Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
Obóz przy ulicy Przemysłowej w Łodzi to miejsce wyjątkowe w historii II wojny światowej, znane jako jedyny obóz, w którym niemieckie władze osadziły wyłącznie polskie dzieci.
Dramatyczne doświadczenia jego najmłodszych więźniów w ostatnich latach budzą rosnące zainteresowanie nie tylko wśród badaczy i przedstawicieli mediów, lecz także osób przekonanych, że cierpienie dzieci wymaga szczególnego upamiętnienia. Zainteresowanie to przybrało zarówno formę oddolnych inicjatyw, jak i decyzji podejmowanych na szczeblu administracyjnym, których kulminacją stało się powołanie muzeum poświęconego historii obozu.
Narastająca uwaga skupiona na dziejach lagru przy ul. Przemysłowej skłania do podjęcia kilku refleksji oraz doprecyzowania faktów z jego przeszłości. Jest to tym bardziej istotne, że w przestrzeni publicznej funkcjonują często rozbieżne, a niekiedy niepewne informacje, mające na celu przede wszystkim wzbudzenie emocji, co nie zawsze idzie w parze z rzetelnym przedstawieniem historii Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt.
Dramatyczne doświadczenia jego najmłodszych więźniów w ostatnich latach budzą rosnące zainteresowanie nie tylko wśród badaczy i przedstawicieli mediów, lecz także osób przekonanych, że cierpienie dzieci wymaga szczególnego upamiętnienia. Zainteresowanie to przybrało zarówno formę oddolnych inicjatyw, jak i decyzji podejmowanych na szczeblu administracyjnym, których kulminacją stało się powołanie muzeum poświęconego historii obozu.
Narastająca uwaga skupiona na dziejach lagru przy ul. Przemysłowej skłania do podjęcia kilku refleksji oraz doprecyzowania faktów z jego przeszłości. Jest to tym bardziej istotne, że w przestrzeni publicznej funkcjonują często rozbieżne, a niekiedy niepewne informacje, mające na celu przede wszystkim wzbudzenie emocji, co nie zawsze idzie w parze z rzetelnym przedstawieniem historii Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt.
Heinrich Himmler, uzasadniając ideę powołania prewencyjno-izolacyjnych obozów dla polskich dzieci, twierdził, że na wschodnich obszarach Niemiec, zwłaszcza w tzw. Kraju Warty, problem zaniedbania polskiej młodzieży przybrał poważne rozmiary i stanowi zagrożenie dla młodzieży niemieckiej. Źródeł tego zjawiska upatrywał przede wszystkim w — jego zdaniem — skrajnie niskim poziomie życia Polaków. Wojna doprowadziła do rozpadu wielu rodzin, a osoby odpowiedzialne za wychowanie nie były w stanie wywiązywać się ze swoich obowiązków, dodatkowo zamknięto polskie szkoły. W efekcie polskie dzieci, pozbawione opieki i zajęcia, błąkały się, podejmowały handel, żebractwo i kradzieże, co w narracji autora miało czynić je źródłem demoralizacji dla młodzieży niemieckiej.
Pomijając kwestie administracyjne, można uznać, że utworzenie obozu wynikało przede wszystkim z ideologii zakładającej wyższość rasy niemieckiej, a w konsekwencji z dążenia do separacji polskich dzieci przebywających w różnych instytucjach opiekuńczych od dzieci niemieckich. W pierwszym etapie do obozu kierowano głównie wychowanków zakładów poprawczych oraz sierocińców. Wkrótce jednak realia wojenne wymusiły rozszerzenie tej praktyki – zaczęto osadzać także dzieci pozbawione opieki rodzicielskiej wskutek aresztowań lub wywózek rodziców na roboty przymusowe do Niemiec.
Z czasem pobyt w obozie stał się również formą represji. Trafiały tam m.in. dzieci osób, które odmówiły wpisu na volkslistę. Osadzenie przy ulicy Przemysłowej mogło być konsekwencją drobnych przewinień, takich jak jazda bez biletu czy nielegalne próby zdobycia żywności lub kartek żywnościowych. Do lagru kierowano także dzieci z lekkimi niepełnosprawnościami intelektualnymi. Nie określano długości pobytu – decyzje zapadały administracyjnie, najczęściej z inicjatywy niemieckiej policji, bez możliwości odwołania.
Zachowane uzasadnienia skierowania do Polen-Jugendverwahrlager przyjmowały m.in. formę stwierdzeń:
„ojciec na robotach w Rzeszy, matka w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, dzieciom grozi zaniedbanie”
lub
„dziecko znalezione w wieku trzech lat, przebywające w sierocińcu w Katowicach, kalekie, trudne w wychowaniu, z objawami zaburzeń zachowania, moczeniem nocnym i skłonnościami do kradzieży”.
Jak widać mali więźniowie karani byli de facto za sytuację stworzoną przez okupanta. Dzieci były praktycznie wyłączone spod prawa i podlegały całkowicie obozowej załodze. Były też zmuszane do ciężkiej pracyzdecydowanie ponad ich siły.
Pomijając kwestie administracyjne, można uznać, że utworzenie obozu wynikało przede wszystkim z ideologii zakładającej wyższość rasy niemieckiej, a w konsekwencji z dążenia do separacji polskich dzieci przebywających w różnych instytucjach opiekuńczych od dzieci niemieckich. W pierwszym etapie do obozu kierowano głównie wychowanków zakładów poprawczych oraz sierocińców. Wkrótce jednak realia wojenne wymusiły rozszerzenie tej praktyki – zaczęto osadzać także dzieci pozbawione opieki rodzicielskiej wskutek aresztowań lub wywózek rodziców na roboty przymusowe do Niemiec.
Z czasem pobyt w obozie stał się również formą represji. Trafiały tam m.in. dzieci osób, które odmówiły wpisu na volkslistę. Osadzenie przy ulicy Przemysłowej mogło być konsekwencją drobnych przewinień, takich jak jazda bez biletu czy nielegalne próby zdobycia żywności lub kartek żywnościowych. Do lagru kierowano także dzieci z lekkimi niepełnosprawnościami intelektualnymi. Nie określano długości pobytu – decyzje zapadały administracyjnie, najczęściej z inicjatywy niemieckiej policji, bez możliwości odwołania.
Zachowane uzasadnienia skierowania do Polen-Jugendverwahrlager przyjmowały m.in. formę stwierdzeń:
„ojciec na robotach w Rzeszy, matka w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, dzieciom grozi zaniedbanie”
lub
„dziecko znalezione w wieku trzech lat, przebywające w sierocińcu w Katowicach, kalekie, trudne w wychowaniu, z objawami zaburzeń zachowania, moczeniem nocnym i skłonnościami do kradzieży”.
Jak widać mali więźniowie karani byli de facto za sytuację stworzoną przez okupanta. Dzieci były praktycznie wyłączone spod prawa i podlegały całkowicie obozowej załodze. Były też zmuszane do ciężkiej pracyzdecydowanie ponad ich siły.
Obóz przeznaczony dla polskich dzieci funkcjonował od początku grudnia 1942 r. aż do zajęcia Łodzi przez Armię Czerwoną 19 stycznia 1945 r. Osadzano w nim przede wszystkim dzieci z terenów wcielonych do III Rzeszy, takich jak Górny Śląsk, Zagłębie Dąbrowskie, Pomorze oraz obszary Poznańskiego i Łódzkiego. Obóz podlegał łódzkiej policji bezpieczeństwa – Sicherheitspolizei in Litzmannstadt. Personel tworzyli funkcjonariusze Sipo, wspierani przez skierowanych tam volksdeutschów. Funkcję komendanta pełnił szef policji kryminalnej w Łodzi, Karl Ehrlich, którego na miejscu zastępował kierownik obozu; w ciągu ponad dwóch lat działalności placówki funkcję tę sprawowały trzy osoby.
Obóz zlokalizowano na obszarze wydzielonym z getta Litzmannstadt, choć nie istniały między nimi formalne powiązania. Brakuje również podstaw do potwierdzenia często pojawiającej się tezy, jakoby wybór tej lokalizacji miał na celu ukrycie obozu przed opinią publiczną. W praktyce teren ten był osłonięty z trzech stron murem getta oraz żydowskim cmentarzem. Wcześniej rozważano inne miejsca, m.in. klasztor Franciszkanów w Łagiewnikach pod Łodzią, jednak obszar wyłączony z getta uznano za najdogodniejszy, zwłaszcza że wraz z postępami polityki eksterminacyjnej wobec Żydów możliwe było jego stopniowe powiększanie.
Określenie „obóz przy ul. Przemysłowej” utrwaliło się w świadomości mieszkańców Łodzi ze względu na usytuowanie głównej bramy właśnie przy tej ulicy. Obszar lagru podzielono na część przeznaczoną dla chłopców oraz dla dziewcząt. Dodatkowo funkcjonowała filia w Dzierżąznej, w której pracowały wyłącznie dziewczynki. W lipcu 1944 r. w obu tych miejscach przebywało łącznie około 1,2 tysiąca więźniów, co stanowiło najwyższy odnotowany stan osobowy.
Dzieci osadzone w obozie zmuszano do wyjątkowo ciężkiej i wyczerpującej pracy, najczęściej znacznie przekraczającej ich możliwości fizyczne. Przez około dwanaście godzin dziennie wykonywały one prace takie jak naprawa butów, plecaków i odzieży przeznaczonej dla niemieckich żołnierzy, prostowanie igieł tkackich czy wytwarzanie słomianego obuwia do poruszania się po śniegu. Za najbardziej uciążliwe zajęcie uchodziło tzw. „wałowanie”, polegające na ciągnięciu przez kilku chłopców ciężkiego walca w celu wyrównywania terenu. Praca ta odbywała się nierzadko w warunkach silnego mrozu i była dodatkowo połączona z biciem przez strażników.
Nadzorcy wyznaczali dzienne normy pracy, a ich niewykonanie skutkowało dodatkowymi represjami. Część strażników, wykazujących skłonności sadystyczne, znęcała się szczególnie nad dziećmi, które nie nadążały z realizacją norm lub w jakikolwiek sposób naraziły się tzw. wychowawcom. W kilku przypadkach brutalne traktowanie doprowadziło do śmierci więźniów. We wspomnieniach niemal wszystkich ocalałych powraca także motyw nieustannego głodu. Przydziały żywności były skrajnie niewystarczające: rano i wieczorem dzieci otrzymywały kromkę chleba oraz kubek czarnej kawy, natomiast na obiad podawano zupę, najczęściej przygotowywaną z liści brukwi lub buraków. Niewywiązywanie się z narzuconych norm karano dodatkowo odebraniem posiłku. W efekcie dzieci ulegały coraz większemu osłabieniu, traciły zdolność do pracy, a ich stan zdrowia systematycznie się pogarszał, co często kończyło się śmiercią. Jedna z najbardziej brutalnych strażniczek, Sydonia Bajer, miała wprost stwierdzić, że:
„trudno – dzieci mogą zdychać, najważniejsi są żołnierze na froncie”.
Na pogarszający się stan zdrowia więźniów wpływały również skrajnie złe warunki higieniczne. W obozie nie istniały żadne pomieszczenia przeznaczone do mycia, poza pompą znajdującą się na zewnątrz. Dzieci karano także za brak higieny, jednocześnie pozbawiając je dostępu do podstawowych urządzeń sanitarnych.
Obóz zlokalizowano na obszarze wydzielonym z getta Litzmannstadt, choć nie istniały między nimi formalne powiązania. Brakuje również podstaw do potwierdzenia często pojawiającej się tezy, jakoby wybór tej lokalizacji miał na celu ukrycie obozu przed opinią publiczną. W praktyce teren ten był osłonięty z trzech stron murem getta oraz żydowskim cmentarzem. Wcześniej rozważano inne miejsca, m.in. klasztor Franciszkanów w Łagiewnikach pod Łodzią, jednak obszar wyłączony z getta uznano za najdogodniejszy, zwłaszcza że wraz z postępami polityki eksterminacyjnej wobec Żydów możliwe było jego stopniowe powiększanie.
Określenie „obóz przy ul. Przemysłowej” utrwaliło się w świadomości mieszkańców Łodzi ze względu na usytuowanie głównej bramy właśnie przy tej ulicy. Obszar lagru podzielono na część przeznaczoną dla chłopców oraz dla dziewcząt. Dodatkowo funkcjonowała filia w Dzierżąznej, w której pracowały wyłącznie dziewczynki. W lipcu 1944 r. w obu tych miejscach przebywało łącznie około 1,2 tysiąca więźniów, co stanowiło najwyższy odnotowany stan osobowy.
Dzieci osadzone w obozie zmuszano do wyjątkowo ciężkiej i wyczerpującej pracy, najczęściej znacznie przekraczającej ich możliwości fizyczne. Przez około dwanaście godzin dziennie wykonywały one prace takie jak naprawa butów, plecaków i odzieży przeznaczonej dla niemieckich żołnierzy, prostowanie igieł tkackich czy wytwarzanie słomianego obuwia do poruszania się po śniegu. Za najbardziej uciążliwe zajęcie uchodziło tzw. „wałowanie”, polegające na ciągnięciu przez kilku chłopców ciężkiego walca w celu wyrównywania terenu. Praca ta odbywała się nierzadko w warunkach silnego mrozu i była dodatkowo połączona z biciem przez strażników.
Nadzorcy wyznaczali dzienne normy pracy, a ich niewykonanie skutkowało dodatkowymi represjami. Część strażników, wykazujących skłonności sadystyczne, znęcała się szczególnie nad dziećmi, które nie nadążały z realizacją norm lub w jakikolwiek sposób naraziły się tzw. wychowawcom. W kilku przypadkach brutalne traktowanie doprowadziło do śmierci więźniów. We wspomnieniach niemal wszystkich ocalałych powraca także motyw nieustannego głodu. Przydziały żywności były skrajnie niewystarczające: rano i wieczorem dzieci otrzymywały kromkę chleba oraz kubek czarnej kawy, natomiast na obiad podawano zupę, najczęściej przygotowywaną z liści brukwi lub buraków. Niewywiązywanie się z narzuconych norm karano dodatkowo odebraniem posiłku. W efekcie dzieci ulegały coraz większemu osłabieniu, traciły zdolność do pracy, a ich stan zdrowia systematycznie się pogarszał, co często kończyło się śmiercią. Jedna z najbardziej brutalnych strażniczek, Sydonia Bajer, miała wprost stwierdzić, że:
„trudno – dzieci mogą zdychać, najważniejsi są żołnierze na froncie”.
Na pogarszający się stan zdrowia więźniów wpływały również skrajnie złe warunki higieniczne. W obozie nie istniały żadne pomieszczenia przeznaczone do mycia, poza pompą znajdującą się na zewnątrz. Dzieci karano także za brak higieny, jednocześnie pozbawiając je dostępu do podstawowych urządzeń sanitarnych.
Śmiertelność w łódzkim obozie była bardzo wysoka. Lekarz wzywany z getta zeznawał po wojnie w procesie Sydonii Bajer, że tygodniowo umierało jedno lub dwoje dzieci. Zachowały się 76 akty zgonu, jednak rzeczywista liczba ofiar była z pewnością wyższa — szacuje się, że w ciągu ponad dwóch lat funkcjonowania obozu zmarło około stu kilkudziesięciu więźniów. W momencie wkroczenia Armii Czerwonej do Łodzi w styczniu 1945 r. w obozie przebywało jeszcze około dziewięciuset dzieci.
W literaturze pojawiają się czasem znacznie zawyżone szacunki liczby ofiar, wynikające z błędnej interpretacji danych zawartych w książce Józefa Witkowskiego, który pisał o 12 tysiącach dzieci mających przejść przez obóz. Autor ten wielokrotnie zawyżał jednak liczbę więźniów, co doprowadziło do nieporozumień i nierealistycznych ocen śmiertelności. W rzeczywistości przez obóz przy ul. Przemysłowej przeszło nie więcej niż dwa tysiące dzieci, na co wskazują zarówno raporty lekarskie dotyczące stanu osobowego, jak i relacje świadków mówiące o długotrwałym, często kilkunastomiesięcznym pobycie w obozie. Zakładana przez Witkowskiego duża rotacja więźniów była zatem całkowicie niemożliwa.
W literaturze pojawiają się czasem znacznie zawyżone szacunki liczby ofiar, wynikające z błędnej interpretacji danych zawartych w książce Józefa Witkowskiego, który pisał o 12 tysiącach dzieci mających przejść przez obóz. Autor ten wielokrotnie zawyżał jednak liczbę więźniów, co doprowadziło do nieporozumień i nierealistycznych ocen śmiertelności. W rzeczywistości przez obóz przy ul. Przemysłowej przeszło nie więcej niż dwa tysiące dzieci, na co wskazują zarówno raporty lekarskie dotyczące stanu osobowego, jak i relacje świadków mówiące o długotrwałym, często kilkunastomiesięcznym pobycie w obozie. Zakładana przez Witkowskiego duża rotacja więźniów była zatem całkowicie niemożliwa.
Odrębnym i niezwykle istotnym zagadnieniem w historii obozu są powojenne próby rozliczenia popełnionych tam zbrodni. Z dzisiejszej perspektywy — podobnie jak w wielu innych przypadkach — należy uznać je za w dużej mierze symboliczne, zwłaszcza jeśli uwzględnić niewielką liczbę osób, które faktycznie stanęły przed sądem. Znamienne jest również to, że poza kierowniczką obozu dziewczęcego, Sydonią Bajer, osoby pełniące funkcje kierownicze w obozie nie poniosły odpowiedzialności karnej. Co prawda podejmowano próbę osądzenia jednego z kierowników, Hansa Fugego, jednak w 1978 r. sąd w Hamburgu umorzył postępowanie w tej sprawie.
Wyrokami skazującymi zakończyły się jedynie trzy procesy dotyczące obozowych funkcjonariuszy: dwa przeprowadzone bezpośrednio po wojnie — Edwarda Augusta i Sydonii Bajer — oraz proces Eugenii Pol toczący się w latach 1970–1976. Pierwsze dwa odbyły się przed tzw. Specjalnym Sądem Karnym, którego zadaniem były powojenne rozliczenia oraz szybkie ukaranie aktywnych volksdeutschów i konfidentów władz okupacyjnych. Choć w tych przypadkach osądzono osoby bezsprzecznie winne, sam sposób prowadzenia postępowań daleki był od standardów państwa prawa. Przykładowo Edward August — uznawany za najbardziej brutalnego obozowego oprawcę — został skazany bez przesłuchania choćby jednego świadka będącego byłym więźniem obozu. Zarówno on, jak i Sydonia Bajer, otrzymali wyroki śmierci.
