2
„Każdy jad w tym lesie ma jedną matkę: kobietę, która karmiła węże własną krwią.”

- z wierzeń ludów ugrofińskich w północnej Europie
Ajatar to mroczna postać z fińsko-estońskiego kręgu wierzeń, zła, żeńska istota lasu, nazywana wręcz Diabłem Lasu. W nowoczesnych opracowaniach opisuje się ją jako demona lub ducha, który mieszka w dzikich puszczach Finlandii i Estonii oraz na bezludnych obszarach tundry. Sama jej obecność ma sprowadzać choroby, to uosobienie zarazy, do której wystarczy się zbliżyć, żeby człowiek podupadł na zdrowiu. W wielu tekstach Ajatar przedstawiana jest jako istota połowicznie ludzka, połowicznie gadzia. Może przybierać postać ogromnego węża, jaszczura lub smoka, czasem hybrydy kobiety o ciele oplecionym wężami. Niektóre opisy mówią, że karmi węże własną piersią. Jest ich panią i matką, a wszystkie jadowite stwory lasu i bagien uznają ją za swoją królową.
Kompendium strachu: „Matka węży z puszczy”, Ajatar, vol. 41
Jej specjalnością jest zaraza, choroby skóry, gorączki, plagi, które przetaczają się przez wsie. W części opisów wystarczy spojrzeć Ajatar w oczy, by się rozchorować. W artykułach o demonach bałtyckich Aiatar/Ajatar określana jest jako wyjątkowo potężny duch choroby, który został wygnany przez chrześcijaństwo w odludne miejsca. Jest również silnie związana z dzikim lasem. W części współczesnych interpretacji pojawia się wręcz jako leśna bogini, ale o bardzo złowrogiej naturze. Wabi ludzi w gąszcz, sprawia, że gubią drogę, a potem męczy ich koszmarami. Potrafi zarówno wywoływać złe sny, jak i sama się w nich pojawiać. Niektórzy autorzy wywodzą jej imię od fińskiego czasownika ajaa– gonić, pędzić, ścigać. Ajatar byłaby więc „tą, która ściga / prześladuje”, co dobrze pasuje do demona pędzącego swoje ofiary coraz głębiej w las i w chorobę.
Kompendium strachu: „Matka węży z puszczy”, Ajatar, vol. 41
W demonologicznych ujęciach Ajatar osadzana jest w szerszej rodzinie złych istot fińskiego folkloru. Teksty popularnonaukowe często przytaczają motyw, że jest wnuczką Hiisiego, demonicznego pana lasów, wzgórz i chorób. Przez pokrewieństwo dziedziczy jego władzę nad plugawą stroną natury. Bywa też nazywana „matką diabła” albo „matką demonów”, a przynajmniej „matką wszystkich węży”. Znajduje się wysoko w hierarchii złych duchów kojarzonych z lasem i chorobą. W niektórych estońsko-fińskich opisach jest duchem, który zamieszkuje odludną tundrę, a nie tylko lasy. 
Wszędzie tam, gdzie człowiek czuje się mały i bezbronny wobec natury. Podkreśla się, że to istota niezwykle niebezpieczna nawet z daleka. Nie trzeba jej dotknąć, żeby zachorować, samo przebywanie w jej pobliżu ma osłabiać i przynosić gorączkę. Przypomina to mocno wiele innych europejskich figur „pani zarazy”, ale tu połączono ją z obrazem smoczo-wężowego stwora, czegoś między lamią a smokiem.
Kompendium strachu: „Matka węży z puszczy”, Ajatar, vol. 41
W literaturze i popularnych bestiariuszach pojawia się jako ciekawy, trochę niszowy demon. W anglojęzycznych leksykonach istot nadprzyrodzonych opisywana jest jako żeński smok lub wąż z fińskiej legendy. Blogi i artykuły o mitologii Bałtyku rozbudowują ten obraz, pokazując ją jako zmiennokształtną istotę, która może wyglądać jak smok, wąż albo kobieta karmiąca węże. W popkulturze: w grach, powieściach fantasy, ilustracjach, Ajatar najczęściej przybiera postać leśnego smoka-demonicy, wielkiej gadziej postaci kryjącej się między sosnami. Co dobrze oddaje zarówno leśny, jak i chorobowy aspekt tej dawnej, fińsko-estońskiej demonicy.
Kompendium strachu: „Matka węży z puszczy”, Ajatar, vol. 41
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
2
„Najstraszliwsze monstrum, jakie z samego wnętrza ziemi, tam gdzie wrą gorące wody Akwizgranu, przed niepamiętnymi czasami wyszło na powierzchnię.”

