa na drzewo, wywołując narastającą panikę, zanim zada ostateczny cios. W tej krwiożerczej, drapieżnej roli bardzo łatwo skojarzyć go z wampirem. Choć nie jest to umarły powstający z grobu, lecz potężna istota nadnaturalna.
Kompendium strachu: „Cień w koronach drzew”, Asanbosam, vol. 42
Z biegiem czasu, wraz z napływem misjonarzy i religii chrześcijańskiej, postać Asanbosam została na nowo zinterpretowana. Dawny leśny strażnik tabu zaczął być przedstawiany jako uosobienie czystego zła. Prawie gotowy odpowiednik diabła, przykład „pogańskiego demona”, którym straszono przed powrotem do dawnych praktyk. Zatarły się bardziej złożone funkcje tej istoty. Zaś na pierwszy plan wysunął się obraz krwiopijcy i ludożercy, którego jedyną rolą jest polować na ludzi.
Kompendium strachu: „Cień w koronach drzew”, Asanbosam, vol. 42
Historia Asanbosam nie kończy się jednak na Afryce Zachodniej. Razem z ludźmi Akan trafił do diaspor w obu Amerykach. Na Jamajce pojawiają się opowieści o potworze mieszkającym w wielkim drzewie bawełnianym, łączonym z praktykami obeah. Choć krajobraz się zmienił, rdzeń motywu pozostał ten sam. W ten sposób Asanbosam stał się jednym z tych duchów, które przekroczyły ocean i osiadły w nowych mitologiach.
Kompendium strachu: „Cień w koronach drzew”, Asanbosam, vol. 42
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.096909046173096