Skazanie dwojga najbardziej znanych sprawców na pewien czas zaspokoiło zarówno oczekiwania władz, jak i społeczne oraz emocjonalne zapotrzebowanie na ukaranie oczywistych winnych. Do problematyki obozu powrócono dopiero w latach sześćdziesiątych, głównie za sprawą Józefa Witkowskiego — byłego więźnia, autora licznych artykułów oraz monografii poświęconej temu miejscu. Bez wątpienia wykonał on znaczącą pracę, docierając do wielu dokumentów i relacji świadków. Jego publikacja, wpisująca się w obowiązującą wówczas politykę historyczną, miała przede wszystkim uwypuklić skalę niemieckich zbrodni oraz cierpienie niewinnych dzieci, co samo w sobie było faktem bezdyskusyjnym.
Jednocześnie Witkowski wyraźnie wyolbrzymił i przerysował niektóre zjawiska. To głównie za jego sprawą w licznych opracowaniach — także powstających w ostatnich latach — pojawia się zawyżona liczba rzekomo 12–15 tysięcy ofiar obozu. Autor szczególnie eksponował najbardziej drastyczne relacje, które miały ukazywać skrajne okrucieństwo realiów obozowych, choć wiele z nich — jak wykazały późniejsze śledztwa — okazało się nieprawdziwych. Mimo upływu kilkudziesięciu lat są one nadal przywoływane w publikacjach popularnych i masowych jako wiarygodny obraz obozowej rzeczywistości. Dotyczy to m.in. głośnej książki Mały Oświęcim, zawierającej co najmniej kilkanaście relacji uznanych za niewiarygodne, które podczas procesu Eugenii Pol zostały odrzucone nawet przez prokuratora.
Witkowski bywa również przedstawiany jako autor działający wbrew linii politycznej władz i ujawniający „prawdę” o obozie. W rzeczywistości jednak — jako były funkcjonariusz UB — realizował on obowiązującą wówczas politykę historyczną, zarówno w swojej monografii, jak i w działaniach zmierzających do pociągnięcia do odpowiedzialności kolejnej z obozowych strażniczek, Eugenii Pol.
Wyrokami skazującymi zakończyły się jedynie trzy procesy dotyczące obozowych funkcjonariuszy: dwa przeprowadzone bezpośrednio po wojnie — Edwarda Augusta i Sydonii Bajer — oraz proces Eugenii Pol toczący się w latach 1970–1976. Pierwsze dwa odbyły się przed tzw. Specjalnym Sądem Karnym, którego zadaniem były powojenne rozliczenia oraz szybkie ukaranie aktywnych volksdeutschów i konfidentów władz okupacyjnych. Choć w tych przypadkach osądzono osoby bezsprzecznie winne, sam sposób prowadzenia postępowań daleki był od standardów państwa prawa. Przykładowo Edward August — uznawany za najbardziej brutalnego obozowego oprawcę — został skazany bez przesłuchania choćby jednego świadka będącego byłym więźniem obozu. Zarówno on, jak i Sydonia Bajer, otrzymali wyroki śmierci.
Skazanie dwojga najbardziej znanych sprawców na pewien czas zaspokoiło zarówno oczekiwania władz, jak i społeczne oraz emocjonalne zapotrzebowanie na ukaranie oczywistych winnych. Do problematyki obozu powrócono dopiero w latach sześćdziesiątych, głównie za sprawą Józefa Witkowskiego — byłego więźnia, autora licznych artykułów oraz monografii poświęconej temu miejscu. Bez wątpienia wykonał on znaczącą pracę, docierając do wielu dokumentów i relacji świadków. Jego publikacja, wpisująca się w obowiązującą wówczas politykę historyczną, miała przede wszystkim uwypuklić skalę niemieckich zbrodni oraz cierpienie niewinnych dzieci, co samo w sobie było faktem bezdyskusyjnym.
Jednocześnie Witkowski wyraźnie wyolbrzymił i przerysował niektóre zjawiska. To głównie za jego sprawą w licznych opracowaniach — także powstających w ostatnich latach — pojawia się zawyżona liczba rzekomo 12–15 tysięcy ofiar obozu. Autor szczególnie eksponował najbardziej drastyczne relacje, które miały ukazywać skrajne okrucieństwo realiów obozowych, choć wiele z nich — jak wykazały późniejsze śledztwa — okazało się nieprawdziwych. Mimo upływu kilkudziesięciu lat są one nadal przywoływane w publikacjach popularnych i masowych jako wiarygodny obraz obozowej rzeczywistości. Dotyczy to m.in. głośnej książki Mały Oświęcim, zawierającej co najmniej kilkanaście relacji uznanych za niewiarygodne, które podczas procesu Eugenii Pol zostały odrzucone nawet przez prokuratora.
Witkowski bywa również przedstawiany jako autor działający wbrew linii politycznej władz i ujawniający „prawdę” o obozie. W rzeczywistości jednak — jako były funkcjonariusz UB — realizował on obowiązującą wówczas politykę historyczną, zarówno w swojej monografii, jak i w działaniach zmierzających do pociągnięcia do odpowiedzialności kolejnej z obozowych strażniczek, Eugenii Pol.
Zapotrzebowanie na wydarzenie o charakterze propagandowym, które miałoby uwypuklić niemieckie zbrodnie, doprowadziło do aresztowania Eugenii Pol, dotąd prowadzącej spokojne życie w Łodzi. Zatrzymano ją w grudniu 1970 r. i postawiono zarzuty dotyczące najcięższych przestępstw popełnionych w obozie. Do dziś pozostaje kwestią sporną, czy strażniczka rzeczywiście dopuściła się przypisywanych jej czynów, a jej powojenna egzystencja była efektem skutecznego ukrycia obciążającej przeszłości, czy też — przeciwnie — stała się ona ofiarą politycznie motywowanych rozliczeń z historią obozu. Przebieg postępowania sądowego oraz wydane wyroki nie dają jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie.
Proces Eugenii Pol okazał się skomplikowany i wieloaspektowy. Świadkowie oskarżenia, relacjonujący traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa po niemal trzydziestu latach, często gubili się w swoich zeznaniach. Były to osoby dotknięte — jak zauważał prokurator Piechota — poważnymi deficytami fizycznymi i psychicznymi. Według niego świadkowie, czując się zobowiązani do udzielenia odpowiedzi na każde pytanie, składali zeznania niezależnie od tego, czy dana okoliczność była im rzeczywiście znana. W rezultacie powstał tragiczny paradoks: ofiary, które przeszły prawdziwe piekło obozu, okazały się mniej wiarygodnymi świadkami właśnie z powodu doznanych tam traum. Dodatkowo nie sposób było pominąć faktu, że część z nich myliła Eugenię Pol z wcześniej skazaną Sydonią Bajer na prezentowanych fotografiach.
Pojawiły się również inne wątpliwości. Niektórzy byli więźniowie spotykali się z Pol po wojnie i nie okazywali wobec niej pretensji za wydarzenia obozowe. Inni pożyczali od niej znaczne sumy pieniędzy, których nie zwrócili do czasu procesu, co w praktyce podważało ich wiarygodność jako świadków. W konsekwencji znaczna część zgromadzonych dowodów została zakwestionowana i okazała się niewystarczająca do wydania prawomocnego wyroku. Sąd Najwyższy w Warszawie zdecydował o przedłużeniu tymczasowego aresztu oraz o uzupełnieniu postępowania przygotowawczego.
Pomimo intensywnych narad w Prokuraturze Generalnej PRL, podczas których Ludomir Anders, dyrektor Departamentu II, podkreślał, że sprawa Eugenii Pol nie może zakończyć się niekorzystnie dla oskarżyciela publicznego, nie osiągnięto zamierzonego celu. Co prawda Sąd Wojewódzki skazał Pol na 25 lat pozbawienia wolności, jednak 25 stycznia 1975 r. Sąd Najwyższy uchylił ten wyrok i skierował sprawę do ponownego rozpoznania.
Kluczową trudność dla prokuratury stanowił fakt, że dziewczynki, o których zabójstwo oskarżono Pol, zmarły w okresie, gdy oskarżona od ponad miesiąca przebywała już w filii obozu w Dzierżąznej. Dopiero kolejny wyrok z czerwca 1975 r., również wymierzający karę 25 lat więzienia, został utrzymany w mocy. Przyjęto wówczas konstrukcję prawną, zgodnie z którą Pol „przyczyniła się do spowodowania śmierci” dwóch dziewczynek, uznając, że wcześniejsze tortury były elementem procesu prowadzącego do ich zgonu.
Postępowanie przeciwko Eugenii Pol nie przyniosło ostatecznej odpowiedzi na pytanie, kim była ta obozowa „wychowawczyni” ani jaka była rzeczywista skala jej zbrodni. Wiele kwestii związanych z historią obozu pozostaje nadal nierozstrzygniętych, co wynika również z przebiegu wcześniejszych procesów, zwłaszcza sprawy Sydonii Bajer. Jej szybkie osądzenie i skazanie na karę śmierci uniemożliwiło pełną konfrontację informacji dotyczących obu kobiet.
Proces Eugenii Pol okazał się skomplikowany i wieloaspektowy. Świadkowie oskarżenia, relacjonujący traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa po niemal trzydziestu latach, często gubili się w swoich zeznaniach. Były to osoby dotknięte — jak zauważał prokurator Piechota — poważnymi deficytami fizycznymi i psychicznymi. Według niego świadkowie, czując się zobowiązani do udzielenia odpowiedzi na każde pytanie, składali zeznania niezależnie od tego, czy dana okoliczność była im rzeczywiście znana. W rezultacie powstał tragiczny paradoks: ofiary, które przeszły prawdziwe piekło obozu, okazały się mniej wiarygodnymi świadkami właśnie z powodu doznanych tam traum. Dodatkowo nie sposób było pominąć faktu, że część z nich myliła Eugenię Pol z wcześniej skazaną Sydonią Bajer na prezentowanych fotografiach.
Pojawiły się również inne wątpliwości. Niektórzy byli więźniowie spotykali się z Pol po wojnie i nie okazywali wobec niej pretensji za wydarzenia obozowe. Inni pożyczali od niej znaczne sumy pieniędzy, których nie zwrócili do czasu procesu, co w praktyce podważało ich wiarygodność jako świadków. W konsekwencji znaczna część zgromadzonych dowodów została zakwestionowana i okazała się niewystarczająca do wydania prawomocnego wyroku. Sąd Najwyższy w Warszawie zdecydował o przedłużeniu tymczasowego aresztu oraz o uzupełnieniu postępowania przygotowawczego.
Pomimo intensywnych narad w Prokuraturze Generalnej PRL, podczas których Ludomir Anders, dyrektor Departamentu II, podkreślał, że sprawa Eugenii Pol nie może zakończyć się niekorzystnie dla oskarżyciela publicznego, nie osiągnięto zamierzonego celu. Co prawda Sąd Wojewódzki skazał Pol na 25 lat pozbawienia wolności, jednak 25 stycznia 1975 r. Sąd Najwyższy uchylił ten wyrok i skierował sprawę do ponownego rozpoznania.
Kluczową trudność dla prokuratury stanowił fakt, że dziewczynki, o których zabójstwo oskarżono Pol, zmarły w okresie, gdy oskarżona od ponad miesiąca przebywała już w filii obozu w Dzierżąznej. Dopiero kolejny wyrok z czerwca 1975 r., również wymierzający karę 25 lat więzienia, został utrzymany w mocy. Przyjęto wówczas konstrukcję prawną, zgodnie z którą Pol „przyczyniła się do spowodowania śmierci” dwóch dziewczynek, uznając, że wcześniejsze tortury były elementem procesu prowadzącego do ich zgonu.
Postępowanie przeciwko Eugenii Pol nie przyniosło ostatecznej odpowiedzi na pytanie, kim była ta obozowa „wychowawczyni” ani jaka była rzeczywista skala jej zbrodni. Wiele kwestii związanych z historią obozu pozostaje nadal nierozstrzygniętych, co wynika również z przebiegu wcześniejszych procesów, zwłaszcza sprawy Sydonii Bajer. Jej szybkie osądzenie i skazanie na karę śmierci uniemożliwiło pełną konfrontację informacji dotyczących obu kobiet.
Ma to bezpośrednie przełożenie na współczesne publikacje i sposób interpretowania dziejów obozu, które bywają przedstawiane w sposób uproszczony lub selektywny, zależnie od intencji autora. Choć na podstawie zachowanych źródeł nie zawsze da się jednoznacznie ustalić wszystkie fakty, nie oznacza to braku możliwości formułowania logicznych i rzetelnych wniosków. Tymczasem pamięć zbiorowa często rozmija się z ustaleniami badaczy, a autorzy popularnych opracowań nierzadko je ignorują.
Obóz przy ulicy Przemysłowej był miejscem skrajnego okrucieństwa, w którym rozegrała się niewyobrażalna tragedia setek polskich dzieci. Ich ofiarom należy się nie tylko trwała pamięć, lecz także uczciwe i odpowiedzialne przedstawienie prawdy o historii tego miejsca.
Bibliografia:
B.Torański, J.Sowińska-Gogacz, „Mały Oświęcim”. Dziecięcy obóz w Łodzi, Poznań 2020.
R.Hrabar, Z.Tokarz, J.E.Wilczur, Czas niewoli, czas śmierci. Martyrologia dzieci polskich w okresie okupacji hitlerowskiej, Warszawa 1979, s.74–75.
J.Witkowski, Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Łodzi, Warszawa–Kraków–Gdańsk 1975.
Toborek T., Obóz przy Przemysłowej w Łodzi - piekło dla najmłodszych, ,,Biuletyn IPN", 2022, nr 3, s. 37-46.
Obóz przy ulicy Przemysłowej był miejscem skrajnego okrucieństwa, w którym rozegrała się niewyobrażalna tragedia setek polskich dzieci. Ich ofiarom należy się nie tylko trwała pamięć, lecz także uczciwe i odpowiedzialne przedstawienie prawdy o historii tego miejsca.
Bibliografia:
B.Torański, J.Sowińska-Gogacz, „Mały Oświęcim”. Dziecięcy obóz w Łodzi, Poznań 2020.
R.Hrabar, Z.Tokarz, J.E.Wilczur, Czas niewoli, czas śmierci. Martyrologia dzieci polskich w okresie okupacji hitlerowskiej, Warszawa 1979, s.74–75.
J.Witkowski, Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Łodzi, Warszawa–Kraków–Gdańsk 1975.
Toborek T., Obóz przy Przemysłowej w Łodzi - piekło dla najmłodszych, ,,Biuletyn IPN", 2022, nr 3, s. 37-46.
Pierwsze dwie części dostępne na moim profilu
Było około godziny 15:00, gdy na pozycje ułanów uderzył kolejny nalot niemieckiego Luftwaffe, które zrzucając bomby w las i okolicach toru kolejowego przyczynia się do kolejnych strat WBK wśród koni, koniowodnych i szeroko pojętych elementów tyłowych walczących oddziałów. Po tym wzmaga swój ostrzał artyleria, która jednak tym razem coraz lepiej wstrzeliwuje się w pozycje polskich baterii i skraj lasu obsadzony przez ułanów z 12. p.uł. Do ataku ruszają ponownie czołgi z 35. pr., które koncentrują swe ponowne uderzenie w kierunku przepustu kolejowego, ale również nacierają między zabudowaniami Mokra I i Mokra II. Polskie baterie – nękane ostrzałem niemieckiej artylerii – otwierają ogień ze wszystkich pozostałych jeszcze dział. W ich stronę leci prawdziwy grad pocisków z czołgów, od których padają kolejni kanonierzy. Celny ostrzał niemieckich dział spada na stanowiska 3 baterii ulokowanej na w pobliżu leśniczówki, w wyniku którego zniszczone zostaje jedno z dział. Podobna sytuacja ma miejsce na stanowiskach 2 baterii, która dodatkowo okrążona przez hitlerowskie pojazdy prowadzi szaleńczy ostrzał. W obliczu beznadziejnej sytuacji oficer ogniowy 2 baterii ppor. Stefan Radzikowski podejmuje decyzję o przeniesieniu stanowisk ogniowych. Wezwane zostają konie z przodkami, do których pośpiesznie zaprzęgane są działa i jaszcze. W momencie wyruszenia pierwszych z nich z dotychczasowych pozycji z zabudowań Mokrej III wyłoniły się niemieckie czołgi, które otwarły ogień do odchodzących plutonów z działami. Zniszczone zostały tym samym kolejne 75 mm działa, padały konie oraz ginęli kolejni polscy żołnierze, którzy nie zdążyli dojechać do skraju lasu. Nie pomógł przy tym ostrzał 3 baterii i pozostałych jeszcze dział 2 baterii. Co więcej, część czołgów uderzyła wprost na stanowiska dział koło leśniczówki, w wyniku czego zniszczone zostało drugie z czterech dział, którymi na początku dysponowała bateria dowodzona przez por. Kazimierza Wakalskiego. W zaistniałej sytuacji główny ciężar obrony oparł się na stanowiskach szwadronów 12. p.uł., a także podciągniętych z odwodów sił 2. pułku strzelców konnych. Spieszeni ułani, dysponując lekkimi działkami 37 mm i karabinami ppanc. przyjęli uderzenie około 70 maszyn, które pruły ze wszystkich swoich ciężkich karabinów w skraj lasu, przy dodatkowym dalszym wsparciu wstrzelanej niemieckiej artylerii, której pociski rozrywały się wśród koron drzew, wybuchały na ziemi, trzaskały drzewa. Tragiczną sytuację polskich ułanów tak wspominał dowódca szwadronu ciężkich karabinów maszynowych 12. p.uł. rtm. Antoni Kropielnicki:
„(…) wyłania się prawdziwe mrowie czołgów. Skóra cierpnie na ich widok. Dla dodania sobie otuchy i uspokojenia nerwów zaczynamy je liczyć. Jedni podają 72, inni 67, jeszcze inni 70. Sieką gęstym ogniem, tak że igliwie i gałęzie sypią się nam na głowy jak śnieg. Betonowy most kolejowy nad drogą jest tak posieczony, jakby go pszczoły obsiadły. Kolumna sanitarna brygady zbiera rannych (pluton sanitarny). Lekarz pułkowy z zadziwiającą sprawnością opatruje ich na polu. Wydatnie pomaga mu lekarz weterynaryjny. Mamy mnóstwo poległych i ciągle zabieramy obsługi koniowodnych, bo nam brak ludzi na linii. Koledzy odsunięci na bok leżą, niekiedy w spokojnej postawie człowieka śpiącego, niekiedy zaś w tragicznym położeniu okaleczonego ciała. Czasem pasemko krwi z ust zalewa oczodoły, czasem widać mózg pomieszany z pokręconym żelaziwem francuskiego hełmu. (…) amunicję donoszą wszyscy i lekarz weterynaryjny, adiutant, dowódca szwadronu, zastępca dowódcy pułku. Obsługi zaś tymczasem walą co tchu z armatek i karabinów maszynowych. Obok nich stosy wystrzelonych łusek mosiężnych dymią od spalonego prochu. (…) ułan niosący skrzynkę amunicyjną ginie obok dowódcy pułku. Ten chwyta ją i donosi do obsługi armaty przeciwpancernej”.