- Joseph Müller, Aachens Sagen und Legenden, Aachen 1858, s. 114.
Bahkauv (wym. BAH-kałf) to najbardziej charakterystyczne stworzenie lokalnego folkloru Akwizgranu (Aachen) i Nadrenii. Jest czymś pomiędzy potworem z horroru a żartobliwym straszakiem na nocnych bywalców. W dawnych opowieściach nazywano ją Bachkalb (cielę rzeczne/strumieniowe), istotą, która miała mieszkać przy gorących źródłach i kanałach odpływowych w centrum miasta. Szczególnie w rejonie dzisiejszej ulicy Büchel, gdzie znajdował się stary kanał termalny zwany Kolbert.
Kompendium strachu: „Potwór z kanałów ", Bahkauv, vol. 40
W opisach pochodzących z Akwizgranu, wygląda jak zdeformowane, ogromne cielę z potarganą, zlepiającą się sierścią, wielkimi, świecącymi oczami, pyskiem pełnym ostrych zębów i  łapami przypominającymi niedźwiedzie. W niektórych wersjach podkreśla się, że skóra ma niemal gadzi, śliski charakter. Zwierzę wydaje chrzęst łańcuchów, gdyż wokół szyi i nóg ma żelazne okowy, które brzęczą, gdy wychodzi z kanału. Czasem opisuje się je bardziej jako mieszankę cielęcia, wielkiego kota i jaszczurki, z ostrymi zębami i jaszczurczym ogonem.
Kompendium strachu: „Potwór z kanałów ", Bahkauv, vol. 40
Opowieści mówią, że ofiara nagle czuje niewiarygodny ciężar, którego nie da się zrzucić ani otrząsnąć. Bahkauv wbija pazury i każe się nieść, dopóki mężczyzna nie dopadnie do krzyża przydrożnego, kościoła albo bezpiecznego progu domu. Wtedy stwór zeskakuje i znika w ciemności, szukając kolejnego ofiary. W niektórych wariantach historia idzie jeszcze dalej. Gdy mężczyzna w panice zaczyna się modlić, Bahkauv staje się cięższy. Kiedy bluźni, potwór staje się lekki, jakby karmił się grzechem i brakiem skruchy.
Kompendium strachu: „Potwór z kanałów ", Bahkauv, vol. 40
Z czasem legenda o Bahkauvie zaczęła się rozwarstwiać na różne wersje. Jedna z popularniejszych opowieści mówi, że przy samej Büchelquelle, dawnym gorącym źródle na potwora miał natknąć się frankoński król Pepin (Pippin Krótki). Zaskoczył śpiące monstrum przy parującej wodzie i zabił je jednym ciosem miecza. Po czym krew potwora miała rzekomo spłynąć ulicą wraz z gorącą wodą. Dzisiejsi autorzy, opisujący tę sagę, sugerują, że tłem mogło być zwyczajne zjawisko przy gorących źródłach. Czerwono-brązowy kożuch glonów i bakterii, który po puszczeniu wody tworzy rudy  kolor strumienia, łatwy do uznania za krew zabitego potwora.
Kompendium strachu: „Potwór z kanałów ", Bahkauv, vol. 40
Inna, późniejsza wersja legendy zawarta w lokalnych opracowaniach sugeruje, że Bahkauv być może wcale nie był nadnaturalny. Według tej opowieści pewnego razu potwór rzucił się na plecy wyjątkowo silnego kowala. Ten nie tylko się nie załamał, ale zrzucił stwora na ziemię i solidnie go obłożył. Wtedy z potwornego kostiumu miał wyczołgać się strażnik miejski. Strażnik ten wykorzystywał przebranie w niecnym celu. Po nocy napadał i rabował pijanych przechodniów.
Kompendium strachu: „Potwór z kanałów ", Bahkauv, vol. 40
Niezależnie od interpretacji, Bahkauv mocno wrósł w tożsamość Akwizgranu. Na dawnym miejscu związanym z legendą, przy Büchel, stoi dziś Bahkauvbrunnen- fontanna przedstawiająca potwora. Pierwszy pomnik powstał na początku XX wieku, ale został zniszczony w czasie II wojny światowej. Nową, bardziej nowoczesną rzeźbę z brązu odsłonięto w latach 60. XX wieku. Dzisiejsza figura przypomina raczej drapieżnego kota z długim ogonem niż typowe cielę. Stała się jednym z charakterystycznych punktów miasta i częstym motywem na pocztówkach i pamiątkach
Kompendium strachu: „Potwór z kanałów ", Bahkauv, vol. 40
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
„Jest najpełniejszą metaforą Jeziora Górnego- potężnego, tajemniczego i ostatecznie bardzo niebezpiecznego.”

- Thor Conway, Spirits on Stone, cyt. w The Walrus
Mishipeshu (wym. MisziPESzu) to jedna z najpotężniejszych istot w mitologii ludów Anishinaabe z okolic Wielkich Jezior. Opisywany jest jako wodny duch, kosmologiczny manitou, który rządzi głębinami. Żyje w najgłębszych partiach jezior i rzek i ma władzę nad wszystkimi istotami wodnymi. W wielu źródłach podkreśla się, że jego imię można przełożyć jako Wielki Ryś (eng. Great Lynx), choć w języku potocznym częściej mówi się o nim „wodna pantera” lub „wodny lew”.
Kompendium strachu: „Wielki Ryś z głębin ”, Mishipeshu, vol. 39
W opisach z folkloru i współczesnych opracowań Mishipeshu jest istotą chimeryczną złożoną z części wielu zwierząt. Ma ciało dużego drapieżnego kota, długą, często wężową lub smoczą część ogonową. Na grzbiecie rząd kolców lub łusek, a na głowie rogi, najczęściej przypominające rogi bizona lub jelenia. Skóra bywa opisywana jako łuskowata, miedziana lub biała jak śnieg. Ogólne wrażenie jest jednocześnie piękne i przerażające. Wielu autorów porównuje go do skrzyżowania kuguara ze smokiem albo bardziej popkulturowo: „dinozaura z pumą”. Kocia sylwetka wzmocniona gadzimi łuskami i potężnym, wodnym ogonem. W tradycji Anishinaabe szczególnie ważne są jego rogi, gdyż w ikonografii są znakiem ogromnej mocy duchowej. Badacze zauważają, że Mishipeshu jest jedynym manitou konsekwentnie przedstawianym z rogami, co dodatkowo podkreśla jego rangę.
Kompendium strachu: „Wielki Ryś z głębin ”, Mishipeshu, vol. 39
W artykułach popularnych o Wielkich Jeziorach często przywołuje się także historię z XVII wieku. Jezuita Paul Le Jeune miał obserwować rybaków nad jeziorem, którzy wyciągnęli z wody dziwne stworzenie. Długie na ponad półtora metra, z ciałem jaszczurki i głową żółwia. Przerażeni szybko wrzucili je z powrotem w głębiny. Dopiero później Le Jeune usłyszał, że nie był to „pechowy połów”, lecz istota zdolna wywoływać katastrofalne sztormy, więc trzeba ją jak najszybciej uwolnić.