O beznadziejnej sytuacji powiadamiany jest stale od dowódcy 12. p.uł. ppłk. Kuczka dowódca WBK płk. Filipowicz, który jednak każe, a następnie już tylko prosi, by utrzymać za wszelką cenę pozycje. Ułani zatem się bronią, nie pozwalając przejść ani jednemu czołgowi przez przepust kolejowy. W tym czasie do wsparcia przygotowywany jest już będący dotychczas w odwodzie 21. dywizjon pancerny (w rzeczywistości dokonuje on wcześniej wypadu zwiadowczego na Mokrą I, podczas którego zniszczony jest jeden z samochodów pancernych wz. 34), którego TKS-y nie posiadały jednak jeszcze amunicji przeciwpancernej… Do wsparcia lewej flanki 12. pułku wysłane zostają pozostałe niewalczące dotychczas siły 2. psk, a także wezwany na powrót zostaje pociąg pancerny „Śmiały”, który miał ubezpieczyć kontratak polskich tankietek.
Rozkaz pilnego powrotu dociera do pociągu, który znajdował się w rejonie stacji kolejowej Miedźno. „Śmiały” rusza natychmiastowo w stronę Polany, jednak po drodze dochodzi do nagłego spotkania z kolumną I batalionu 12. pułku strzelców zmotoryzowanych, która wspierana przez czołgi z II batalionu 36 pr., przekraczała już w tym czasie przejazd kolejowy na drodze Rębielice Królewskie-Izbiska. Następuje pełne zaskoczenie dla dwóch stron, jednak artylerzyści „Śmiałego” szybko przytomnieją otwierając ogień do czołgów. Celem są głównie te maszyny, które zdążyły już przekroczyć przejazd, a następnie pozostałe niemieckie wozy. Rozgorzała zacięta wymiana ognia, podczas której polski pociąg zniszczył i uszkodził kilka czołgów, ciężarówek i pojazdów opancerzonych, obsługi karabinów siekały uchodzących niemieckich piechurów, a dodatkowo do akcji włączony zostaje pluton wypadowy, który próbuje powstrzymać hitlerowców próbujących wysadzić tory. Jednak i niemiecki ostrzał przynosi rezultaty, bowiem przebita i uszkodzona zostaje jedna z wież artyleryjskich pociągu, a co więcej, na jednej z platform zaczyna wybuchać amunicja. Niemieckim saperom udaje się finalnie także wysadzić tory prowadzące w kierunku Mokrej, w wyniku czego kpt. Malinowski postanawia wycofać swój pociąg, który narażony był na dalszy ostrzał, a nawet i ataki wrogiego lotnictwa. Uchodząc z miejsca potyczki „Śmiały” osłonięty zostaje ogniem innego pociągu „Piłsudczyk” o numerze 52, który przydzielony do wsparcia sąsiadującej polskiej 30. DP. nadjechał z odsieczą „Śmiałemu”. Uszkodzony kolos wycofał się na stację Miedźno, jednak sami Niemcy w obawie przed kolejnym „spotkaniem” zaniechali dalszym próbom przejścia toru w tym rejonie. A przynajmniej na jakiś czas.
Rozkaz pilnego powrotu dociera do pociągu, który znajdował się w rejonie stacji kolejowej Miedźno. „Śmiały” rusza natychmiastowo w stronę Polany, jednak po drodze dochodzi do nagłego spotkania z kolumną I batalionu 12. pułku strzelców zmotoryzowanych, która wspierana przez czołgi z II batalionu 36 pr., przekraczała już w tym czasie przejazd kolejowy na drodze Rębielice Królewskie-Izbiska. Następuje pełne zaskoczenie dla dwóch stron, jednak artylerzyści „Śmiałego” szybko przytomnieją otwierając ogień do czołgów. Celem są głównie te maszyny, które zdążyły już przekroczyć przejazd, a następnie pozostałe niemieckie wozy. Rozgorzała zacięta wymiana ognia, podczas której polski pociąg zniszczył i uszkodził kilka czołgów, ciężarówek i pojazdów opancerzonych, obsługi karabinów siekały uchodzących niemieckich piechurów, a dodatkowo do akcji włączony zostaje pluton wypadowy, który próbuje powstrzymać hitlerowców próbujących wysadzić tory. Jednak i niemiecki ostrzał przynosi rezultaty, bowiem przebita i uszkodzona zostaje jedna z wież artyleryjskich pociągu, a co więcej, na jednej z platform zaczyna wybuchać amunicja. Niemieckim saperom udaje się finalnie także wysadzić tory prowadzące w kierunku Mokrej, w wyniku czego kpt. Malinowski postanawia wycofać swój pociąg, który narażony był na dalszy ostrzał, a nawet i ataki wrogiego lotnictwa. Uchodząc z miejsca potyczki „Śmiały” osłonięty zostaje ogniem innego pociągu „Piłsudczyk” o numerze 52, który przydzielony do wsparcia sąsiadującej polskiej 30. DP. nadjechał z odsieczą „Śmiałemu”. Uszkodzony kolos wycofał się na stację Miedźno, jednak sami Niemcy w obawie przed kolejnym „spotkaniem” zaniechali dalszym próbom przejścia toru w tym rejonie. A przynajmniej na jakiś czas.
Informacja o braku wsparcia ze strony pociągu nie powstrzymała dowódcy 21. dywizjonu pancernego mjr. S. Glińskiego przed wysłaniem swych tankietek i samochodów do kontrnatarcia. Słabo opancerzone i niewłaściwie uzbrojone polskie pojazdy wjechały na polanę, co jednak nie zakończyło się ich całkowitym pogromem. „Sprytne” małe tankietki, lawirując pomiędzy niemieckimi czołgami wprowadziły spore zamieszanie i zdezorientowało nacierających hitlerowców, którzy nie spodziewali się polskich pojazdów, które dodatkowo mimo braku skutków otwarły do nich ogień. Wśród dymu płonących budynków i kurzu, niemieckie załogi zaczęły nawet otwierać ogień do własnych maszyn. Chwilowe wprowadzenie chaosu kosztowało jednak polski dywizjon utratą trzech zniszczonych samochodów pancernych i jednego uszkodzonego. Dodatkowo, w wyniku pomyłki, zniszczony zostaje jeden TKS, który odchodząc z pola walki dostał się pod ogień polskiego szwadronu ciężkich karabinów maszynowych, a w którym ginie jego dowódca plut. Marcin Wieliczko. Można by przy tym „doczepić się” do decyzji o wysłaniu znacznie słabszych polskich jednostek wprost na niemieckie maszyny, zarzucając przy tym mjr. Glińskiemu „ułańską fantazję”. Ale czy byłoby się wtedy zupełnie fair? Sytuacja była jednak bądź co bądź naprawdę ciężka, polscy ułani z 12 pułku potrzebowali każdego wsparcia, a takim bez wątpienia stał się kontratak polskich „czołżków” i samochodów, którym udało się odwrócić uwagę, a tym samym przyhamować wściekły napór na skraj lasu. Bóg przy tym tylko jeden wie, jaki mógłby być skutek, gdyby polskie tankietki były uzbrojone już wtedy w amunicję ppanc. i co by osiągnęły lawirując między zdezorientowanym wrogiem… Zejść trzeba jednak na ziemię, nie dywagować i skupić się na historii taką, jaką ona jest.
W czasie, gdy polskie tankietki poczęły niczym duchy przenikać w dymie między Niemcami, do walki zostały wprowadzone siły 2. psk., który obsadził południowo-wschodni skraj lasu od Mokrej III. Ułani prowadzeni osobiście przez ich dowódcę ppłk. Józefa Mularczyka rozpoczęli walkę praktycznie z marszu, co odciążyło wysiłek 12. Pułku Ułanów. Cała polana zamieniła się dla niemieckich maszyn w prawdziwy kocioł, w którym ogień prowadzony był praktycznie na całej długości lasu po jej wschodniej stronie, a nawet od tyłu, bowiem w Mokrej II dalej broniła się I bateria 2. DAK-u, a także szwadron rtm. Hollaka.
W obliczu dalszego braku wsparcia piechotą, a także nie ryzykując dalszych start niemieckie czołgi zostają finalnie wycofane z polany, a tym samym kończy się kolejne natarcie. I tak, o ile na przedpolu Brygady pozostały kolejne unieruchomione czołgi, o tyle sam stan polskich oddziałów przedstawiał się bardzo ciężko. Kilkadziesiąt kolejnych zabitych koni, ciężkie straty w ludziach, brak możliwości wsparcia przez pociąg, a także utrata przez 2. DAK 5 dział uniemożliwiająca efektywne wsparcie obrony. To wszystko przełożyło się na podjęcie pierwszych decyzji o wycofaniu się wstępnie baterii artylerii. I tak, najpierw swoje dotychczasowe pozycje opuściły pozostałości 3 baterii, następnie resztka 2, a jako ostatnia za linię kolejową udała się 1 bateria. Na tyły ciągnęły również liczne furmanki, na których załadowani byli lżej lub ciężko okaleczeni ułani. Jednak to nie był jeszcze koniec zmagań.
W czasie, gdy polskie tankietki poczęły niczym duchy przenikać w dymie między Niemcami, do walki zostały wprowadzone siły 2. psk., który obsadził południowo-wschodni skraj lasu od Mokrej III. Ułani prowadzeni osobiście przez ich dowódcę ppłk. Józefa Mularczyka rozpoczęli walkę praktycznie z marszu, co odciążyło wysiłek 12. Pułku Ułanów. Cała polana zamieniła się dla niemieckich maszyn w prawdziwy kocioł, w którym ogień prowadzony był praktycznie na całej długości lasu po jej wschodniej stronie, a nawet od tyłu, bowiem w Mokrej II dalej broniła się I bateria 2. DAK-u, a także szwadron rtm. Hollaka.
W obliczu dalszego braku wsparcia piechotą, a także nie ryzykując dalszych start niemieckie czołgi zostają finalnie wycofane z polany, a tym samym kończy się kolejne natarcie. I tak, o ile na przedpolu Brygady pozostały kolejne unieruchomione czołgi, o tyle sam stan polskich oddziałów przedstawiał się bardzo ciężko. Kilkadziesiąt kolejnych zabitych koni, ciężkie straty w ludziach, brak możliwości wsparcia przez pociąg, a także utrata przez 2. DAK 5 dział uniemożliwiająca efektywne wsparcie obrony. To wszystko przełożyło się na podjęcie pierwszych decyzji o wycofaniu się wstępnie baterii artylerii. I tak, najpierw swoje dotychczasowe pozycje opuściły pozostałości 3 baterii, następnie resztka 2, a jako ostatnia za linię kolejową udała się 1 bateria. Na tyły ciągnęły również liczne furmanki, na których załadowani byli lżej lub ciężko okaleczeni ułani. Jednak to nie był jeszcze koniec zmagań.
Zaraz po odejściu z pola polskich armat, jakby na to tylko czekając, ruszyło kolejne natarcie czołgów, które jednak tym razem przypuściły maszyny z 35. Panzer Regiment. Czołgi natrafiły tylko na osłabione siły 12. p.uł., który w obliczu dużego naporu wroga wycofał się za i na linie toru kolejowego, ustawiając na nim swe działka. Niemieckie maszyny ruszyły za nimi przez leśne przecinki i samą drogą wprost do przepustu kolejowego. Pierwsze maszyny, które nadjechały i zaczęły pod nim przejeżdżać zostały jednak zniszczone bądź uszkodzone (jedna, bądź dwie maszyny), co zahamowało natarcie. Ułani za wszelką cenę nie zamierzali przepuścić wroga „prając” dosłownie z wszystkiego, co jeszcze tylko zostało. W pewnym momencie zapanowało jednak dość spore zaskoczenie, bowiem niemieckie czołgi pojawiły się ni z tego, ni z owego po wschodniej stronie toru, jadąc od strony północnej. Skąd one się tam w ogóle znalazły? Odpowiedzią jest przejazd przez tory na drodze między Rębielicami a Izbiskami, gdzie jeszcze niecałe dwie godziny wcześniej swoją samotną walkę stoczył „Śmiały”. Niemcy po okrzepnięciu podjęli próbę przekroczenia przejazdu ponownie, a nie trafiając ponownie na żadną przeszkodę przejechali na Izbiska. Po zebraniu się tam kilku maszyn przeciwnik ruszył w dalszą drogę, która jednak poprowadziła przez nowe pozycje ułanów. Ci, mimo pierwszego zaskoczenia podjęli wraz z kilkoma TKS-ami walkę, w wyniku której kilka niemieckich maszyn miało zostać uszkodzonych i zniszczonych. W wyniku niepowodzenia przerwania linii obrony na linii kolejowej ułanów Niemcy ponownie się wycofują.
W trakcie natarcia nie były co ciekawe atakowane w ogóle pozycje 21 Pułku, który tym samym pozostał dalej po zachodniej stronie linii kolejowej. Znów rzekomo wedle wspomnień dziać się miało natomiast na pozycjach IV batalionu 84. psp., który ponownie zmuszony był odpierać natarcie pododdziałów niemieckiego 12. Pułku Piechoty, który podjął jeszcze jedną próbę przełamania polskich pozycji, a tym samym dostania się od południowej strony na Polanę Mokra. Atak odbić się miał jednak o polskie pozycje, z których dodatkowo zostało wyprowadzone przeciwnatarcie na bagnety. Dokonać tego mieli żołnierze z 10. kompanii por. J. Balukiewicza i plutony 11. kompanii por. T. Szeli. Taka sytuacja jednak jak wspomniałem wyżej nie miała miejsca, bowiem Niemcy nie podejmowali pod Waleńczowem żadnych działań.
Wydarzenia po godzinie 17:00 okazały się być tymi kulminacyjnymi dla WBK, której dowódca płk. Filipowicz ocenił całkowite wyczerpanie dalszych możliwości oporu w rejonie polany Mokra, wydając tym samym rozkaz do wycofania się na kolejną linię opóźniania na rzece Biała Oksza i Kocinka. I tak, na nowe pozycje pod Ważnymi Młynami wyruszył 2. DAK, a za nim kolejno odchodziły następne pułki tj. 2, 12 i 21, z czego dwa ostatnie odejść miały około godz. 18:00. Najwcześniej nowe pozycje były już obsadzone w rejonie m. Borowa przez dwa szwadrony 19. pułku, które znaleźć się na nich miały około 14:00. W godzinach podwieczornych i wieczornych dołączyły do nich siły 1 szwadronu rtm. Skiby, który to przez cały czas trwania boju na polanie prowadził działania ubezpieczające w lasach grodzisko, a także II pluton ciężkich karabinów por. Rżanka, który obsadzał dotychczas przeprawę na Liswarcie pod Popowem. Najpóźniej ze wszystkich szwadronów 19. Pułku Ułanów dotarł około godz. 20:00 3 szwadron por. Góreckiego, który odszedł z rejonu Mokrej w momencie, gdy doszło do walki pociągu Śmiały na przejeździe pod Izbiskami. Późna pora przybycia spowodowana była jednak atakami niemieckich samolotów, w wyniku których oddział uległ rozproszeniu, a jego ponowne zebranie przez por. Góreckiego zajęło kilka godzin.
W trakcie natarcia nie były co ciekawe atakowane w ogóle pozycje 21 Pułku, który tym samym pozostał dalej po zachodniej stronie linii kolejowej. Znów rzekomo wedle wspomnień dziać się miało natomiast na pozycjach IV batalionu 84. psp., który ponownie zmuszony był odpierać natarcie pododdziałów niemieckiego 12. Pułku Piechoty, który podjął jeszcze jedną próbę przełamania polskich pozycji, a tym samym dostania się od południowej strony na Polanę Mokra. Atak odbić się miał jednak o polskie pozycje, z których dodatkowo zostało wyprowadzone przeciwnatarcie na bagnety. Dokonać tego mieli żołnierze z 10. kompanii por. J. Balukiewicza i plutony 11. kompanii por. T. Szeli. Taka sytuacja jednak jak wspomniałem wyżej nie miała miejsca, bowiem Niemcy nie podejmowali pod Waleńczowem żadnych działań.
Wydarzenia po godzinie 17:00 okazały się być tymi kulminacyjnymi dla WBK, której dowódca płk. Filipowicz ocenił całkowite wyczerpanie dalszych możliwości oporu w rejonie polany Mokra, wydając tym samym rozkaz do wycofania się na kolejną linię opóźniania na rzece Biała Oksza i Kocinka. I tak, na nowe pozycje pod Ważnymi Młynami wyruszył 2. DAK, a za nim kolejno odchodziły następne pułki tj. 2, 12 i 21, z czego dwa ostatnie odejść miały około godz. 18:00. Najwcześniej nowe pozycje były już obsadzone w rejonie m. Borowa przez dwa szwadrony 19. pułku, które znaleźć się na nich miały około 14:00. W godzinach podwieczornych i wieczornych dołączyły do nich siły 1 szwadronu rtm. Skiby, który to przez cały czas trwania boju na polanie prowadził działania ubezpieczające w lasach grodzisko, a także II pluton ciężkich karabinów por. Rżanka, który obsadzał dotychczas przeprawę na Liswarcie pod Popowem. Najpóźniej ze wszystkich szwadronów 19. Pułku Ułanów dotarł około godz. 20:00 3 szwadron por. Góreckiego, który odszedł z rejonu Mokrej w momencie, gdy doszło do walki pociągu Śmiały na przejeździe pod Izbiskami. Późna pora przybycia spowodowana była jednak atakami niemieckich samolotów, w wyniku których oddział uległ rozproszeniu, a jego ponowne zebranie przez por. Góreckiego zajęło kilka godzin.
W wyniku wycofania się polskich sił z rejonu Mokrej, całą polanę zajęły czołgi. Może zastanawiać fakt braku dalszych ruchów sił 4. Dywizji Pancernej, która po wielu godzinach zaczęła podciągać w okolice Mokrej większe siły, które wcześniej ugrzęzły w korkach i na licznych przeprawach. Z całą pewnością na brak dalszych działań wpłynęło duże zmęczenie niemieckich sił pancernych, jednak co ciekawe nie był to jeden jedyny powód, bowiem faktyczne zahamowanie działań Dywizji spowodowane było…wybuchem paniki. Było około godz. 18:15, gdy w kierunku zachodnim zaczęły odjeżdżać niektóre niemieckie czołgi uszkodzone w trakcie walk. Widok nadjeżdżających z przeciwnego kierunku pojazdów miał przerazić co poniektórych żołnierzy, którzy zaczęli uciekać, wykrzykując przy tym w panice informacje, jakoby nacierały polskie czołgi. Na zachód od Opatowa wybuchła w kolumnach pojazdów i żołnierzy prawdziwa panika, którą tak opisano w dzienniku dywizji:
„Ciężkie kryzysy w tym pierwszym dniu walki dotknęły nie tylko walczące oddziały dywizji. Na hasło, że polskie czołgi przebiły się i atakują, liczne tabory bojowe, które dotarły czołem do Mokrej I, po prostu zawróciły i pędzą do tyłu, częściowo na przełaj przez pola. Powstało straszne zamieszanie. W szczególności w Opatowie był totalny galimatias. Dziesiątki pojazdów bezładnie ugrzęzło w tamtejszym terenie bagiennym. Nastąpił kryzys zaopatrzenia, skoro nic natychmiast nie zrobiono. Dopiero przez osobiste wkroczenie dowódcy dywizji i jego oficerów udało się zatrzymać ruch i skierować pojazdy z powrotem w kierunku Mokrej. Jednak regularny ruch mógł zostać wznowiony dopiero po godzinach”.
Incydent ten, na dobre zahamował marsz dywizji w dniu 1 września. W tej sytuacji dowódca 5. Brygady Pancernej, gen. mjr. v. Hartlieb, podjął decyzję o zatrzymaniu i skoncentrowaniu wszystkich czołgów po obu stronach Mokrej III, które dodatkowo osłonięte zostały siłami II batalionu 12. pułku strzelców i 49. dywizjonu przeciwpancernego. Po wschodniej stronie linii kolejowej znalazły się natomiast siły I batalionu 12. pułku strzelców zmotoryzowanych, które zatrzymały się i obsadziły miejscowość Izbiska.
„Ciężkie kryzysy w tym pierwszym dniu walki dotknęły nie tylko walczące oddziały dywizji. Na hasło, że polskie czołgi przebiły się i atakują, liczne tabory bojowe, które dotarły czołem do Mokrej I, po prostu zawróciły i pędzą do tyłu, częściowo na przełaj przez pola. Powstało straszne zamieszanie. W szczególności w Opatowie był totalny galimatias. Dziesiątki pojazdów bezładnie ugrzęzło w tamtejszym terenie bagiennym. Nastąpił kryzys zaopatrzenia, skoro nic natychmiast nie zrobiono. Dopiero przez osobiste wkroczenie dowódcy dywizji i jego oficerów udało się zatrzymać ruch i skierować pojazdy z powrotem w kierunku Mokrej. Jednak regularny ruch mógł zostać wznowiony dopiero po godzinach”.
Incydent ten, na dobre zahamował marsz dywizji w dniu 1 września. W tej sytuacji dowódca 5. Brygady Pancernej, gen. mjr. v. Hartlieb, podjął decyzję o zatrzymaniu i skoncentrowaniu wszystkich czołgów po obu stronach Mokrej III, które dodatkowo osłonięte zostały siłami II batalionu 12. pułku strzelców i 49. dywizjonu przeciwpancernego. Po wschodniej stronie linii kolejowej znalazły się natomiast siły I batalionu 12. pułku strzelców zmotoryzowanych, które zatrzymały się i obsadziły miejscowość Izbiska.
Cała polana Mokra była opanowana, a wśród zabudowań trzech wsi – a raczej tego co z nich zostało – rozlokowywali się niemieccy żołnierze. Co jednak ciekawe, dalej wśród budynków Mokrej II, swe pozycje trzymał 3 szwadron 12. Pułku Ułanów rtm. Hollaka. Tak, chłopaki dalej tam siedzieli, ale tym razem byli ze wszystkich stron otoczeni przez wroga, bez możliwości jakiegokolwiek wycofania się, ponieważ nie mieli koni (odesłane na tyły przy obsadzeniu Mokrej II). Żartując – sytuacja niczym z komiksów Rene Goscinnego o dzielnych Galach zamieszkujących jedną jedyną osadę stawiającą opór rzymskim najeźdźcom. Wtedy jednak, okoliczności, w jakich znaleźli się ułani nie były chociaż trochę pozytywne. Polacy wykorzystali jednak ciemności, które w końcu zapanowały i dopiero wtedy udało im się przebić do lasu. Nieświadomi obecności Niemców, polscy ułani skierowali się na Izbiska. Doszło tam do walki z ubezpieczeniami 12. pułku strzelców zmotoryzowanych, w którym śmierć poniosło kilku ułanów, w tym dowódca szwadronu rtm. J. Hollak.
Najdłużej na zajmowanych od początku pozycjach pozostał IV batalion 84. psp, którego dowódca mjr. W. Sokol nie otrzymał finalnie rozkazu wycofania się na kolejne pozycje. Batalion był w wyniku tego świadkiem dramatycznego widoku, jakim było podpalenie Kłobucka przez żołnierzy z 1. Dywizji Pancernej około godz. 20:00. W dalszym ciągu nieniepokojeni polscy żołnierze opuścili swe pozycje w okolicach Brodów-Malina dopiero około północy, by po całonocnym marszu dotrzeć do Ostrów nad ranem.
Najdłużej na zajmowanych od początku pozycjach pozostał IV batalion 84. psp, którego dowódca mjr. W. Sokol nie otrzymał finalnie rozkazu wycofania się na kolejne pozycje. Batalion był w wyniku tego świadkiem dramatycznego widoku, jakim było podpalenie Kłobucka przez żołnierzy z 1. Dywizji Pancernej około godz. 20:00. W dalszym ciągu nieniepokojeni polscy żołnierze opuścili swe pozycje w okolicach Brodów-Malina dopiero około północy, by po całonocnym marszu dotrzeć do Ostrów nad ranem.
Tak oto zakończyły się finalnie działania pod Mokrą w dniu 1 września 1939 r. Jaki był ich rzeczywisty bilans? Nie jest to łatwe do określenia. Pierwszy meldunek wysłany o godz. 22:00 przez płk. Filipowicza do sztabu Armii „Łódź” informował o stratach w wysokości 50–100 ludzi i około 200 koni, 40 wozów taborowych, 3 działach ppanc. rozbitych przez czołgi i lotnictwo, a na konto brygady zaś zaliczył około 20 rozbitych czołgów przeciwnika. We wrześniu 1941 r. szef sztabu Wołyńskiej BK mjr dypl. Wilhelm Lewicki straty brygady szacował zaś następująco: zabitych około 7 oficerów, 200–300 szeregowych i około 200 koni, rozbite 5 dział, 2 działka ppanc., jeden TK, a straty niemieckie ocenił na 80–90 czołgów. Po wojnie Komisja Historyczna b. Sztabu Głównego obliczyła straty Wołyńskiej BK na około 500 żołnierzy. Najbardziej prawdopodobne wydają się jednak szacunki dowódcy 21. Pułku Ułanów: 350–400 żołnierzy Wołyńskiej BK, a w niemieckiej 4 DPanc. 40–50 czołgów.
Trudne do ustalenia są do dziś rzeczywiste straty niemieckie. Według relacji dowódcy 35. Pułku Pancernego płk. Heinricha Eberbacha jednostka ta straciła: 15 zabitych i 14 rannych oraz 14 czołgów. Z kolei 36. Pułk Pancerny odnotował 7 zabitych i 13 rannych. Brak informacji o ilości uszkodzonych i bezpowrotnie straconych czołgach. Analiza strat niemieckiej dywizji poniesionych w okresie 1–20 września 1939 r. poczyniona przez dzisiejszych badaczy, prowadzi do wniosków, że większość wozów bojowych utraciła ona pierwszego dnia wojny pod Mokrą – około 50 czołgów, co częściowo potwierdzać mają meldunki niemieckiego XVI Korpusu Armijnego z początku drugiej połowy września 1939 r. Myślę, że trzeba być jednak w tym przypadku ostrożniejszym. Najpewniej finalnie zniszczonych maszyn było w przybliżeniu tyle, ile podawał w meldunku z 1 września płk. Filipowicz, czyli około 20-25. Lżej lub mocniej uszkodzonych pojazdów było jednak z całą pewnością znacznie więcej i można by przy tym szacować 30-40 maszyn.
Straty jak wiadomo nie ograniczyły się do samych czołgów z dwóch walczących pułków, na których jednak część dzisiejszych badaczy i historyków poprzestaje. Udokumentowane liczby dotyczące zniszczonych czołgów nie są kwestią interpretacji, natomiast brak szczegółowych danych na temat strat niemieckiej piechoty oraz sprzętu kołowego bywa traktowany chyba jak jakieś alibi do całkowitego przemilczenia tego problemu. Brak dokumentacji nie jest jednak dowodem braku strat – zwłaszcza gdy przebieg walk jednoznacznie wskazuje, że one wystąpiły. Redukowanie obrazu bitwy do tego, co da się dziś bezpiecznie policzyć, oznacza w praktyce odebranie polskim żołnierzom efektów ich zaciekłej i krwawej obrony. Jest to zabieg metodologicznie wątpliwy i zwyczajnie nie fair wobec ludzi, którzy pod Mokrą ryzykowali własne życie, zadając przeciwnikowi straty, nawet jeśli nie wszystkie z nich da się dziś ująć w tabelach.
Trudne do ustalenia są do dziś rzeczywiste straty niemieckie. Według relacji dowódcy 35. Pułku Pancernego płk. Heinricha Eberbacha jednostka ta straciła: 15 zabitych i 14 rannych oraz 14 czołgów. Z kolei 36. Pułk Pancerny odnotował 7 zabitych i 13 rannych. Brak informacji o ilości uszkodzonych i bezpowrotnie straconych czołgach. Analiza strat niemieckiej dywizji poniesionych w okresie 1–20 września 1939 r. poczyniona przez dzisiejszych badaczy, prowadzi do wniosków, że większość wozów bojowych utraciła ona pierwszego dnia wojny pod Mokrą – około 50 czołgów, co częściowo potwierdzać mają meldunki niemieckiego XVI Korpusu Armijnego z początku drugiej połowy września 1939 r. Myślę, że trzeba być jednak w tym przypadku ostrożniejszym. Najpewniej finalnie zniszczonych maszyn było w przybliżeniu tyle, ile podawał w meldunku z 1 września płk. Filipowicz, czyli około 20-25. Lżej lub mocniej uszkodzonych pojazdów było jednak z całą pewnością znacznie więcej i można by przy tym szacować 30-40 maszyn.
Straty jak wiadomo nie ograniczyły się do samych czołgów z dwóch walczących pułków, na których jednak część dzisiejszych badaczy i historyków poprzestaje. Udokumentowane liczby dotyczące zniszczonych czołgów nie są kwestią interpretacji, natomiast brak szczegółowych danych na temat strat niemieckiej piechoty oraz sprzętu kołowego bywa traktowany chyba jak jakieś alibi do całkowitego przemilczenia tego problemu. Brak dokumentacji nie jest jednak dowodem braku strat – zwłaszcza gdy przebieg walk jednoznacznie wskazuje, że one wystąpiły. Redukowanie obrazu bitwy do tego, co da się dziś bezpiecznie policzyć, oznacza w praktyce odebranie polskim żołnierzom efektów ich zaciekłej i krwawej obrony. Jest to zabieg metodologicznie wątpliwy i zwyczajnie nie fair wobec ludzi, którzy pod Mokrą ryzykowali własne życie, zadając przeciwnikowi straty, nawet jeśli nie wszystkie z nich da się dziś ująć w tabelach.
Zapoznając się z przebiegiem Boju, widzimy pojawiające się niemieckie oddziały rozpoznawcze i pułki piechoty, które atakowały pozycje 19 Pułku Ułanów, ponosząc przy tym straty w sprzęcie i ludziach. Nie sposób, tak jak wspomniałem na ten moment ustalić dokładnej liczby zabitych, rannych oraz ile sprzętu uległo przy tym zniszczeniu, jednak trzeba o tym wspomnieć. Z całą pewnością Niemcy stracili kilka motocykli, ciężarówek i transporterów opancerzonych. Co do piechoty, to straty z całą pewnością nie przekroczyły 100, a nawet bym powiedział 50 w zabitych, rannych i zaginionych. Oczywiście, choćby w czasach PRL mówiło się głośno o nawet 1000 zabitych i rannych Niemcach pod Mokrą, jednak to należy zdecydowania wsadzić między bajki i zapomnieć. Cała 4 Dywizja w dniach 1-20 września poniosła starty następujące: 316 zabitych, 547 rannych oraz 78 zaginionych, co daje łącznie 941 żołnierzy wyłączonych całkowicie lub czasowo z walki. Idąc za jednym z autorów książki „Mokra Działoszyn 1939” J. S. Tymem, myślę, że rozsądne jest przypisanie dziesiątej części całkowitych strat Dywizji właśnie na 1 września. Czyli mamy już nie horrendalne 1000, ale ok. 100 wyłączonych z walki czołgistów i piechurów . Wydaje się mało, ale jednak jest to wartość, o której trzeba zawsze wspominać, a przynajmniej takie jest moje zdanie.
Podsumowując. Patrząc na plan walki przez pryzmat podstawowych zasad prowadzenia działań zbrojnych, można stwierdzić, że był on logiczny i dobrze dopasowany do postawionego zadania. Wszystkie jego elementy podporządkowano jednemu celowi — skutecznej obronie powierzonych pozycji. Odpowiednie rozmieszczenie oddziałów pozwoliło dowódcy brygady racjonalnie gospodarować siłami, unikając ich niepotrzebnego rozpraszania, a jednocześnie zachować możliwość manewru w obrębie własnych pozycji oraz wspierania sąsiednich jednostek.
Wyznaczenie wysuniętych pozycji obserwacyjnych, kolejnych linii obrony oraz przewidywane sposoby użycia odwodów sprawiły, że obrona nie miała charakteru biernego. Skupienie głównych sił w rejonie polany Mokra i linii kolejowej, uznanych za kluczowe dla przebiegu walk pierwszego dnia, pozwoliło skoncentrować wysiłek tam, gdzie był on najbardziej potrzebny. Rozmieszczenie pododdziałów na stanowiskach obronnych umożliwiło również osiągnięcie elementu zaskoczenia w początkowej fazie starcia. Cały plan był przy tym stosunkowo prosty i czytelny.
Największym utrudnieniem dla strony polskiej była niemiecka przewaga w powietrzu, która znacząco ograniczała swobodę działania. Mimo to utrzymanie zdolności bojowej okazało się możliwe dzięki zdecydowanej postawie dowódców, dobrej organizacji oddziałów oraz wysokiemu morale żołnierzy.
Skutkiem tych działań było faktyczne zatrzymanie na cały dzień sił niemieckiej 4 Dywizji Pancernej, której zadaniem operacyjnym było osiągnięcie już 1 września linii rzeki Kocinki. Należy przy tym zaznaczyć, że sukces ten został osiągnięty głównie jednak w starciu z siłami pancernymi przeciwnika, a nie z całością jego potencjału bojowego. Ewentualne rozważania, jak mógłby wyglądać wynik starcia w przypadku pełnego zaangażowania wszystkich oddziałów dywizji, pozostawmy w sferze spekulacji i nie zmieniajmy faktów historycznych.
Podsumowując. Patrząc na plan walki przez pryzmat podstawowych zasad prowadzenia działań zbrojnych, można stwierdzić, że był on logiczny i dobrze dopasowany do postawionego zadania. Wszystkie jego elementy podporządkowano jednemu celowi — skutecznej obronie powierzonych pozycji. Odpowiednie rozmieszczenie oddziałów pozwoliło dowódcy brygady racjonalnie gospodarować siłami, unikając ich niepotrzebnego rozpraszania, a jednocześnie zachować możliwość manewru w obrębie własnych pozycji oraz wspierania sąsiednich jednostek.
Wyznaczenie wysuniętych pozycji obserwacyjnych, kolejnych linii obrony oraz przewidywane sposoby użycia odwodów sprawiły, że obrona nie miała charakteru biernego. Skupienie głównych sił w rejonie polany Mokra i linii kolejowej, uznanych za kluczowe dla przebiegu walk pierwszego dnia, pozwoliło skoncentrować wysiłek tam, gdzie był on najbardziej potrzebny. Rozmieszczenie pododdziałów na stanowiskach obronnych umożliwiło również osiągnięcie elementu zaskoczenia w początkowej fazie starcia. Cały plan był przy tym stosunkowo prosty i czytelny.
Największym utrudnieniem dla strony polskiej była niemiecka przewaga w powietrzu, która znacząco ograniczała swobodę działania. Mimo to utrzymanie zdolności bojowej okazało się możliwe dzięki zdecydowanej postawie dowódców, dobrej organizacji oddziałów oraz wysokiemu morale żołnierzy.