W współczesnych tekstach o Mishipeshu pojawia się pytanie, czy to wyłącznie mit, czy także „lokalny potwór z jeziora” w sensie kryptozoologicznym. Popularne opracowania przytaczają na przykład historię mężczyzny, który w 1897 roku miał zostać „owinięty jak przez węża” przez jakieś stworzenie w wodach Superior. Znane też są relację Randy’ego Brauna z lat 70., który sfotografował serię garbów w wodzie i opisał „stworzenie grubości Volkswagena”. Autorzy tych tekstów zwykle zachowują sceptycyzm, ale pokazują, jak współczesne relacje płynnie łączą się z dawno opowiadanymi historiami o wodnym panu głębin.
Kompendium strachu: „Wielki Ryś z głębin ”, Mishipeshu, vol. 39
W bardziej naukowych i eseistycznych ujęciach Mishipeshu bywa nazywany metaforą Jeziora Górnego- potężnego, tajemniczego i ostatecznie bardzo niebezpiecznego. Ma wyjaśniać nie tylko nagłe burze i utonięcia, ale też pełnić rolę opowieści–ostrzeżenia. Nie zbliżaj się do zdradliwej wody, nie wchodź na cienki lód, nie lekceważ jeziora. W rejonie rzeki Churchill dzieci bawiły się nawet w grę „Mishipeshu”, gdzie jedno z nich odgrywało potwora „topiącego” resztę w zabawie. Jest to bardzo bezpośrednie odzwierciedlenie roli tej postaci w wychowaniu i przekazywaniu zasad ostrożności.
Kompendium strachu: „Wielki Ryś z głębin ”, Mishipeshu, vol. 39
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0
„Ten sam Davy Jones, według mitologii żeglarzy, jest złym duchem, który przewodzi wszystkim złym istotom głębin.”

- Tobias Smollett w Peregrine Pickle (1751)
Davy Jones to jedna z najbardziej charakterystycznych postaci morskiego folkloru anglosaskiego. Duch, demon albo uosobienie samego morza, którego imię przez stulecia przyprawiało żeglarzy o dreszcze. W żargonie marynarskim mówiono, że ktoś „poszedł do szafki Davy’ego Jonesa” (Davy Jones’s locker), co oznaczało po prostu, że utonął i spoczywa na dnie morza. W źródłach z XIX i XX wieku Davy Jones bywa wprost nazywany „duchem morza” albo „diabłem marynarzy”, a jego szafka miejscem wiecznego spoczynku rozbitków na samym dnie oceanu.
Kompendium strachu: „Diabeł mórz i jego szafka”, Davy Jones, vol. 38
Wyrażenie „Davy Jones’s locker” pojawia się w tekstach co najmniej od końca XVII wieku, w formach takich jak „David Jones his locker” czy „Davy’s locker”. Etymologowie podkreślają jednak, że prawdziwe pochodzenie imienia jest niejasne. Wiadomo jedynie, że był to marynarski slang na określenie morskiej otchłani, ale nie mamy jednego, pewnego pierwowzoru. Wśród hipotez pojawia się m.in. teoria o zniekształceniu określenia „Devil Jonah” lub „Duffy Jonah” (gdzie duffy w żargonie karaibskim oznaczało diabła lub ducha).

Pojawił się także pomysł, że „Davy” to po prostu spoufalona forma imienia Dawid, które zlało się z różnymi opowieściami biblijnymi i żeglarskimi. Inne spekulacje wiążą Davy’ego Jonesa z dawnymi celtyckimi bóstwami wody. Jak sugerują niektórzy współcześni autorzy folklorystyczni, mógł to być późny, schrystianizowany cień jakiegoś boga wiodącego dusze przez wodną granicę do innego świata.
Kompendium strachu: „Diabeł mórz i jego szafka”, Davy Jones, vol. 38
W folklorze morskim Davy Jones działa przede wszystkim jako personifikacja lęków związanych z żeglugą. Dla marynarzy epoki żagli, ocean był przestrzenią nieprzewidywalną. Sztormy, ukryte rafy, choroby i wojny mogły zakończyć życie szybko i bez śladu. Zamiast mówić wprost o utonięciu, łatwiej było rzucić pół-żartem, pół-serio: „skończysz w szafce Davy’ego Jonesa”. 

W opowieściach i żartach messowych Davy Jones mógł pojawiać się jako złośliwy duch wynurzający się przed katastrofą, diabeł domagający się swojego haraczu w duszach marynarzy, albo niewidzialny gospodarz dna morskiego. Współczesne opracowania języka marynarzy podkreślają, że wyrażenie to było głównie idiomem, metaforycznym sposobem mówienia o śmierci na morzu. Jednakowo prasa i literatura stopniowo obrosły je dodatkowymi warstwami grozy i fantastyki a czasem i komiksowej satyry. 
Kompendium strachu: „Diabeł mórz i jego szafka”, Davy Jones, vol. 38
Od XVIII i XIX wieku Davy Jones i jego szafka pojawiają się też coraz częściej w literaturze przygodowej i morskiej. W powieściach o piratach, takich jak Treasure Island Roberta Louisa Stevensona, imię to funkcjonuje już jako oczywista część żargonu starych wilków morskich. Jest synonimem groźnej głębi, w której spoczywają polegli kamraci. 

Podobne odwołania znajdziemy w licznych balladach żeglarskich i opowieściach o rejsach wielorybniczych, gdzie „Davy Jones’s locker” jest skrótem na wszystko to, co nieznane i ostateczne w morskiej otchłani. W nowszych omówieniach motywu literaturoznawcy podkreślają, że zwrot ten stał się wygodnym symbolem. Jednym słowem przywołuje wizję ciemnych, niezmierzonych głębin i losu tych, którzy nie wrócili z morza.
Kompendium strachu: „Diabeł mórz i jego szafka”, Davy Jones, vol. 38
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
„Ninna nanna, ninna oh, questo bimbo a chi lo do? Lo darò all’uomo nero, che lo tiene un anno intero...”

tłum: „Kołysanka, kołysaj, komu oddam to dziecko? Oddam je Czarnemu Człowiekowi, który zatrzyma je na cały rok…”.