Skutkiem tych działań było faktyczne zatrzymanie na cały dzień sił niemieckiej 4 Dywizji Pancernej, której zadaniem operacyjnym było osiągnięcie już 1 września linii rzeki Kocinki. Należy przy tym zaznaczyć, że sukces ten został osiągnięty głównie jednak w starciu z siłami pancernymi przeciwnika, a nie z całością jego potencjału bojowego. Ewentualne rozważania, jak mógłby wyglądać wynik starcia w przypadku pełnego zaangażowania wszystkich oddziałów dywizji, pozostawmy w sferze spekulacji i nie zmieniajmy faktów historycznych.
Sama ocena końcowego rezultatu walk pod Mokrą nie jest jednoznaczna. Z jednej strony oddziały Wojska Polskiego zrealizowały swój zasadniczy cel, opóźniając, a nawet zatrzymując na całą dobę niemiecką dywizję pancerną, choć okupione to zostało znacznymi stratami oraz koniecznością późniejszego wycofania się. Z drugiej strony, dywizja niemiecka zadała obrońcom poważne straty przy relatywnie niewielkich stratach własnych, jednak nie zdołała wykonać postawionego zadania w wyznaczonym czasie. Z taktycznego punktu widzenia oznaczało to niepowodzenie.
Dla samej Wołyńskiej Brygady Kawalerii bój pod Mokrą był tylko początkiem długich walk w obronie Polski. Już następnego dnia Brygada skutecznie opóźniała natarcie niemieckiej 4 Dywizji na linii Białej Okszy w rejonie miejscowości Ostrowy i Łobodno, w efekcie czego dopiero 3 września niemieckie oddziały rozpoznawcze dotarły do Warty w okolicach Szczepocic. W kolejnych dniach września jej oddziały walczyły m.in. pod Kamieńskiem, Cyrusową Wolą, Mińskiem Mazowieckim, czy w obronie Warszawy.
Dla samej Wołyńskiej Brygady Kawalerii bój pod Mokrą był tylko początkiem długich walk w obronie Polski. Już następnego dnia Brygada skutecznie opóźniała natarcie niemieckiej 4 Dywizji na linii Białej Okszy w rejonie miejscowości Ostrowy i Łobodno, w efekcie czego dopiero 3 września niemieckie oddziały rozpoznawcze dotarły do Warty w okolicach Szczepocic. W kolejnych dniach września jej oddziały walczyły m.in. pod Kamieńskiem, Cyrusową Wolą, Mińskiem Mazowieckim, czy w obronie Warszawy.
Bibliografia:
Kamiński J., Od konia i armaty do spadochronu, Warszawa 1980.
Kurus A., Czołgi na przedmieściach. 7 Dywizja Piechoty w obronie Częstochowy 1-3 września 1939 roku, Oświęcim 2015.
Pokorny S., Czołgi pod Mokrą, Warszawa 1980.
Polskie siły zbrojne w drugiej wojnie światowej, t. 1: Kampania wrześniowa, Londyn 1962.
Rudy K., Mokra – podwójny mit, „Technika Wojskowa – Historia” 2019, nr 5, s. 4-19.
Rudy K., Jeszcze raz o bitwie pod Mokrą, „Technika Wojskowa – Historia” 2020, nr 1, s. 54-56.
Tym J.S., Mokra – polemika w sprawie mitów, „Technika Wojskowa – Historia” 2020, nr 1, s. 48-53.
Wesołowski A., Tym J.S., Mokra Działoszyn 1939. Działania wielkich jednostek Grupy Operacyjnej „Piotrków” w pierwszych dniach kampanii 1939 roku, Warszawa 2014.
Wilczkowski A., Anatomia Boju. Wołyńska Brygada Kawalerii pod Mokrą 1 września 1939, Łódź 1992.
Wojciechowski J.S., 12 Pułk Ułanów Podolskich, Pruszków 2003.
Wojciechowski J.S., 19 Pułk Ułanów Wołyńskich, Pruszków 2011.
Wojciechowski J.S., 21 Pułk Ułanów Nadwiślańskich, Pruszków 2003.
Zarzycki P., 2 Dywizjon Artylerii Konnej, Pruszków 2000.
Zawilski A., Bitwy polskiego września, Kraków 2019.
Zgórniak M., Europa w przededniu wojny. Sytuacja militarna w latach 1938-1939, Kraków
1993.
Kamiński J., Od konia i armaty do spadochronu, Warszawa 1980.
Kurus A., Czołgi na przedmieściach. 7 Dywizja Piechoty w obronie Częstochowy 1-3 września 1939 roku, Oświęcim 2015.
Pokorny S., Czołgi pod Mokrą, Warszawa 1980.
Polskie siły zbrojne w drugiej wojnie światowej, t. 1: Kampania wrześniowa, Londyn 1962.
Rudy K., Mokra – podwójny mit, „Technika Wojskowa – Historia” 2019, nr 5, s. 4-19.
Rudy K., Jeszcze raz o bitwie pod Mokrą, „Technika Wojskowa – Historia” 2020, nr 1, s. 54-56.
Tym J.S., Mokra – polemika w sprawie mitów, „Technika Wojskowa – Historia” 2020, nr 1, s. 48-53.
Wesołowski A., Tym J.S., Mokra Działoszyn 1939. Działania wielkich jednostek Grupy Operacyjnej „Piotrków” w pierwszych dniach kampanii 1939 roku, Warszawa 2014.
Wilczkowski A., Anatomia Boju. Wołyńska Brygada Kawalerii pod Mokrą 1 września 1939, Łódź 1992.
Wojciechowski J.S., 12 Pułk Ułanów Podolskich, Pruszków 2003.
Wojciechowski J.S., 19 Pułk Ułanów Wołyńskich, Pruszków 2011.
Wojciechowski J.S., 21 Pułk Ułanów Nadwiślańskich, Pruszków 2003.
Zarzycki P., 2 Dywizjon Artylerii Konnej, Pruszków 2000.
Zawilski A., Bitwy polskiego września, Kraków 2019.
Zgórniak M., Europa w przededniu wojny. Sytuacja militarna w latach 1938-1939, Kraków
1993.
Bój pod Mokrą, stoczony 1 września 1939 r. przez Wołyńską Brygadę Kawalerii przeciwko 4. Dywizji Pancernej Wehrmachtu, uznawany jest za pierwsze duże starcie w kampanii polskiej, w którym doszło do frontalnej konfrontacji regularnych sił polskich z niemieckimi jednostkami pancernymi. Jego przebieg w sposób niezwykle wyrazisty ujawnił zarówno silne, jak i słabe strony Wojska Polskiego u progu wojny. Z jednej strony polscy żołnierze wykazali się bardzo wysokim poziomem wyszkolenia oraz znaczną determinacją bojową. Z drugiej – starcie pod Mokrą obnażyło poważne dysproporcje w wyposażeniu, zwłaszcza w zakresie m.in. środków przeciwpancernych, artylerii, czy własnej broni pancernej. Mimo tych niedostatków wołyńscy ułani zdołali powstrzymać natarcie przeciwnika na wiele godzin, co osiągnięte zostało dzięki ich determinacji i świetnemu wyszkoleniu, co jednak okupione zostało dotkliwymi stratami osobowymi.
Ocena znaczenia boju pod Mokrą przez wiele dekad kształtowana była nie tylko przez wyniki badań historycznych, ale również przez „politykę pamięci”. W okresie PRL-u intensywnie promowano narrację eksponującą polskie sukcesy, czego efektem było powielanie w literaturze informacji m.in. o rzekomo bardzo wysokich stratach niemieckich oraz o spektakularnym zwycięstwie polskich oddziałów, co miało wzmacniać patriotyczny przekaz. Wspomnienia uczestników, często powstające wiele lat po wydarzeniach, również niekiedy przyczyniały się do utrwalenia uproszczonego, częstokroć heroizującego obrazu starcia. Taki obraz przedstawiany jest częstokroć do dziś m.in. w książkach, artykułach (o zgrozo nawet tych „naukowych”), czy programach telewizyjnych.
Współczesna historiografia, oparta na konfrontacji relacji żołnierzy, polskich meldunków bojowych oraz dokumentacji niemieckiej, podkreśla konieczność krytycznego podejścia do utrwalonego w zbiorowej świadomości mitu Mokrej. Analiza źródłowa wskazuje, że choć polskie oddziały nie odniosły klasycznego taktycznego zwycięstwa, to ich działanie miało istotne znaczenie operacyjne – spowolniło bowiem marsz niemieckiej dywizji. Właśnie ten realny, a nie mitologizowany obraz boju — pokazujący zarówno bohaterstwo, jak i trudne uwarunkowania — stanowi dziś najbardziej wartościową perspektywę, pozwalającą lepiej zrozumieć charakter polskiego oporu we wrześniu 1939 r.
Wiedza ta, w wyniku wieloletniego zniekształcenia i ubarwienia obrazu Boju, nie jest jednak chętnie przyjmowana w świadomości i ocenie wielu osób. Taki stan ulega jednak zmianie, głównie dzięki nowszym publikacjom (np. Mokra Działoszyn 1939 autorstwa Tyma i Wesołowskiego), licznym inicjatywom popularyzatorskim (np. wykłady w naszym częstochowskim oddziale IPN), czy dzięki amatorskim artykułom i postom pasjonatów, którzy konfrontując liczne publikacje szukają prawdy. Pozwolę sobie zatem przejść do rzeczy, a mianowicie do mojego – mam nadzieję – prostego opisu wydarzeń sprzed 86 lat.
Ocena znaczenia boju pod Mokrą przez wiele dekad kształtowana była nie tylko przez wyniki badań historycznych, ale również przez „politykę pamięci”. W okresie PRL-u intensywnie promowano narrację eksponującą polskie sukcesy, czego efektem było powielanie w literaturze informacji m.in. o rzekomo bardzo wysokich stratach niemieckich oraz o spektakularnym zwycięstwie polskich oddziałów, co miało wzmacniać patriotyczny przekaz. Wspomnienia uczestników, często powstające wiele lat po wydarzeniach, również niekiedy przyczyniały się do utrwalenia uproszczonego, częstokroć heroizującego obrazu starcia. Taki obraz przedstawiany jest częstokroć do dziś m.in. w książkach, artykułach (o zgrozo nawet tych „naukowych”), czy programach telewizyjnych.
Współczesna historiografia, oparta na konfrontacji relacji żołnierzy, polskich meldunków bojowych oraz dokumentacji niemieckiej, podkreśla konieczność krytycznego podejścia do utrwalonego w zbiorowej świadomości mitu Mokrej. Analiza źródłowa wskazuje, że choć polskie oddziały nie odniosły klasycznego taktycznego zwycięstwa, to ich działanie miało istotne znaczenie operacyjne – spowolniło bowiem marsz niemieckiej dywizji. Właśnie ten realny, a nie mitologizowany obraz boju — pokazujący zarówno bohaterstwo, jak i trudne uwarunkowania — stanowi dziś najbardziej wartościową perspektywę, pozwalającą lepiej zrozumieć charakter polskiego oporu we wrześniu 1939 r.
Wiedza ta, w wyniku wieloletniego zniekształcenia i ubarwienia obrazu Boju, nie jest jednak chętnie przyjmowana w świadomości i ocenie wielu osób. Taki stan ulega jednak zmianie, głównie dzięki nowszym publikacjom (np. Mokra Działoszyn 1939 autorstwa Tyma i Wesołowskiego), licznym inicjatywom popularyzatorskim (np. wykłady w naszym częstochowskim oddziale IPN), czy dzięki amatorskim artykułom i postom pasjonatów, którzy konfrontując liczne publikacje szukają prawdy. Pozwolę sobie zatem przejść do rzeczy, a mianowicie do mojego – mam nadzieję – prostego opisu wydarzeń sprzed 86 lat.
Była noc z 13 na 14 sierpnia 1939 r., kiedy rozpoczęła się mobilizacja Wołyńskiej Brygady Kawalerii (dalej WBK), którą od czerwca 1939 r. dowodził pułkownik dyplomowany Julian Filipowicz. W jej skład wchodziły organicznie trzy pułki: 19. Pułk Ułanów Wołyńskich (dowódca ppłk. dypl. Józef Pętkowski), 21. Pułk Ułanów Nadwiślańskich (ppłk. Kazimierz Suski de Rostwo), 2. Pułk Strzelców Konnych (od 22 sierpnia ppłk. Józef Mularczyk). Ponadto w jej składzie znajdowały się także: 2. Dywizjon Artylerii Konnej (ppłk. Jan Olimpiusz Kamiński), Szwadron Kolarzy nr 4, a także Szwadron Pionierów nr 8 (rtm. Władysław Bajkowski). W momencie mobilizacji do jej składu przydzielono również: 21 dywizjon pancerny (mjr Stanisław Gliński), 11 Batalion Strzelców Pieszych (ppłk. Władysław Warchoł), 82 Baterie Artylerii Przeciwlotniczej (ppor. Józef Johołkowski). Jako „jednostka osłonowa” na mobilizację przeznaczone były tylko 42 godziny, których jednak w pełni nie wykorzystano i tak już po południu 15 sierpnia Brygada osiągnęła pełną gotowość. Sprawność ta spowodowana była składem osobowym, który oparty był w dużej mierze na rezerwistach z Wołynia, którzy mieli tym samym blisko do miejscowości garnizonowych (co ciekawe około 40% rezerwistów stanowili Ukraińcy).
Po otrzymaniu rozkazów cały skład WBK załadowano do wagonów, z których oddziały wysiadły dopiero na północ od Częstochowy na stacji Radomsko (pojawia się też nazwa stacji Kłomnice), z którego każdy pułk i dywizjon rozmieszczano w innych miejscowościach. Brygada weszła w skład Armii „Łódź”, która pod dowództwem gen. dyw. Juliusza Rómmla miała – jak się okazało – przyjąć na siebie uderzenie znacznych sił. Po przybyciu na miejsce w kolejnych dniach Brygada była zasilana przez nowe przydzielane oddziały: 12. Pułk Ułanów Podolskich (ppłk. Andrzej Kuczek), IV Batalion 84. Pułku Strzelców Poleskich z 30 Dywizji Piechoty (mjr. Wacław Sokol), batalion karabinów maszynowych, pociąg pancerny nr 53 „Śmiały” (kpt. Mieczysław Malinowski), II pluton 66 eskadry obserwacyjnej (kpt. obs. Leonid Rochowski).
Zadaniem Brygady było obsadzenie newralgicznego wyłomu na styku Armii „Łódź” i Armii „Kraków”, Było to zadanie wyjątkowo trudne, bowiem „zdawano sobie sprawę z tego, że wróg zdaje sobie sprawę”, że miejsce to jest słabo bronione, co prosi się wręcz o wejście tędy znacznych sił. I tak, jako Brygada, na którą nałożono trudne zadanie, była ona w ostatnich dnia sierpnia wizytowana przez dowódcę Armii „Łódź” gen. Rómmla, który jednak – po uprzednim przedefilowaniu przed nim sił WBK – stanowczo zarządził maksymalną ostrożność i dyskrecję, by obecność Brygady nie została wykryta przez Niemców... tylko że ci już o niej wiedzieli, o czym poinformowali w komunikacie radiowym nadawanym z Wrocławia (Breslau)…
Brygada sąsiadując z 30. Dywizją Piechoty w okolicach Działoszyna po prawej i 7. Dywizję Piechoty przy Częstochowie po swojej lewej, miała utrzymywać z nimi stałą łączność i uniemożliwiać wejście na ich tyły. W tym też celu, w dniu 30 sierpnia WBK otrzymała rozkaz udania się w rejon miejscowości Miedźno-Ostrowy, co jednak miało zostać wykonane po zmroku, by nie rzucać się w oczy Niemcom, którzy dalej mieli być przekonani o obecności WBK, ale dopiero w okolicach Warty. Co ciekawe, nocne marsze, jak i zmęczenie żołnierzy nie przeszkodziło w odprawieniu porannych mszy świętych, podczas których polscy ułani modlili się, śpiewając m.in. „Kiedy ranne wstają zorze”. Zadać trzeba przy tym pytanie, czy m.in. niemieccy dywersanci nie usłyszeli śpiewów kilku tysięcy głosów w przygranicznych lasach.
Po otrzymaniu rozkazów cały skład WBK załadowano do wagonów, z których oddziały wysiadły dopiero na północ od Częstochowy na stacji Radomsko (pojawia się też nazwa stacji Kłomnice), z którego każdy pułk i dywizjon rozmieszczano w innych miejscowościach. Brygada weszła w skład Armii „Łódź”, która pod dowództwem gen. dyw. Juliusza Rómmla miała – jak się okazało – przyjąć na siebie uderzenie znacznych sił. Po przybyciu na miejsce w kolejnych dniach Brygada była zasilana przez nowe przydzielane oddziały: 12. Pułk Ułanów Podolskich (ppłk. Andrzej Kuczek), IV Batalion 84. Pułku Strzelców Poleskich z 30 Dywizji Piechoty (mjr. Wacław Sokol), batalion karabinów maszynowych, pociąg pancerny nr 53 „Śmiały” (kpt. Mieczysław Malinowski), II pluton 66 eskadry obserwacyjnej (kpt. obs. Leonid Rochowski).
Zadaniem Brygady było obsadzenie newralgicznego wyłomu na styku Armii „Łódź” i Armii „Kraków”, Było to zadanie wyjątkowo trudne, bowiem „zdawano sobie sprawę z tego, że wróg zdaje sobie sprawę”, że miejsce to jest słabo bronione, co prosi się wręcz o wejście tędy znacznych sił. I tak, jako Brygada, na którą nałożono trudne zadanie, była ona w ostatnich dnia sierpnia wizytowana przez dowódcę Armii „Łódź” gen. Rómmla, który jednak – po uprzednim przedefilowaniu przed nim sił WBK – stanowczo zarządził maksymalną ostrożność i dyskrecję, by obecność Brygady nie została wykryta przez Niemców... tylko że ci już o niej wiedzieli, o czym poinformowali w komunikacie radiowym nadawanym z Wrocławia (Breslau)…
Brygada sąsiadując z 30. Dywizją Piechoty w okolicach Działoszyna po prawej i 7. Dywizję Piechoty przy Częstochowie po swojej lewej, miała utrzymywać z nimi stałą łączność i uniemożliwiać wejście na ich tyły. W tym też celu, w dniu 30 sierpnia WBK otrzymała rozkaz udania się w rejon miejscowości Miedźno-Ostrowy, co jednak miało zostać wykonane po zmroku, by nie rzucać się w oczy Niemcom, którzy dalej mieli być przekonani o obecności WBK, ale dopiero w okolicach Warty. Co ciekawe, nocne marsze, jak i zmęczenie żołnierzy nie przeszkodziło w odprawieniu porannych mszy świętych, podczas których polscy ułani modlili się, śpiewając m.in. „Kiedy ranne wstają zorze”. Zadać trzeba przy tym pytanie, czy m.in. niemieccy dywersanci nie usłyszeli śpiewów kilku tysięcy głosów w przygranicznych lasach.
Było południe dnia 31 sierpnia, kiedy miała miejsce odprawa dowódców oddziałów WBK, podczas której przekazane zostały dokładne zadania nakazujące skierowanie się na nowe pozycje, które wedle przekazów przydzielono następująco:
- 21. p. uł. miał rozpoznawać na Krzepice i bronić zachodniego skraju Grodziska oraz przerwy leśnej na wschód od Wilkowiecka.
- IV batalion 84. pp. miał obsadzić południowo-zachodni skraj lasu Kłobuck i wspierać pozycje 21 pułku.
- 2. DAK obsadzony na polanie Mokra miał wspierać ogniem swych 75 mm dział pozycje 21 pułku i IV batalionu.
- Pociąg pancerny nr 53 „Śmiały”– patrolowanie odcinka od Miedźna do Kłobucka i wsparcie oddziałów Brygady.
- 19. p.uł. miał stanąć w rejonie Kamieńszczyzna-Leszczyny, skąd dozorować linię rzeki Liswarty na odcinku Danków-Zawady. Utrzymanie łączności z 30 DP.
- 12. p.uł. oraz 21 dyon pancerny jako odwód w rejonie Miedźna. 2 pułk strzelców konnych w rejonie Kołaczkowic.
Posiadając przydzielone zadania, poszczególne oddziały ruszyły w stronę nowych pozycji, które osiągano jednak nieraz dopiero w nocy z 31 na 1 września. Doprowadziło to m.in. do słabego przygotowania pozycji obronnych i dużego zmęczenia ludzi i koni. Na prawym skrzydle, na podejściach do Zawad wzdłuż rzeki Liswarty, rozwinął się 19. Pułk Ułanów siłami swych czterech szwadronów. Centralnie, na zachodniej ścianie lasu Nadleśnictwa Grodzisko oraz w przerwie leśnej na linii Wilkowiecko – Mokra III, rozwinięto 21. Pułk Ułanów, także siłami czterech szwadronów, później wzmocniony dodatkowo jednym szwadronem z 12. Pułku Ułanów (rozmieszczono go jako odwód w zabudowaniach Mokra III). Na południe od tych pozycji, w oparciu o południowo-zachodni skraj lasów, flankują co do szosy na Kłobuck, swe pozycje zajęły natomiast kompanie z IV batalionu 84. pułku piechoty. Na polanie Mokra, celem wsparcia 21. Pułki Ułanów i batalionu 84. Pułku Piechoty, pozycje ogniowe zajęło 12 armat 2. dak (1. bateria – Mokra II, 2. bateria – droga do przepustu kolejowego za Mokrą II, 3. bateria – wschodni skraj Mokrej III). Odwody brygady znajdowały się na tyłach 21. Pułku Ułanów, na wschodnim krańcu lasu, za linią kolejową, nieopodal wsi Miedźno i Kołaczkowice.
Celem rozpoznania sytuacji na przedpolu – granica państwa od zasadniczej pozycji brygady oddalona była bowiem tylko o 18 km – 21. Pułk Ułanów otrzymał zadanie wysłania podjazdów w kierunku zachodnim, w tym w rejon miasteczka Krzepice i wsi Starokrzepice. Zadanie to zrealizował pluton z 1. szwadronu. Jednocześnie poszczególne szwadrony obu pułków jazdy w pierwszym rzucie, z racji szerokich pasów odpowiedzialności, zajmowały swe pozycje w rozproszeniu, rozrzucone na dużej przestrzeni, mając ze sobą jedynie ewentualny kontakt ogniowy. Samej szosy prowadzącej przez Wilkowiecko ku Mokrej III, która była bramą do wielkiej leśnej polany, bronił tylko 4. szwadron 21. Pułku, wzmocniony plutonem ckm i trzema armatami ppanc, mający na prawym, północnym skrzydle wsparcie ogniowe jeszcze 2. szwadronu, także wzmocnionego plutonem ckm. Ostatnia armata ppanc pułku zajęła stanowiska przy 3. szwadronie i dwóch plutonach z 1. Szwadronu (miały one wedle rozkazu obsadzić wzgórze w Rębielicach Królewskich, co jednak finalnie uległo zmianie z nieznanych i nieudokumentowanych powodów), na północ od wjazdu na polanę, na północny-wschód od wsi Opatów na Wzgórzu Opatowskim. Szwadron ten wysunięty był przed linie własne najbardziej na zachód. Bardziej zwartą obronę zajmował natomiast na południu IV/84 batalion.
- 21. p. uł. miał rozpoznawać na Krzepice i bronić zachodniego skraju Grodziska oraz przerwy leśnej na wschód od Wilkowiecka.
- IV batalion 84. pp. miał obsadzić południowo-zachodni skraj lasu Kłobuck i wspierać pozycje 21 pułku.
- 2. DAK obsadzony na polanie Mokra miał wspierać ogniem swych 75 mm dział pozycje 21 pułku i IV batalionu.
- Pociąg pancerny nr 53 „Śmiały”– patrolowanie odcinka od Miedźna do Kłobucka i wsparcie oddziałów Brygady.
- 19. p.uł. miał stanąć w rejonie Kamieńszczyzna-Leszczyny, skąd dozorować linię rzeki Liswarty na odcinku Danków-Zawady. Utrzymanie łączności z 30 DP.
- 12. p.uł. oraz 21 dyon pancerny jako odwód w rejonie Miedźna. 2 pułk strzelców konnych w rejonie Kołaczkowic.
Posiadając przydzielone zadania, poszczególne oddziały ruszyły w stronę nowych pozycji, które osiągano jednak nieraz dopiero w nocy z 31 na 1 września. Doprowadziło to m.in. do słabego przygotowania pozycji obronnych i dużego zmęczenia ludzi i koni. Na prawym skrzydle, na podejściach do Zawad wzdłuż rzeki Liswarty, rozwinął się 19. Pułk Ułanów siłami swych czterech szwadronów. Centralnie, na zachodniej ścianie lasu Nadleśnictwa Grodzisko oraz w przerwie leśnej na linii Wilkowiecko – Mokra III, rozwinięto 21. Pułk Ułanów, także siłami czterech szwadronów, później wzmocniony dodatkowo jednym szwadronem z 12. Pułku Ułanów (rozmieszczono go jako odwód w zabudowaniach Mokra III). Na południe od tych pozycji, w oparciu o południowo-zachodni skraj lasów, flankują co do szosy na Kłobuck, swe pozycje zajęły natomiast kompanie z IV batalionu 84. pułku piechoty. Na polanie Mokra, celem wsparcia 21. Pułki Ułanów i batalionu 84. Pułku Piechoty, pozycje ogniowe zajęło 12 armat 2. dak (1. bateria – Mokra II, 2. bateria – droga do przepustu kolejowego za Mokrą II, 3. bateria – wschodni skraj Mokrej III). Odwody brygady znajdowały się na tyłach 21. Pułku Ułanów, na wschodnim krańcu lasu, za linią kolejową, nieopodal wsi Miedźno i Kołaczkowice.
Celem rozpoznania sytuacji na przedpolu – granica państwa od zasadniczej pozycji brygady oddalona była bowiem tylko o 18 km – 21. Pułk Ułanów otrzymał zadanie wysłania podjazdów w kierunku zachodnim, w tym w rejon miasteczka Krzepice i wsi Starokrzepice. Zadanie to zrealizował pluton z 1. szwadronu. Jednocześnie poszczególne szwadrony obu pułków jazdy w pierwszym rzucie, z racji szerokich pasów odpowiedzialności, zajmowały swe pozycje w rozproszeniu, rozrzucone na dużej przestrzeni, mając ze sobą jedynie ewentualny kontakt ogniowy. Samej szosy prowadzącej przez Wilkowiecko ku Mokrej III, która była bramą do wielkiej leśnej polany, bronił tylko 4. szwadron 21. Pułku, wzmocniony plutonem ckm i trzema armatami ppanc, mający na prawym, północnym skrzydle wsparcie ogniowe jeszcze 2. szwadronu, także wzmocnionego plutonem ckm. Ostatnia armata ppanc pułku zajęła stanowiska przy 3. szwadronie i dwóch plutonach z 1. Szwadronu (miały one wedle rozkazu obsadzić wzgórze w Rębielicach Królewskich, co jednak finalnie uległo zmianie z nieznanych i nieudokumentowanych powodów), na północ od wjazdu na polanę, na północny-wschód od wsi Opatów na Wzgórzu Opatowskim. Szwadron ten wysunięty był przed linie własne najbardziej na zachód. Bardziej zwartą obronę zajmował natomiast na południu IV/84 batalion.
Tymczasem, w lasach po drugiej stronie granicy, do ataku przygotowywały się już oddziały wchodzące w skład dowodzonego przez gen. kawalerii Ericha Hoepnera XVI Korpusu Armijnego, który to zaś był częścią 10. Armii, którą dowodził gen. art. Walter von Reichenau. Skład XVI KA wyglądał zaś następująco: 1. Dywizja Pancerna, 4. Dywizja Pancerna (zastąpiła ona wstępnie przydzieloną 3. Dywizję Lekką), 14. Dywizja Piechoty, oraz 31. Dywizja Piechoty. Ponadto dla wsparcia XVI KA przydzielono również cztery dywizjony artylerii z kilku pułków (łącznie 48 dział różnego kalibru), jeden dywizjon artylerii plot., eskadrę rozpoznawczą 2(H)/41, co zaś dodatkowo było wspierane przez specjalny związek taktyczny Luftwaffe, który dowodzony przez gen. mjr Wolframa von Richthofena posiadał m.in. bombowce Ju 87 Stuka (tzw. sztukasy), czy HS 123. Wszystkie te siły zostały podzielone pomiędzy dwa odcinki uderzeń, gdzie siły podporządkowane 1. DP miała nacierać w kierunku na Panki, zaś 4. DP na Krzepice, by dalej kierować się w stronę Częstochowy i Radomska.
Była 3:30, kiedy patrol kompanii Obrony Narodowej „Kłobuck” przejeżdżał przez miejscowość Podłęże Królewskie i do którego przekraczające granicę pierwsze niemieckie jednostki rozpoznawcze otworzyły ogień (warto się przy tym zatrzymać, bowiem wychodzi na to, że to jednak nie Westerplatte z godziną 4:45, wcześniejszy Tczew, czy Wieluń, ale właśnie Podłęże Królewskie pod Krzepicami, było miejscem, w którym rozpoczęła się II wojna światowa). Do polskich żołnierzy oddane zostały pierwsze strzały, jednak to 4:30 była momentem początku pełnej inwazji. To właśnie wtedy rozpoczął się zmasowany ostrzał artyleryjski bezbronnych Krzepic, po którym nadleciały bombowce, zrzucając dziesiątki bomb, które burzyły i podpalały kolejne zabudowania. W ciągu kilkunastu minut małe miasteczko zamieniło się w płonące rumowisko, z dziesiątkami ofiar wśród cywili. Wszystko to obserwował ppor. Józef Berezowski z 1 szwadronu 21 pułku ułanów, który ze swym podjazdem był pod Starokrzepicami. To właśnie on był świadkiem przekraczania granic pierwszych oddziałów wroga z 4. Dywizji Pancernej gen. Georga-Hansa Reinhardta (siłę pancerną dywizji stanowiła 5 Brygada Pancerna, w skład której wchodziły dwa pułki pancerne (panzer regiment) 35 i 36, w których łącznie były 357 czołgi). Nadjeżdżające motocykle od razu nakryte zostały ogniem ckm-ów z taczanek, jednak w obliczu znacznej przewagi ppor. Berezowski zadecydował o wycofaniu się wraz ze swym podjazdem. Granicę przekraczały motocykle, ciężarówki, czołgi i pojazdy opancerzone, które szybko ruszyły ku przeprawom na rzece Liswarta, które jednak w porę zostały wysadzone w powietrze przez polskich saperów z 7 Dywizji Piechoty. Wielka machina zatrzymała się tak szybko jak ruszyła. Na korzyść Niemców lato 1939 r. było wyjątkowo upalne, przez co poziom wód był niski, dzięki czemu rzekę mimo braku bliskich brodów mogły przekroczyć czołgi. Reszta oddziałów musiała czekać na zbudowanie przepraw, ale w tym czasie dziesiątki czołgów ruszyło do przodu. Pierwsze z żołnierzami na kadłubach dotarły do Krzepic, w których broniły się młode chłopaki (w większości 17-20 lat) z 3 Kompanii ON „Krzepice” – wchodzącej w skład Batalionu ON „Kłobuck”. Po krótkiej walce – ze stratami sięgającymi 50% stanu – polscy obrońcy pod naporem nieprzyjaciela opuścili zrujnowane w około 15-20% miasteczko. Była mniej więcej godz. 7:30.
Była 3:30, kiedy patrol kompanii Obrony Narodowej „Kłobuck” przejeżdżał przez miejscowość Podłęże Królewskie i do którego przekraczające granicę pierwsze niemieckie jednostki rozpoznawcze otworzyły ogień (warto się przy tym zatrzymać, bowiem wychodzi na to, że to jednak nie Westerplatte z godziną 4:45, wcześniejszy Tczew, czy Wieluń, ale właśnie Podłęże Królewskie pod Krzepicami, było miejscem, w którym rozpoczęła się II wojna światowa). Do polskich żołnierzy oddane zostały pierwsze strzały, jednak to 4:30 była momentem początku pełnej inwazji. To właśnie wtedy rozpoczął się zmasowany ostrzał artyleryjski bezbronnych Krzepic, po którym nadleciały bombowce, zrzucając dziesiątki bomb, które burzyły i podpalały kolejne zabudowania. W ciągu kilkunastu minut małe miasteczko zamieniło się w płonące rumowisko, z dziesiątkami ofiar wśród cywili. Wszystko to obserwował ppor. Józef Berezowski z 1 szwadronu 21 pułku ułanów, który ze swym podjazdem był pod Starokrzepicami. To właśnie on był świadkiem przekraczania granic pierwszych oddziałów wroga z 4. Dywizji Pancernej gen. Georga-Hansa Reinhardta (siłę pancerną dywizji stanowiła 5 Brygada Pancerna, w skład której wchodziły dwa pułki pancerne (panzer regiment) 35 i 36, w których łącznie były 357 czołgi). Nadjeżdżające motocykle od razu nakryte zostały ogniem ckm-ów z taczanek, jednak w obliczu znacznej przewagi ppor. Berezowski zadecydował o wycofaniu się wraz ze swym podjazdem. Granicę przekraczały motocykle, ciężarówki, czołgi i pojazdy opancerzone, które szybko ruszyły ku przeprawom na rzece Liswarta, które jednak w porę zostały wysadzone w powietrze przez polskich saperów z 7 Dywizji Piechoty. Wielka machina zatrzymała się tak szybko jak ruszyła. Na korzyść Niemców lato 1939 r. było wyjątkowo upalne, przez co poziom wód był niski, dzięki czemu rzekę mimo braku bliskich brodów mogły przekroczyć czołgi. Reszta oddziałów musiała czekać na zbudowanie przepraw, ale w tym czasie dziesiątki czołgów ruszyło do przodu. Pierwsze z żołnierzami na kadłubach dotarły do Krzepic, w których broniły się młode chłopaki (w większości 17-20 lat) z 3 Kompanii ON „Krzepice” – wchodzącej w skład Batalionu ON „Kłobuck”. Po krótkiej walce – ze stratami sięgającymi 50% stanu – polscy obrońcy pod naporem nieprzyjaciela opuścili zrujnowane w około 15-20% miasteczko. Była mniej więcej godz. 7:30.
W czasie, gdy Niemiecki atak przetaczał się przez Krzepice, rozpoczęły się również walki w sąsiednich miejscowościach, jednak gros sił ruszył szosą w kierunku miasta Kłobucka i prowadzącą dalej do Częstochowy. Droga ta jednak nie była łatwa, ponieważ po drodze niemieckie oddziały napotykały koleje przeszkody w postaci wysadzonych mostów i innych zapór. W tym czasie w stronę pozycji oddziałów WBK zmierzała już stale rosnąca fala uciekających ludzi, którzy pieszo, na koniach i furmankach taszczyli ze sobą dobytek i prowadzili żywy inwentarz. Za sobą zostawiali swój cały dobytek, nie wiedząc przy tym, czy będzie w ogóle do czego wracać. Wydarzenia tragiczne dla zwykłych ludzi, którzy uciekając kolumnami przed agresorem, byli niejednokrotnie ostrzeliwani przez panujące w powietrzu samoloty Luftwaffe. Tak wspominał te wydarzenia jeden z mieszkańców Opatowa:
„Ludność cywilna w pośpiechu wypędzała z zagród inwentarz żywy, konie, krowy i z naładowanymi wozami dobytku uciekała wszystkimi drogami w głąb kraju. Ja również załadowałem na wóz brata, pewną ilość żywności, mąki, kaszy i innych produktów. Sam zaś z żoną i dwuletnią córką uciekaliśmy rowerem przez Wilkowiecko i Mokre w kierunku wsi Łobodno. Gdy byliśmy tuż za Kłobuckiem widać było za nami w Mokrej, w stronę Miedźna, jak rozgorzała pierwsza wielka bitwa podjęta przez Polaków z armią hitlerowską. (…) Był to widok gorejącego piekła. Huk eksplodujących bomb i pocisków artyleryjskich był niemal ciągły, wydawało się, że trwa to bez końca. Ogień i smoliste chmury dymu zasłaniały pogodne niebo, a słońce miało teraz kształt czerwonego krążka. Uciekaliśmy zatłoczonymi przez ludzi i inwentarz drogami po jednej stronie, zaś po drugiej stronie szło w szyku bojowym polskie wojsko. (…) Samoloty niemieckie, co chwila przelatywały nad nami i obniżając się ostrzeliwały z karabinów maszynowych wojsko i ludność cywilną. W takich wypadkach ludzie, maskując się kryli gdzie tylko się dało.”