- fragment starej włoskiej kołysanki
Babau, zwany też we Włoszech- l’uomo nero (czarny człowiek), to klasyczny boogeyman, straszak z dzieciństwa, ale z bardzo ciekawym tłem językowym i kulturowym. W przeciwieństwie do wielu potworów z bestiariuszy nie ma stałego wyglądu ani jasno określonej mitologii. Jest raczej figurą, w którą rodzice i dziadkowie wkładają własne lęki oraz metody wychowawcze. 

Samo słowo babàu ma jak podkreślają językoznawcy charakter onomatopeiczny. Wywodzi się z powtarzanego „bau bau”, dawnej „strasznej” sylaby, czymś w rodzaju naszego „bu!”. Najpierw było dźwiękiem, którym dorośli straszyli dzieci, potem zaczęto tak nazywać „coś” albo „kogoś”, kto ten dźwięk wydaje. Giacomo Leopardi w Zibaldone analizuje tę formę i łączy ją z długą tradycją naśladowania szczekania psów (greckie i łacińskie odpowiedniki, czy francuskie aboyer), która z czasem przerodziła się w ogólnie „straszny głos” adresowany do dzieci.
Kompendium strachu: „Strażnik dziecięcych lęków”, Babau- l’uomo nero, vol. 36
W folklorze włoskim Babau i l’uomo nero są w praktyce wymienni. Wielu autorów pisze wprost, że to dwie nazwy tej samej istoty. To urojony prześladowca dzieci, używany jako straszak. Pojawia się nocą, krąży po drogach i podwórkach, czai się pod łóżkiem. W większości opowieści nie musi w ogóle być opisany, wystarczy, że jest „czarny”, „duży” i „zabiera”. Tam, gdzie jednak dostaje ciało, bywa przedstawiany jako wysoki mężczyzna w długim, ciężkim czarnym płaszczu, z kapturem lub kapeluszem z szerokim rondem, który zasłania twarz. W wersji l’uomo nero pojawia się też jako coś bardziej widmowego. Czarny duch bez nóg, który od pasa w dół rozmywa się w cień. Tak opisywany bywa np. w folklorze z północnych regionów, jak Dolina Aosty.
Kompendium strachu: „Strażnik dziecięcych lęków”, Babau- l’uomo nero, vol. 36
Z perspektywy porównawczego folkloru Babau należy do wielkiej rodziny europejskich straszaków. W literaturze i popularnych opracowaniach zestawia się go z anglosaskim boogeymanem, rosyjskim Buką, niemieckim Butzemannem i dziesiątkami innych lokalnych figur, które pełnią tę samą funkcję. Są projekcją zakazów i ostrzeżeń, personifikacją zdania „nie rób tego, bo coś cię złapie”. Nie ma jednego kanonicznego mitu, za to jest mnóstwo krótkich, ustnych opowiastek. O dziecku, które wyszło nocą na ulicę i „zabrał je Babau",  o maluchu, który poszedł za obcym mężczyzną w kapeluszu i już nie wrócił. Takie historie działają jako moralitet  nawet jeśli ich szczegóły zmieniają się z pokolenia na pokolenie.
Kompendium strachu: „Strażnik dziecięcych lęków”, Babau- l’uomo nero, vol. 36
Współczesne świadectwa i opowieści pokazują, że figura l’uomo nero nie zniknęła. W swoich wspomnieniach starsza Włoszka opowiada historię babci, która jako młoda dziewczyna zobaczyła na polu wysoką, mroczną postać w czarnym kapeluszu, stojącą nieruchomo wśród zboża i wpatrującą się w nią oraz jej narzeczonego.

Ciekawa jest też warstwa etymologiczna i historyczna. Niektóre opracowania sugerują, że słowo „Babau” mogło w pewnych regionach wiązać się z dawnymi lękami przed Saracenami. Najeźdźcami z południa  i wywodzić się z arabskiego baban („zwycięzca”). Bardziej przekonujące wydaje się jednak tłumaczenie onomatopeiczne: od „bau bau”, psiego szczekania i dziecięcego straszaka. Występuje one w różnych dialektach włoskich i w pokrewnych formach w innych językach europejskich.
Kompendium strachu: „Strażnik dziecięcych lęków”, Babau- l’uomo nero, vol. 36
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
„Kiedy tarcza księżyca ciemnieje, ludzie pytają astronomów o zaćmienie, a starzy opowiadają o Vârcolacu, który znów dobrał się do nieba.”

- synteza motywów z dawnych wierzeń ludowych Rumunii
Vârcolac (wym. wyrkolak ) to istota u której dobrze widoczne jest dynamizm ludowego folkloru. Dziś w rumuńszczyźnie słowo to bywa używane jako określenie wilkołaka, ale w starszych wierzeniach był czymś znacznie dziwniejszym. Nie tylko człowiekiem-wilkiem, lecz przede wszystkim demonem. Potrafił on bowiem wspiąć się na niebo i pożerać słońce albo księżyc, wywołując zaćmienia i krwawe pełnie. Gdy na niebie robiło się nagle ciemno albo tarcza księżyca przybierała czerwony kolor, mówiono, że właśnie Vârcolac „gryzie światło”.
Kompendium strachu: „Pożeracz słońca i księżyca”, Vârcolac, vol. 35
Sama nazwa ma korzenie słowiańskie i jest spokrewniona z formami typu vukodlak czy vărkolak, co oznacza dosłownie wilcza sierść, wilkołak. W rumuńskim i bałkańskim kręgu kulturowym termin ten z czasem zaczął obejmować wilkołaki, jak i pewien typ wampirycznego rewenanta. Jednocześnie zachował swoją kosmiczną funkcję. W wielu opowieściach Vârcolac jest tym, który napada na ciała niebieskie. Dlatego przy zaćmieniach robiono hałas, dzwoniono, tłuczono w garnki, żeby „odgonić potwora” i zmusić go do puszczenia słońca lub księżyca.
Kompendium strachu: „Pożeracz słońca i księżyca”, Vârcolac, vol. 35
Wygląd Vârcolaca nigdy nie był ustalony raz na zawsze. W jednych opowieściach przybiera postać wilka albo wielkiego psa, w innych  smoka, wężowego potwora czy bliżej nieokreślonej bestii o wielu paszczach. Bywa też opisywany zupełnie niematerialnie, jako duch, który wspina się do nieba po niewidzialnej nici. Ta nić bywa łączona z przędzą. Mówi się, że demon zaczepia się o nitkę, którą nocą przy świetle snuje tajemnicza kobieta. Dopóki nić istnieje, Vârcolac może pożerać światło. Kiedy ktoś przerwie przędzenie, zrobi hałas albo zabije dzwonami, nić pęka, a potwór spada.
Kompendium strachu: „Pożeracz słońca i księżyca”, Vârcolac, vol. 35
W innych wariantach Vârcolac jest człowiekiem-wilkołakiem, którego dusza podczas zaćmienia opuszcza ciało. Zwierzęca, drapieżna część wychodzi z uśpionego człowieka, unosi się ku niebu i zaczyna pożerać tarczę słońca lub księżyca. Ciało zostaje na ziemi jakoby martwe. Jeśli ktoś je poruszy, zanim dusza zdąży wrócić, Vârcolac ginie lub zostaje na zawsze „zawieszony” między światami. Stąd przestrogi, by nie zbliżać się do niektórych śpiących, nawet jeśli budzą lęk.