Tragiczniejszy los czekał jednak tych, którzy pozostali, bądź nie zdążyli uciec. Niemiecki najeźdźca, rozpoczynając wojnę totalną, nie oszczędzał bezbronnych, bowiem miały już wtedy miejsce pierwsze masowe mordy polskiej ludności cywilnej. Najtragiczniejsze wydarzenia dotknęły przygraniczne Parzymiechy i Zimnowodę, gdzie Niemcy wymordowali ponad 100 osób, przy czym hitlerowscy zbrodniarze nie oszczędzali również kobiet i dzieci. Mordy te spowodowane były m.in. rozpętaną przez dowództwo w oddziałach niemieckich psychozą wkroczenia na obcy teren, gdzie oprócz wojsk nieprzyjaciela żołnierze Wermachtu spodziewać się mieli działań partyzanckich ze strony również zwykłej ludności cywilnej… To wszystko doprowadziło do strzelania do bezbronnych osób, w których agresorzy widzieli potencjalnych partyzantów, a przynajmniej tak to tłumaczono…
Niemieckie czołgi z 4. Dywizji, a dokładniej z I batalionu 36. pr., kierowały się dalej na wschód, by natrafić na kolejną przeszkodę w postaci wysadzonego mostu na rzece Opatówka (m.in. na mapach google nazwana błędnie jako „Gumianka”, lub „Górnianka”) w miejscowości Opatów. Szybkie przekroczenie jej było uniemożliwione podmokłymi łąkami po obydwu stronach szosy, co znów zatrzymało całą kolumnę zmierzającą na Kłobuck. Dziś ciężko jest sobie wyobrazić taką możliwość patrząc na płytką i wąską rzeczułkę. W tamtym czasie Opatówka wiła się jednak licznymi „odnogami”, łąki w bliskim jej sąsiedztwie były małymi grzęzawiskami, co tylko wzmagało się czym dalej w stronę Witocina, na którego końcu znajdował się młyn wodny, który był główną przyczyną spiętrzenia wody. Przeprawa na szosie była jednak szybko przez Niemców naprawiana przy wykorzystaniu wrót z okolicznych stodół.
„Ludność cywilna w pośpiechu wypędzała z zagród inwentarz żywy, konie, krowy i z naładowanymi wozami dobytku uciekała wszystkimi drogami w głąb kraju. Ja również załadowałem na wóz brata, pewną ilość żywności, mąki, kaszy i innych produktów. Sam zaś z żoną i dwuletnią córką uciekaliśmy rowerem przez Wilkowiecko i Mokre w kierunku wsi Łobodno. Gdy byliśmy tuż za Kłobuckiem widać było za nami w Mokrej, w stronę Miedźna, jak rozgorzała pierwsza wielka bitwa podjęta przez Polaków z armią hitlerowską. (…) Był to widok gorejącego piekła. Huk eksplodujących bomb i pocisków artyleryjskich był niemal ciągły, wydawało się, że trwa to bez końca. Ogień i smoliste chmury dymu zasłaniały pogodne niebo, a słońce miało teraz kształt czerwonego krążka. Uciekaliśmy zatłoczonymi przez ludzi i inwentarz drogami po jednej stronie, zaś po drugiej stronie szło w szyku bojowym polskie wojsko. (…) Samoloty niemieckie, co chwila przelatywały nad nami i obniżając się ostrzeliwały z karabinów maszynowych wojsko i ludność cywilną. W takich wypadkach ludzie, maskując się kryli gdzie tylko się dało.”
Tragiczniejszy los czekał jednak tych, którzy pozostali, bądź nie zdążyli uciec. Niemiecki najeźdźca, rozpoczynając wojnę totalną, nie oszczędzał bezbronnych, bowiem miały już wtedy miejsce pierwsze masowe mordy polskiej ludności cywilnej. Najtragiczniejsze wydarzenia dotknęły przygraniczne Parzymiechy i Zimnowodę, gdzie Niemcy wymordowali ponad 100 osób, przy czym hitlerowscy zbrodniarze nie oszczędzali również kobiet i dzieci. Mordy te spowodowane były m.in. rozpętaną przez dowództwo w oddziałach niemieckich psychozą wkroczenia na obcy teren, gdzie oprócz wojsk nieprzyjaciela żołnierze Wermachtu spodziewać się mieli działań partyzanckich ze strony również zwykłej ludności cywilnej… To wszystko doprowadziło do strzelania do bezbronnych osób, w których agresorzy widzieli potencjalnych partyzantów, a przynajmniej tak to tłumaczono…
Niemieckie czołgi z 4. Dywizji, a dokładniej z I batalionu 36. pr., kierowały się dalej na wschód, by natrafić na kolejną przeszkodę w postaci wysadzonego mostu na rzece Opatówka (m.in. na mapach google nazwana błędnie jako „Gumianka”, lub „Górnianka”) w miejscowości Opatów. Szybkie przekroczenie jej było uniemożliwione podmokłymi łąkami po obydwu stronach szosy, co znów zatrzymało całą kolumnę zmierzającą na Kłobuck. Dziś ciężko jest sobie wyobrazić taką możliwość patrząc na płytką i wąską rzeczułkę. W tamtym czasie Opatówka wiła się jednak licznymi „odnogami”, łąki w bliskim jej sąsiedztwie były małymi grzęzawiskami, co tylko wzmagało się czym dalej w stronę Witocina, na którego końcu znajdował się młyn wodny, który był główną przyczyną spiętrzenia wody. Przeprawa na szosie była jednak szybko przez Niemców naprawiana przy wykorzystaniu wrót z okolicznych stodół.
W tym czasie, gdy główne siły utknęły na drodze Krzepice-Kłobuck, część czołgów ruszyła od strony Krzepic przez miejscowość Iwanowice Duże, by następnie skierować się przez środek Opatowa dalej na wieś Wilkowiecko, co jednak szybko zostało uniemożliwione, przez jedną z polskich placówek na wzgórzu 263 zwanym Górą Opatowską, na którym swój posterunek miał 3 szwadron i dwa plutony z 1 szwadronu 21 pułku ułanów, którymi dowodził rtm. Bolesław Deszert. Jadącą kolumnę rozpoznawczą niemieckich czołgów trafił skuteczny ostrzał ze znajdującego się na wzniesieniu działka 37 mm Bofors (najpewniej znajdowało się około 30-40 metrów na południe od największej skałki), czego efektem było unieruchomienie jednego czołgu – pierwszego podczas II wojny światowej. Niemcy musieli się wycofać holując uszkodzony pojazd, a już chwilę potem na odsłonięte wzgórze spadły pierwsze bomby.
Trzeba przy tej okazji wspomnieć o tym, jak w rzeczywistości walczyli ułani. Do dziś często powiela się bowiem stereotyp polskich ułanów, którzy z szablami w dłoniach mieli atakować niemieckie jednostki, co jednak poza kilkoma epizodami w trakcie całej Kampanii Polskiej (co często nie było zamierzone, tylko było efektem przypadku), nie miało praktycznie miejsca. Faktem jest, że polscy ułani do walki ulegali „spieszeniu” i walczyli jak zwyczajny oddział piechoty. Konie ułanom służyły głównie do sprawnego przemieszkania się, często w trudnych warunkach terenowych. W momencie spieszenia oddziału, konie zabierane były przez tzw. koniowodnych, na których – zależnie od decyzji dowódcy – przypadały 2-3 konie. Znajdujące się w bezpiecznej odległości zwierzęta, w razie potrzeby miały zostać przez koniowodnych szybko przyprowadzane, by przemieścić się w inne miejsce. Oddziały ułanów nie walczyły też tylko przy użyciu karabinków, szabel i stereotypowych lanc (te służyły tylko na paradach), bowiem na ich wyposażenie składało się odpowiednie uzbrojenie, które nie miało utrudniać ich mobilności. I tak, typowy pułk ułanów wyposażony był w: 450 karabinki, 20 rkm-y, 12 ckm-y, 16 karabiny ppanc., 4 działa ppanc. 37 mm. (czyli wypadało po jednym na szwadron).
Powróćmy jednak na szosę prowadzącą w kierunku Częstochowy. Było trochę po godzinie 8:00 rano, gdy nastąpić miało również uderzenie na pozycję IV Batalionu z 84. Pułku Strzelców Poleskich, którzy obsadzali lasy w okolicach Brodów Malina i wzgórze 252, z którego mieli widok na miejscowość Waleńczów. Obrońcy najpierw odgonić mieli nieśmiało poruszające się niemieckie patrole, by następnie ogniem swych, jak i dział 2. DAK-u, odeprzeć natarcie czołgów (dzisiejsze badania zaprzeczają jednak takiemu wydarzeniu). Niemcy zatrzymani na północ przez obsadę wzgórza 263, a teraz niżej na południe za Waleńczowem, postanowili uderzyć pomiędzy rozpoznanymi placówkami, kierując się tym samym nieświadomie na główne pozycje WBK w przerwie leśnej prowadzącej na polanę, na której znajdowały się miejscowości Mokra I, Mokra II i Mokra III.
Wyprowadzony atak w sile ok. 20 maszyn 36. pr. natrafił na opór 2 i 4 szwadronu z 21. pułku ułanów, które wsparte wstrzelanymi w teren działami 2. DAK-u, z łatwością odparły lekkie czołgi 4. Dywizji Pancernej, z których kilka miało pozostać unieruchomionych na przedpolu (podawane są różne liczby od 5 do 13). To pierwsze zwycięstwo, które ze strony polskiej było natarciem, w rzeczywistości było tylko rozpoznaniem terenu, po którym nadszedł czas bombardowań przez bombowce Henschel Hs 123, a także ostrzał artyleryjski dokonany m.in. przez haubice 105 mm, które Niemcy podciągnąć mieli pod miejscowość Iwanowice Duże. Celem zmasowanych ataków były rozpoznane placówki, jak te m.in. w Opatowie na wzgórzu 263, czy w przerwie leśnej.
Kolejne części do znalezienia na moim profilu
Trzeba przy tej okazji wspomnieć o tym, jak w rzeczywistości walczyli ułani. Do dziś często powiela się bowiem stereotyp polskich ułanów, którzy z szablami w dłoniach mieli atakować niemieckie jednostki, co jednak poza kilkoma epizodami w trakcie całej Kampanii Polskiej (co często nie było zamierzone, tylko było efektem przypadku), nie miało praktycznie miejsca. Faktem jest, że polscy ułani do walki ulegali „spieszeniu” i walczyli jak zwyczajny oddział piechoty. Konie ułanom służyły głównie do sprawnego przemieszkania się, często w trudnych warunkach terenowych. W momencie spieszenia oddziału, konie zabierane były przez tzw. koniowodnych, na których – zależnie od decyzji dowódcy – przypadały 2-3 konie. Znajdujące się w bezpiecznej odległości zwierzęta, w razie potrzeby miały zostać przez koniowodnych szybko przyprowadzane, by przemieścić się w inne miejsce. Oddziały ułanów nie walczyły też tylko przy użyciu karabinków, szabel i stereotypowych lanc (te służyły tylko na paradach), bowiem na ich wyposażenie składało się odpowiednie uzbrojenie, które nie miało utrudniać ich mobilności. I tak, typowy pułk ułanów wyposażony był w: 450 karabinki, 20 rkm-y, 12 ckm-y, 16 karabiny ppanc., 4 działa ppanc. 37 mm. (czyli wypadało po jednym na szwadron).
Powróćmy jednak na szosę prowadzącą w kierunku Częstochowy. Było trochę po godzinie 8:00 rano, gdy nastąpić miało również uderzenie na pozycję IV Batalionu z 84. Pułku Strzelców Poleskich, którzy obsadzali lasy w okolicach Brodów Malina i wzgórze 252, z którego mieli widok na miejscowość Waleńczów. Obrońcy najpierw odgonić mieli nieśmiało poruszające się niemieckie patrole, by następnie ogniem swych, jak i dział 2. DAK-u, odeprzeć natarcie czołgów (dzisiejsze badania zaprzeczają jednak takiemu wydarzeniu). Niemcy zatrzymani na północ przez obsadę wzgórza 263, a teraz niżej na południe za Waleńczowem, postanowili uderzyć pomiędzy rozpoznanymi placówkami, kierując się tym samym nieświadomie na główne pozycje WBK w przerwie leśnej prowadzącej na polanę, na której znajdowały się miejscowości Mokra I, Mokra II i Mokra III.
Wyprowadzony atak w sile ok. 20 maszyn 36. pr. natrafił na opór 2 i 4 szwadronu z 21. pułku ułanów, które wsparte wstrzelanymi w teren działami 2. DAK-u, z łatwością odparły lekkie czołgi 4. Dywizji Pancernej, z których kilka miało pozostać unieruchomionych na przedpolu (podawane są różne liczby od 5 do 13). To pierwsze zwycięstwo, które ze strony polskiej było natarciem, w rzeczywistości było tylko rozpoznaniem terenu, po którym nadszedł czas bombardowań przez bombowce Henschel Hs 123, a także ostrzał artyleryjski dokonany m.in. przez haubice 105 mm, które Niemcy podciągnąć mieli pod miejscowość Iwanowice Duże. Celem zmasowanych ataków były rozpoznane placówki, jak te m.in. w Opatowie na wzgórzu 263, czy w przerwie leśnej.
Kolejne części do znalezienia na moim profilu
Bibliografia:
Kamiński J., Od konia i armaty do spadochronu, Warszawa 1980.
Kurus A., Czołgi na przedmieściach. 7 Dywizja Piechoty w obronie Częstochowy 1-3 września 1939 roku, Oświęcim 2015.
Pokorny S., Czołgi pod Mokrą, Warszawa 1980.
Polskie siły zbrojne w drugiej wojnie światowej, t. 1: Kampania wrześniowa, Londyn 1962.
Rudy K., Mokra – podwójny mit, „Technika Wojskowa – Historia” 2019, nr 5, s. 4-19.
Rudy K., Jeszcze raz o bitwie pod Mokrą, „Technika Wojskowa – Historia” 2020, nr 1, s. 54-56.
Tym J.S., Mokra – polemika w sprawie mitów, „Technika Wojskowa – Historia” 2020, nr 1, s. 48-53.
Wesołowski A., Tym J.S., Mokra Działoszyn 1939. Działania wielkich jednostek Grupy Operacyjnej „Piotrków” w pierwszych dniach kampanii 1939 roku, Warszawa 2014.
Wilczkowski A., Anatomia Boju. Wołyńska Brygada Kawalerii pod Mokrą 1 września 1939, Łódź 1992.
Wojciechowski J.S., 12 Pułk Ułanów Podolskich, Pruszków 2003.
Wojciechowski J.S., 19 Pułk Ułanów Wołyńskich, Pruszków 2011.
Wojciechowski J.S., 21 Pułk Ułanów Nadwiślańskich, Pruszków 2003.
Zarzycki P., 2 Dywizjon Artylerii Konnej, Pruszków 2000.
Zawilski A., Bitwy polskiego września, Kraków 2019.
Zgórniak M., Europa w przededniu wojny. Sytuacja militarna w latach 1938-1939, Kraków
1993.
Kamiński J., Od konia i armaty do spadochronu, Warszawa 1980.
Kurus A., Czołgi na przedmieściach. 7 Dywizja Piechoty w obronie Częstochowy 1-3 września 1939 roku, Oświęcim 2015.
Pokorny S., Czołgi pod Mokrą, Warszawa 1980.
Polskie siły zbrojne w drugiej wojnie światowej, t. 1: Kampania wrześniowa, Londyn 1962.
Rudy K., Mokra – podwójny mit, „Technika Wojskowa – Historia” 2019, nr 5, s. 4-19.
Rudy K., Jeszcze raz o bitwie pod Mokrą, „Technika Wojskowa – Historia” 2020, nr 1, s. 54-56.
Tym J.S., Mokra – polemika w sprawie mitów, „Technika Wojskowa – Historia” 2020, nr 1, s. 48-53.
Wesołowski A., Tym J.S., Mokra Działoszyn 1939. Działania wielkich jednostek Grupy Operacyjnej „Piotrków” w pierwszych dniach kampanii 1939 roku, Warszawa 2014.
Wilczkowski A., Anatomia Boju. Wołyńska Brygada Kawalerii pod Mokrą 1 września 1939, Łódź 1992.
Wojciechowski J.S., 12 Pułk Ułanów Podolskich, Pruszków 2003.
Wojciechowski J.S., 19 Pułk Ułanów Wołyńskich, Pruszków 2011.
Wojciechowski J.S., 21 Pułk Ułanów Nadwiślańskich, Pruszków 2003.
Zarzycki P., 2 Dywizjon Artylerii Konnej, Pruszków 2000.
Zawilski A., Bitwy polskiego września, Kraków 2019.
Zgórniak M., Europa w przededniu wojny. Sytuacja militarna w latach 1938-1939, Kraków
1993.
Część 1 do znalezienia na moim profilu
I teraz przy tym należy wprowadzić znów kolejną dygresję. Chodzi mianowicie o niemiecką piechotę. Czy atakowała ona wraz z czołgami? Odpowiedź brzmi – nie wszędzie. Wynikało to z tego, że piechota wraz z samochodami transportowymi zatrzymana została na początku na przeprawach przez Liswartę, a także na rzekach Pankówka i Opatówka. Taki stan rzeczy doprowadził, do niebrania przez nią udziału w walkach z WBK we wszystkich miejscach. Z całą pewnością w pierwszych godzinach ataki m.in. na Krzepice, przypuściły czołgi i nieliczna piechota, która przeprawić się mogła na pancerzach pojazdów, jednak taki stan rzeczy nie mógł trwać przez cały czas trwania boju. Oczywiście, jeśli dały radę przeprawić się czołgi, to zrobiły to z czasem również transportery opancerzone, a wraz z budowaniem kolejnych przepraw robiły to kolejne jednostki, w tym samochody i artyleria. Gdzie więc byli ci, którzy przeprawili się przez Liswartę? Mówiąc wprost – stali w korku. Spowodowane było to tym, że wraz z przeprawieniem się kolejnych jednostek z 4. Dywizji Pancernej, z powodu dużego natłoku na szosie, setki pojazdów utykało w zatorach, które wyminąć mogły tylko czołgi, dla których utwardzone drogi nie były niezbędne do kontynuowania dalszego marszu. To wszystko doprowadziło do niemożności wykorzystania oddziałów piechoty w każdym miejscu, co oczywiście nie oznacza, że wszystkie walki 4. DP odbywały się tego dnia bez jej udziału. Przykładem tego, były działania niemieckich oddziałów m.in. okolicach wsi Danków, czy dalej pod Kamieńszczyzną i Leszczynami, gdzie znajdował się polski 19. Pułk Ułanów.