Ludowe wyjaśnienia są bardzo charakterystyczne dla regionu. Vârcolacem może stać się dusza nieochrzczonego dziecka albo dziecka z nieprawego łoża. Także osoba obciążona ciężkim grzechem na przykład bratobójstwem albo ktoś, kto w powtarzalny sposób łamie tabu i obyczaj. Z każdego poważnego naruszenia normy może narodzić się po śmierci drapieżny duch, wilkołak, czy wampir. 
Kompendium strachu: „Pożeracz słońca i księżyca”, Vârcolac, vol. 35
Dziś, czytając dawne opowieści o Vârcolacu, można zobaczyć w nim nie tylko dziwnego potwora, lecz także metaforę ludzkiego lęku. To lęk przed tym, że pojedynczy grzech, błąd albo naruszenie porządku może zachwiać całym światem. Na chwilę zgasić słońce, splamić księżyc, sprowadzić ciemność w środku dnia. Vârcolac stoi dokładnie na przecięciu trzech światów wilkołaczego, wampirycznego i kosmicznego, dlatego pozostaje jedną z najciekawszych, najbardziej „rozciągliwych” postaci rumuńskiego folkloru.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
5
„Człowiek-ćma z Point Pleasant jest nie tyle stworzeniem z bagien, ile skrzydlatą przypowieścią o przypadku, winie i pamięci.”

- z syntezy opracowań prasowych na temat Mothmana
Mothman należy do tych potworów, które mają bardzo konkretną datę i miejsce narodzin. Nie jest pradawnym demonem znanym od zawsze, tylko dzieckiem lat 60. Jego legenda narodziła się w małym miasteczku Point Pleasant w Zachodniej Wirginii pewnej listopadowej nocy. W 1966 roku dwie młode pary, Roger i Linda Scarberry oraz Steve i Mary Mallette wracały samochodem z opuszczonego kompleksu magazynów amunicji z czasów II wojny światowej, zwanego potocznie „TNT area”. Według ich relacji przy drodze stanęła wysoka, ludzka sylwetka, niemal dwa metry wzrostu, z ogromnymi skrzydłami i świecącymi na czerwono oczami. Gdy przyspieszyli, stworzenie wzbiło się w powietrze i przez kilka kilometrów leciało tuż za nimi, aż do granic miasta. To właśnie ta relacja trafiła następnego dnia do lokalnej gazety „Point Pleasant Register”, która opublikowała tekst pod chwytliwym tytułem „Couples See Man-Sized Bird… Creature… Something”.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Od tej chwili Point Pleasant zaczęło żyć opowieściami. Kolejni mieszkańcy zgłaszali, że widzieli nocą coś dużego, skrzydlatego, o czerwonych oczach. Jedni mówili o ogromnym ptaku, inni o postaci bez wyraźnej głowy, jakby oczy świeciły prosto z klatki piersiowej. Lokalne gazety z radością podchwyciły sensację, a większe tytuły z sąsiednich stanów zaczęły ją powielać. Gdzieś po drodze, prawdopodobnie pod wpływem komiksowej mody, ktoś w redakcji ochrzcił stwora mianem „Mothman”. Przez następny rok w okolicach Point Pleasant mnożyły się relacje o dziwnych zjawiskach. Obok samego Mothmana świadkowie zgłaszali tajemnicze światła na niebie, niezidentyfikowane obiekty, dziwne telefony, anonimowe przepowiednie o nadciągającej katastrofie. Nawet wizyty „mężczyzn w czerni”, którzy mieli zniechęcać ich do mówienia o tym, co widzieli.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Kulminacją historii stał się 15 grudnia 1967 roku, gdy zawalił się most Silver Bridge nad rzeką Ohio. W katastrofie zginęło 46 osób, a region pogrążył się w szoku. Inżynierowie wskazywali na konkretną przyczynę techniczną. Było to uszkodzenie elementu konstrukcji, ale w lokalnych opowieściach szybko narodził się związek między „rokiem Mothmana” a upadkiem mostu. Dla wielu mieszkańców stwór stał się złowrogim omenem poprzedzającym tragedię. Inni woleli wierzyć, że był raczej mrocznym strażnikiem, czymś, co próbowało ostrzec ludzi przed katastrofą. Choć nikt nie potrafił odczytać tego znaku na czas. Od tej pory Mothman przestał być tylko „dziwną istotą z bagien” stał się istotą splecioną z pamięcią o realnej katastrofie.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Legenda nie zatrzymała się jednak na prasowych nagłówkach. W pierwszej kolejności sięgnęli po nią autorzy zajmujący się zjawiskami paranormalnymi. Gray Barker wspominał o Mothmanie w kontekście swoich zainteresowań UFO i „men in black”. Zaś dziennikarz John A. Keel nadał tej historii ostateczny kształt. Keel przyjechał do Point Pleasant, rozmawiał z dziesiątkami świadków, zbierał relacje o skrzydlatej postaci, tajemniczych telefonach, dziwnych zbiegach okoliczności. Z tych materiałów ułożył książkę „The Mothman Prophecies”, opublikowaną w 1975 roku. W jego ujęciu Mothman to nie tylko lokalny potwór, ale element większej układanki związanej z UFO oraz dziwnymi synchronicznościami, wizjami i zapowiedziami katastrofy.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Co roku we wrześniu mieszkańcy organizują Mothman Festival. Mieszankę jarmarku, zlotu fanów, konferencji i rodzinnej imprezy. Miasteczko, które kiedyś było z zewnątrz kojarzone głównie z katastrofą mostu, teraz opowiada o sobie przez pryzmat własnej legendy. W ustnych przekazach i współczesnych internetowych opowieściach Mothman wraca nie tylko jako stworzenie z Point Pleasant. Pojawia się w creepypastach jako zwiastun katastrof na całym świecie, bohater podcastów o zjawiskach niewyjaśnionych, motyw w grach czy komiksach. Jedni widzą w nim klasycznego „harbinger of doom”, innych pociąga właśnie jego niejednoznaczność. Nie wiadomo, czy jest demonem, strażnikiem, ofiarą czy tylko lustrem, w którym odbijają się ludzkie lęki.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
2
„Każde przegryzione włókno całunu, to jak nitka życia przecięta wśród żywych.”

- epigraf inspirowany legendami z dawnych ziem niemieckich
Nachzehrer to jeden z najbardziej niepokojących, a przy tym wciąż mało znanych krewnych wampira w Europie. Jego nazwa pochodzi od niemieckiego nach (po, później) i zehren (wyjadać, wysysać), więc dosłownie znaczy „ten, który po śmierci dalej żeruje”. W odróżnieniu od znanych z srebrnego ekranu wampirów Nachzehrer rzadko wychodzi z grobu na romantyczne polowania. Jego groza polega właśnie na tym, że leży w trumnie i działa na odległość, jednocześnie zjadając całun i samego siebie oraz wysysając życie z nawiedzanej rodziny.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
Źródła etnograficzne i popularnonaukowe lokują tę istotę przede wszystkim w północnych Niemczech (regiony nadbałtyckie, dawne ziemie hanzeatyckie), ale podobne wierzenia znane były także w Saksonii, Bawarii i na Śląsku, a nawet wśród Kaszubów na północy Polski. W tekstach o „wampirach zarazy” podkreśla się, że właśnie tam, gdzie często wracały epidemie dżumy, pojawiały się opowieści o trupach, które w grobach „przeżuwają całun” i w ten sposób podtrzymują pomór. W kaszubskich wariantach Nachzehrer bywa łączony z duszami samobójców lub „niespokojnych zmarłych” i pełni podobną funkcję jak upiór. Pierwszy zmarły podczas zarazy staje się po śmierci sprawcą kolejnych zgonów w rodzinie i we wsi.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
W ludowych opisach Nachzehrer to fizyczny rewenant, nie przezroczysty duch. Kiedy go ekshumowano, miał wyglądać „zbyt żywo”: ciało miękkie, nienaturalnie nabrzmiałe, policzki i usta jakby zaróżowione, oczy i usta otwarte. Czasem wspomina się, że jedna dłoń zaciskała kciuk drugiej- detal, który miał zdradzać jego działanie w grobie. Według podań po pochówku zaczyna przeżuwać materiał całunu, potem własne ubranie, a nawet fragmenty własnego ciała. Wierzono, że każdemu kęsowi odpowiada osłabnięcie kogoś z jego rodziny, im więcej „zje” w trumnie, tym szybciej umrą jego bliscy. Stąd przydomek Leichentuch-Fresser (pożeracz całunu), który przewija się we współczesnych opracowaniach o wampiryzmie.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
To, co dziś nazywamy Nachzehrerem, trafiło do wczesnonowożytnej literatury pod innym mianem – „masticatores mortuorum” (żu­ją­cych zmarłych). Luterański teolog Philipp Rohr i później Michael Ranft wydali łacińskie traktaty De masticatione mortuorum in tumulis („O przeżuwaniu zmarłych w grobach”), w których analizowali doniesienia o trupach, które miały gryźć własne całuny i w ten sposób szerzyć zarazę. Z dzisiejszej perspektywy to fascynująca próba „naukowego” poradzenia sobie z ludowym strachem. Autorzy jednocześnie wierzą w część relacji, a zarazem próbują znaleźć dla nich racjonalne wyjaśnienia.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
Późniejsi autorzy „wampiriologii”, tacy jak Dom Augustin Calmet w XVIII wieku, czy w XX wieku badacze pokroju Paula Barbera. Traktują Nachzehrera jako osobny typ wampira środkowoeuropejskiego. Mniej wyrafinowanego niż bałkański arystokrata-wampir, za to mocno zakorzenionego w praktykach pogrzebowych i w obserwacji rozkładu ciała. W nowoczesnych encyklopediach wampiryzmu opisuje się go jako „wampira-ghula”. Który nie tyle pije krew, ile po prostu zjada tkaniny, zwłoki i metaforycznie energię życiową rodziny.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
„Y mae mor salw â Gwrach y Rhibyn.”
tłumaczenie: „Jest tak brzydka jak Gwrach y Rhibyn.”

- walijskie przysłowie (albo bardziej obelga) znalezione u Wirta Sikesa w British Goblins
Gwrach y Rhibyn (wym. gł-rach y HRI-bin, tłum. wiedźma z mgły) to jedna z najbardziej złowieszczych postaci walijskiego folkloru. Nie tyle napada na ludzi, co zapowiada śmierć, jest omenem i posłańcem złej wieści. W opowieściach wyłania się nocą z wilgotnej mgły przy brodach, na rozstajach dróg albo pod oknami domostw. Jej pojawieniu towarzyszy przeciągły, gardłowy krzyk oraz wołanie po imieniu osoby, której kres jest bliski. Bywa łączona a czasem mylona z cyhyraeth (wym. ky-HY-rajt )- bezcielesnym jękiem śmierci.
Kompendium strachu: „Ta, która stuka w okno”, Gwrach y Rhibyn , vol. 31
Wygląd Gwrach y Rhibyn jest celowo odpychający. Stara, koścista postać o poszarpanych włosach, trupio bladej twarzy i długich, czarnych zębach, czasem ze skórzastymi skrzydłami, którymi łopocze przy oknie. Jej ręce są wyschłe, z palcami jak haki, spojrzenie puste. W wersjach wodnych widać ją przy strumieniach i brodach, gdzie klęczy i pierze krwawe szaty, podobnie jak szkocka bean nighe (wym. ban NI-je, tłum. kobieta piorąca). Albo zanurza dłonie w wodzie, chlapiąc rytmicznie, jakby odprawiała obrzęd.
Kompendium strachu: „Ta, która stuka w okno”, Gwrach y Rhibyn , vol. 31
Najważniejszym znakiem obecności jest głos. Zjawa potrafi wyć lub szeptać imiona domowników-„Mój mąż!”, „Moja żona!”, „Moje maleńkie dziecko!”, jakby już rozpoczynała lament. Nocą ma zwyczaj stukać w szyby, skrobać w drewniane framugi, a jej krzyk przetacza się w trzech falach, każda coraz słabsza. Dla słuchaczy to ostateczne potwierdzenie, że śmierć jest w drodze. Ludzie mawiali, że jeśli ktoś odkrzyknie, przyzna się w ten sposób do własnego losu.
Kompendium strachu: „Ta, która stuka w okno”, Gwrach y Rhibyn , vol. 31
Tradycja lokuje te spotkania głównie w południowej i zachodniej Walii, zwłaszcza w okolicach brodów i dolin rzek, gdzie mgły zalegają najdłużej. Wspomnienia z XIX-wiecznych zbiorów ludowych mówią o gospodarzach, którym przed zgonem zjawa kilkukrotnie zastukała w okno. O wędrowcach, co wzięli ją za samotną kobietę na drodze, a po zbliżeniu ujrzeli potworną twarz. O krzyku niesionym po wybrzeżu tuż przed złymi wieściami z morza. To opowieści bardziej szeptane niż spisywane: „sąsiad słyszał od sąsiada”, ale uderzająco zgodne co do tego, że po nich zwykle następował pogrzeb.
Kompendium strachu: „Ta, która stuka w okno”, Gwrach y Rhibyn , vol. 31
W opowieściach Gwrach y Rhibyn bywa zwierciadłem wspólnotowego lęku. Mgła, choroba, nagłe nieszczęście, których nie sposób nazwać inaczej niż „złe powietrze” i „zły znak”. To dlatego tak często pojawia się u wody. W brodach, gdzie świat suchy styka się z nurtem, albo na rozdrożu, gdzie spotykają się ścieżki i decyzje. Tam, gdzie ją widziano, ludzie mówili ciszej, szybciej zamykali okiennice i trzymali dzieci w domu. A kiedy krzyk ucichał, zostawało przeświadczenie, że jeśli zjawa przyszła, to nie po to, by straszyć bez sensu. Lecz by przypomnieć, że każda wieś i każdy dom mają swój czas żałoby.
Kompendium strachu: „Ta, która stuka w okno”, Gwrach y Rhibyn , vol. 31
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
4
„The reports, mainly from children, have varied… They seem to be reaching near-mythic proportions, tumbling out from different parts of the city like clowns falling out of a Volkswagen.”

- fragment artykułu z Chicago Tribune, wydanie z października 1991 roku
Wczesną jesienią 1991 roku po szkołach Chicago i przedmieściach, zaczęła krążyć pogłoska o klaunie w białej furgonetce. Miał kusić dzieci cukierkami i pieniędzmi, by wciągnąć je do środka. W wielu relacjach powtarzało się, że klaun nazywał się Homey, jest to nawiązanie do popularnej wtedy postaci Homey D. Clown (Damon Wayans) z programu In Living Color. Doniesienia były chaotyczne i niespójne (różne kolory vana, różne dzielnice), ale było ich tyle, że policja zaczęła traktować je poważnie, o czym pisał Chicago Tribune. Mimo to nie zatrzymano żadnego sprawcy i nie potwierdzono uprowadzeń. Legendę w skrócie oddaje komentarz prasowy z tamtych dni: „zgłoszenia, głównie od dzieci, wydają się przybierać niemal mityczne rozmiary, tocząc się po mieście jak klauni wysypujący się z volkswagena”.
Kompendium strachu: „Widzieli klauna- miejska legenda ”, Homey the Clown, vol. 30
Folkloryści odczytują Homey’ego jako lokalny wariant wcześniejszego zjawiska phantom clowns (paniki widmowych klaunów). Była to fala pogłosek o klaunach pod szkołami i placami zabaw, znanej już od 1981 r. z Bostonu i okolic. W 1991 r. motyw przylgnął do Chicago i dostał nową etykietkę z telewizji (nazwa Homey), dzięki czemu brzmiał „prawdziwiej” dla dzieci i rodziców. Badacze (m.in. Benjamin Radford) i publicyści śledzący to zjawisko podkreślają, że takie plotki rozchodzą się szkolnym łańcuchem, wzmacniane przez ostrzeżenia dorosłych i media, ale rzadko mają pokrycie w policyjnych dossier. Jan Harold Brunvand już na początku lat 90. przewidywał, że Homey przeskoczy do innych społeczności co szybko miało się ziścić.
Kompendium strachu: „Widzieli klauna- miejska legenda ”, Homey the Clown, vol. 30
W pamięci mieszkańców aglomeracji utkwiły szkolne listy do rodziców, patrole pod placówkami, historie o białej (albo niebieskiej lub czerwonej) furgonetce. Czasem z dopiskiem, że miała napis „Ha-ha” na boku oraz opowieści dzieci, które „uciekły Homey’emu”, a nawet „uderzyły klauna w nos”. Z perspektywy lat widać, że to materiał idealny dla miejskiej legendy. Postać rozpoznawalna z telewizji, lęki o bezpieczeństwo dzieci, świeże jeszcze skojarzenia z Gacy’m [1]. Do tego brak jednoznacznych dowodów, mieszanina, z której łatwo rodzi się lokalna panika moralna. Media i kompendia miejskich legend do dziś klasyfikują Homey the Clown jako najbardziej znaną legendę Illinois z lat 90 XX wieku. 
Kompendium strachu: „Widzieli klauna- miejska legenda ”, Homey the Clown, vol. 30
Wnioski folklorystyczne wskazują, że Homey to podręcznikowy przykład, jak szkielet opowieści (klaun w furgonetce polujący na dzieci) dopasowuje się do epoki i miejsca. Chicago 1991 roku dostało łatkę z In Living Color, policyjne notki i szkolne ostrzeżenia dodały mu wagi. Brak sprawcy utrwalił go jako legendę, nie sprawę kryminalną. W kolejnych dekadach motyw odżywał przy nowszych panikach klaunów (najbatdziej znana z 2016 roku), ale rdzeń opowieści pozostał ten sam.
Kompendium strachu: „Widzieli klauna- miejska legenda ”, Homey the Clown, vol. 30
[1] John Wayne Gacy (1942–1994)- amerykański seryjny morderca, polsko-duńskiego pochodzenia, zwany „Klaunem Zabójcą”. Występował charytatywnie jako Pogo/Patches the Clown, co silnie wpłynęło na popkulturowy lęk przed „złym klaunem”. Udowodniono mu zabójstwo co najmniej 33 chłopców i młodych mężczyzn w latach 1972-1978 w okolicach Chicago. Aresztowany 21 grudnia 1978, skazany na śmierć w 1980, stracony 10 maja 1994 przez zastrzyk trucizny. Uwaga: nie ma dowodów, by dokonywał zbrodni w przebraniu klauna, to raczej zbitka medialna z jego działalnością jako Pogo.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
5
Jersey Devil (znany też jako Leeds Devil) to najsłynniejsza bestia z południa stanu New Jersey. Skrzydlaty diabeł z kopytami i końsko-koźlą głową, który od XVIII w. ma nawiedzać sosnowe ostępy Pine Barrens. W najpopularniejszej wersji ludowej legendy „Matka Leeds” przeklęła swoje trzynaste dziecko, a noworodek w burzową noc urósł i zmienił się w potwora, wrzasnął, rozwinął błoniaste skrzydła i wyleciał kominem w las. Odtąd słychać jego pisk i widać tropy kopyt na piasku. Opowieść lokalizuje narodziny stwora w okolicy Leeds Point, a opis istoty (końska łebina, nietoperze skrzydła, ogon, kopyta) utrwaliły dziesiątki relacji i broszur folklorystycznych.
Kompendium strachu: „Szelest skrzydeł nad borami ”, Jersey Devil, vol. 28
Ustne podania krążyły na długo przed prasą. Chętnie opowiadano o nocnych krzykach w bagnach, o śladach na dachach stodół, o przestraszonych furmanach i myśliwych, którym coś przefrunęło nad głową. Kulminacją była styczniowa panika 1909 r., gdy gazety z całego Delawere Valley drukowały setki doniesień o atakach na tramwaj w Haddon Heights, strzelaniu do stwora w Camden i tajemniczych śladach w śniegu. Zjawiska wyjaśniano później hoaxami [1], ale fala plotek na trwałe skleiła wizerunek potwora z pejzażem Pinelands.
Kompendium strachu: „Szelest skrzydeł nad borami ”, Jersey Devil, vol. 28
Nowsze ujęcia historyków pokazują, że ów diabeł wyrósł także z konfliktów kolonialnych. Drukarz Daniel Leeds (a potem jego syn Titan) popadli w spór z kwakrami [2] i samym Benjaminem Franklinem. Pamflety piętnujące „diabelskość” rodziny Leedsów oraz herb rodu z przedstawionymi wywernami pomogły osadzić „diabła z Leeds” w lokalnej wyobraźni. W XX w. przedsiębiorczy showmani i prasa zrewitalizowali tę figurę jako Jersey Devil. To rozpoznawalny dziś model będący zlepekiem dawnej politycznej satyry, wiejskich strachów i nowoczesnej kultury masowej
Kompendium strachu: „Szelest skrzydeł nad borami ”, Jersey Devil, vol. 28
W literaturze i kompendiach folkloru potwór doczekał się całych monografii. Klasycznej, reportersko-etnograficznej książki Jamesa F. McCloya i Raya Millera (The Jersey Devil, 1976), która zebrała warianty podań i „widzeń”, oraz pracy Briana Regala i Franka J. Esposita (The Secret History of the Jersey Devil, 2018/2019). Druga pozycja wywodziła genealogię legendy z prasy kolonialnej, pamfletów i przedsiębiorczości jarmarcznej. Razem pokazują, jak żywa jest tradycja ustna od „Matki Leeds” po zimowe tropy i nocne wrzaski i jak łatwo legenda adaptuje się do nowych mediów.
Kompendium strachu: „Szelest skrzydeł nad borami ”, Jersey Devil, vol. 28
[1] Mistyfikacje i świadomie spreparowanymi fałszywkami (np. sfingowane zdjęcia, żarty dziennikarskie), które mają wprowadzić w błąd lub wywołać sensację.

[2] Członkowie Religijnego Towarzystwa Przyjaciół (ang. Quakers), protestanckiej wspólnoty powstałej w XVII-wiecznej Anglii, znanej m.in. z pacyfizmu, prostoty obyczajów i spotkań bez ustalonej liturgii.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.10449695587158