Podczas, gdy Niemcy rozpoczęli swój zakorkowany marsz szosą w kierunku na Kłobuck, a pod Mokrą miały miejsce pierwsze walki ze szwadronami 21. Pułku Ułanów, w tym samym czasie Niemcy posuwali się również w kierunku Dankowa. Nadjeżdżające motocykle z 7 oddziału rozpoznawczego przywitał ogniem pluton TKS-ów, który jednak wycofał się widząc nadciągające transportery opancerzone, a także kilka czołgów, z którymi 3 małe polskie tankietki nie miały większych szans. Samego Dankowa bronił oddział OW „Danków” oraz pluton z 4 szwadronu i pluton kolarzy z 19 Pułku Ułanów. W tym samym czasie ze wsi Iwanowice Duże wyruszył na przełaj przez pola I batalion 12 Pułk Strzelców Zmotoryzowanych, który odciął swym manewrem drogę odwrotu dla cofających się spod Dankowa polskich oddziału, które odrzucone zostały za rzekę Liswartę do Rębielic Szlacheckich, które to zaś znajdowały się już w pasie działań polskiej 30 Dywizji Piechoty. Wszystko to miało miejsce około godziny 10:00.
Wróćmy na szosę Krzepice-Kłobuck i Polanę do czasu bombardowania i ostrzału. Sytuacja spod Dankowa zaalarmowała płk. Filipowicza, a zarazem ostatecznie udowodniła podejrzenie, że nacierający przeciwnik będzie chciał uderzać nie bezpośrednio na Kłobuck, ale kieruje się głównie na pozycje 21 p.uł. Podjęta jest tym samym decyzja o skierowaniu odwodowego 12 p.uł. na wschodni skraj polany Mokra, by ten wsparł swymi siłami obronę, głównie koncentrując się w rejonie przepustu kolejowego. W międzyczasie pozycje ułanów są „obficie” ostrzeliwane i bombardowane, co doprowadza m.in. do strat w koniach, bowiem część bomb zrzucana jest na las Grodzisko, w którym zwierzęta te oczekują na spieszonych ułanów. Była godzina 10:00 (według części polskich źródeł 9:30, a według niemieckich 12:00), gdy rtm. Deszert ze swej skalnej reduty na Wzgórzu Opatowskim zameldował do dowódcy o ponownym większym ruchu niemieckich czołgów – a dokładniej około 30, które ewidentnie przygotowywać się miały do kolejnego uderzenia, na które nie było długo trzeba czekać.
Atak wyprowadzony przez I batalion 36. Panzer Regiment ze wsi Wilkowiecko wjechał na pozycje 4 szwadronu 21 p.uł., by dosłownie się przez nie – mówiąc wprost – przetoczyć. Ułani dowodzeni przez por. Karola Ludwika Kantora, mimo wsparcia uzbrojeniem 2 szwadronu posiadali do obrony jedynie tylko dwa działka 37 mm oraz ok. 6 karabinów wz. 35, przez co nie mieli oni większych szans z kilkudziesięcioma czołgami. Przeciwnik wjechał w zabudowania Mokrej III, a także Mokrej II, uderzając tym samym centralnie na stanowiska 2 DAK-u. Polskie obsługi dział rozpoczęły ostrzał „na wprost”. Zapanował przy tym istny kocioł. Atakujące czołgi poruszały się między płonącymi gęstymi zabudowaniami dwóch wsi, wjeżdżając przy tym pod lufy polskich dział 75 mm, których obsługi broniły się wszystkim, czym tylko miały. Niemcy przy znikomej widoczności prowadzili ostrzał prawie na ślepo, co jednak doprowadzało do stale powiększających się strat wśród ułanów, głównie z 1 baterii 2 DAK-u w Mokrej II, która została osłabiona m.in. w wyniku zniszczenia jednego działa 75 mm. Polacy nie pozostawali jednak dłużni, bowiem wśród zabudowań, jak i na polach w płomieniach, bądź po prostu unieruchomione stawały kolejne nacierające czołgi, co jednak nie zatrzymywało dalszego ich napierania, przez co zagrożone były pozycje również 2 i 3 baterii. W obliczu coraz cięższej sytuacji, do walki przyłącza się w pewnym momencie pociąg pancerny „Śmiały”, który nadjechał od strony stacji Miedźno. Stalowy kolos na szynach otworzył ogień z dwóch haubic 100 mm, oraz dwóch dział 75 mm, co całkowicie załamało niemiecki atak. Pozbawione wsparcia piechoty czołgi, rażone ze wszystkich stron pociskami dział 37 mm, 75 mm, 100 mm, a także karabinów ppanc. wz. 35, ustąpiły, wycofując się w stronę Wilkowiecka.
Atak wyprowadzony przez I batalion 36. Panzer Regiment ze wsi Wilkowiecko wjechał na pozycje 4 szwadronu 21 p.uł., by dosłownie się przez nie – mówiąc wprost – przetoczyć. Ułani dowodzeni przez por. Karola Ludwika Kantora, mimo wsparcia uzbrojeniem 2 szwadronu posiadali do obrony jedynie tylko dwa działka 37 mm oraz ok. 6 karabinów wz. 35, przez co nie mieli oni większych szans z kilkudziesięcioma czołgami. Przeciwnik wjechał w zabudowania Mokrej III, a także Mokrej II, uderzając tym samym centralnie na stanowiska 2 DAK-u. Polskie obsługi dział rozpoczęły ostrzał „na wprost”. Zapanował przy tym istny kocioł. Atakujące czołgi poruszały się między płonącymi gęstymi zabudowaniami dwóch wsi, wjeżdżając przy tym pod lufy polskich dział 75 mm, których obsługi broniły się wszystkim, czym tylko miały. Niemcy przy znikomej widoczności prowadzili ostrzał prawie na ślepo, co jednak doprowadzało do stale powiększających się strat wśród ułanów, głównie z 1 baterii 2 DAK-u w Mokrej II, która została osłabiona m.in. w wyniku zniszczenia jednego działa 75 mm. Polacy nie pozostawali jednak dłużni, bowiem wśród zabudowań, jak i na polach w płomieniach, bądź po prostu unieruchomione stawały kolejne nacierające czołgi, co jednak nie zatrzymywało dalszego ich napierania, przez co zagrożone były pozycje również 2 i 3 baterii. W obliczu coraz cięższej sytuacji, do walki przyłącza się w pewnym momencie pociąg pancerny „Śmiały”, który nadjechał od strony stacji Miedźno. Stalowy kolos na szynach otworzył ogień z dwóch haubic 100 mm, oraz dwóch dział 75 mm, co całkowicie załamało niemiecki atak. Pozbawione wsparcia piechoty czołgi, rażone ze wszystkich stron pociskami dział 37 mm, 75 mm, 100 mm, a także karabinów ppanc. wz. 35, ustąpiły, wycofując się w stronę Wilkowiecka.
W polskich relacjach i wspomnieniach z walk pojawia się epizod dotyczący rzekomego ataku pododdziałów niemieckiego 12. pułku piechoty z 31. Dywizji Piechoty na pozycje IV batalionu 84. pułku strzelców podolskich. Należy jednak zaznaczyć, że analiza dokumentów niemieckich wskazuje, iż 12. pułk piechoty od godziny 7:45 pozostawał unieruchomiony w rejonie Kukowa i nie mógł w tym czasie prowadzić działań zaczepnych na opisywanym odcinku.
Według wspomnień polskich atakowane miały być pozycje IV batalionu 84. psp., na które uderzyć miały pododdziały niemieckiego 12. pułku piechoty. Niemieccy żołnierze mieli dotrzeć w rejon Waleńczowa oraz Brodów-Maliny na ciężarówkach i transporterach opancerzonych, które stały się idealnym celem dla polskich działek przeciwpancernych i karabinów maszynowych. Skuteczny ostrzał nie doprowadził jednak – według tych relacji – do wycofania się przeciwnika, który przypuścił szturm, wdzierając się nawet na pozycje 12. kompanii batalionu. Sytuacja miała przybrać dramatyczny obrót: część polskich żołnierzy nie wytrzymała napięcia, opuszczając okopy i cofając się na tyły, szerząc przy tym alarmistyczne informacje o rzekomym całkowitym przełamaniu obrony batalionu. Wśród uciekających miał znaleźć się m.in. lekarz 12. kompanii. Kryzys został – według relacji – opanowany przez dowódcę kompanii, kpt. S. Radajewicza, który poderwał żołnierzy do kontrataku na bagnety. Natarcie to miało przynieść Niemcom znaczne straty i doprowadzić do ich całkowitego wyparcia z polskich pozycji, a na przedpolu miały pozostać zniszczone ciężarówki oraz ciała poległych żołnierzy niemieckich.
Według wspomnień polskich atakowane miały być pozycje IV batalionu 84. psp., na które uderzyć miały pododdziały niemieckiego 12. pułku piechoty. Niemieccy żołnierze mieli dotrzeć w rejon Waleńczowa oraz Brodów-Maliny na ciężarówkach i transporterach opancerzonych, które stały się idealnym celem dla polskich działek przeciwpancernych i karabinów maszynowych. Skuteczny ostrzał nie doprowadził jednak – według tych relacji – do wycofania się przeciwnika, który przypuścił szturm, wdzierając się nawet na pozycje 12. kompanii batalionu. Sytuacja miała przybrać dramatyczny obrót: część polskich żołnierzy nie wytrzymała napięcia, opuszczając okopy i cofając się na tyły, szerząc przy tym alarmistyczne informacje o rzekomym całkowitym przełamaniu obrony batalionu. Wśród uciekających miał znaleźć się m.in. lekarz 12. kompanii. Kryzys został – według relacji – opanowany przez dowódcę kompanii, kpt. S. Radajewicza, który poderwał żołnierzy do kontrataku na bagnety. Natarcie to miało przynieść Niemcom znaczne straty i doprowadzić do ich całkowitego wyparcia z polskich pozycji, a na przedpolu miały pozostać zniszczone ciężarówki oraz ciała poległych żołnierzy niemieckich.
W czasie, gdy niemiecka artyleria i lotnictwo bombardowało pozycje 21 Pułku Ułanów, na pozycje 19 Pułku wyprowadzone są przez I batalion 12 Pułk Strzelców Zmotoryzowanych dwa natarcia – pierwsze na miejscowość Leszczyna, gdzie stał 2 szwadron 19 p.uł. (dowodzony przez rtm. Jerzego Wiszniowskiego), oraz na miejscowość Kamieńszczyzna, gdzie swoją placówkę miały pozostałe dwa plutony 4 szwadronu 19 p.uł. Oba natarcia zostały skutecznie odparte (Niemcy tracą kilka ciężarówek, a kilka czołgów zostaje uszkodzonych), przy czym pod Kamieńszczyzną dochodzi do polskiego ataku „na bagnety”, co powiększa straty niemieckiej piechoty, która wcześniej została ostrzelana z broni maszynowej. Po tych wydarzeniach, w obawie przed kolejnymi wzmocnionymi natarciami dowódca 4 szwadronu 19 p.uł. por. W. Gumiński podjął decyzję o opuszczeniu swych stanowisk i skierował się do m. Leszczyny, co jednak przy jednoczesnym nieobsadzeniu wzgórza w miejscowości Rębielice Królewskie otwarło drogę dla niemieckich oddziałów, które tym samym mogły udać się w kierunku linii kolejowej i dalej na miejscowość Izbiska i Miedźno, by tym samym wejść na tyły całej Brygady. Było około godziny 12:00, gdy do dowódcy 19 p.uł. doszedł rozkaz od płk. Filipowicza, który nakazywał przejście w kierunku miejscowości Borowa (znajduję się ona w okolicach Miedźna), obsadzając przy tym przejście nad torami kolejowymi w okolicach m. Izbiska. Rozkaz ten był jednak ciężki do zrealizowania, bowiem na drodze Pułku znajdowały się już wdzierające się przez lukę do lasu Grodzisko oddziały niemieckie. Wyjście było tylko jedne, a mianowicie drogę „trzeba było sobie wyrąbać”, a do tego celu wyznaczone były jeszcze niewalczące dotychczas szwadrony 1 i 3, które pod dowództwem rtm. Antoniego Skiby (dowódcy 1 szwadronu), uderzyć miały w szyku konnym. Jako ich ubezpieczenie pozostawiono II pluton ze szwadronu ciężkich karabinów maszynowych 19 Pułku dowodzony przez por. S. Rżanka, który obsadził opuszczane przez ułanów 1 szwadronu przeprawę na Liswarcie w okolicach Popowa. Kilkuset polskich ułanów galopem przejechać musiało około 2 km odcinek po odsłoniętym terenie, by następnie wjechać w las i dosłownie „wpaść” na niczego niespodziewających się Niemców, którzy z racji postoju rozeszli się po lesie. Zapanowała prawdziwa panika, która jednak nie zakończyła się walką, bowiem polscy ułani skupieni byli na przedarciu się ku nowym pozycjom, natomiast Niemcy po prostu w szaleńczym strachu i rozgardiaszu próbowali ratować skórę wskakując do ciężarówek i na motocykle, nie myśląc przy tym o oddawaniu strzałów. Nastąpiła kotłowanina, podczas której agresorzy zaczęli uciekać w kierunku zachodnim, ale i wschodnim, za którymi to podążył 3 szwadron (por. Stanisław Górecki). 1 szwadron pod dowództwem rtm. Skiby po zajęciu znajdującej się w pobliżu torów leśniczówki, rozpoczął walkę w lesie Grodzisko. W międzyczasie 2 i 4 szwadron 19 p.uł. przez wieś Władysławów przemieścił się na nowe pozycje.
Podczas, gdy na prawym skrzydle WBK 19 p.uł. ścierał się z niemieckimi czołgami i piechotą, to na polanie Mokra Niemcy wycofywali się ostrzeliwani przez pociąg i trzy baterie 2 DAK-u. Nastąpiła po tym – od około 11:00 – godzinna przerwa, którą dwie strony wykorzystywały na odbudowanie zdolności bojowej. O ile Niemcy spokojnie przegrupowali siły, zatankowali czołgi, a same załogi miały chwilę wytchnienia, o tyle polscy ułani wzmacniali stanowiska i dostarczali do baterii amunicję pod stałym ogniem niemieckiej artylerii. Sama sytuacja na polanie nie była absolutnie pozytywna – wszystkie baterie 2 DAK-u poniosły pierwsze straty, a 21 p. uł. był mocno skrwawiony.
Podczas, gdy na prawym skrzydle WBK 19 p.uł. ścierał się z niemieckimi czołgami i piechotą, to na polanie Mokra Niemcy wycofywali się ostrzeliwani przez pociąg i trzy baterie 2 DAK-u. Nastąpiła po tym – od około 11:00 – godzinna przerwa, którą dwie strony wykorzystywały na odbudowanie zdolności bojowej. O ile Niemcy spokojnie przegrupowali siły, zatankowali czołgi, a same załogi miały chwilę wytchnienia, o tyle polscy ułani wzmacniali stanowiska i dostarczali do baterii amunicję pod stałym ogniem niemieckiej artylerii. Sama sytuacja na polanie nie była absolutnie pozytywna – wszystkie baterie 2 DAK-u poniosły pierwsze straty, a 21 p. uł. był mocno skrwawiony.
Była około godz. 12:00, gdy nastąpił ponowny ruch niemieckich czołgów, których tym razem zebrano ok. 100. I ponownie, jako pierwsi dostrzegli je ułani ze Wzgórza Opatowskiego (wedle części przekazów rtm. Deszert miał wycofać się już z niego ok. godz. 10:00, czemu zaprzeczają jednak m.in. wspomnienia). W momencie, gdy niemieckie czołgi z 35. Panzer Regiment ruszyły przez Wilkowiecko na pozycje 2 i 4 szwadronu 21. p.uł., do ataku przystąpić również miała nieliczna niemiecka piechota z II batalionu 12 Pułku Strzelców Zmotoryzowanych, których zadaniem było opanowanie „skalnej reduty” ułanów z 3 szwadronu. Polscy żołnierze, mimo posiadania jedynie dwóch ckm-ów zdjętych z taczanek, wspomnianego jednego działka 37 mm oraz kilku rkm-ów, skutecznie nakryli ogniem atakujących piechurów, którzy bez jakiegokolwiek powodzenia próbowali choćby zbliżyć się do pozycji ułanów. Po wycofaniu się Niemców, na Wzgórze spadł ponowny ostrzał, który nie mógł jednak zagrozić ukrytym w licznych wyrobiskach Polakom. Nie widząc sensu dalszego obsadzania pozycji rtm. Deszert podjął decyzję o wycofaniu się. Po wezwaniu koniowodnych wystrzałem z rakietnicy, 3 szwadron i dwa plutony 1 szwadronu wycofały się bez popłochu ze Wzgórza, kierując się przy tym na nową pozycję w rejonie wzniesieniu nr 236, znajdującego się w pobliżu Popowic. Wydarzenie to, tj. atak niemieckiej piechoty na Wzgórze, wzbudza jednak pewne wątpliwości. O ile, według polskich przekazów faktycznie miało ono miejsce, o tyle nie znajduje potwierdzenia w niemieckich dokumentach, według których samo Wzgórze miało być już zdobyte znacznie wcześniej przez czołgi (dokumentom niemieckim przeczą natomiast wspomnienia starszych ludzi, z którymi miałem okazję rozmawiać).
W czasie, gdy atakowana była ostatnia wysunięta placówka WBK w Opatowie, uderzenie spadło na pozycje 4 szwadronu, który dalej bronił wstępu na polanę. Polscy ułani, nie mając absolutnie żadnych szans w starciu z ok. 100 opancerzonymi pojazdami – zapobiegając całkowitemu unicestwieniu – wycofali się do lasów na północ i południe od sowich dotychczasowych pozycji. Trochę na północ, przy wejściu na polanę walczy osłabiony 2 szwadron por. Sobańskiego, który pozbawiony działka próbuje zatrzymać czołgi, strzelając z ckm-ów i rusznic. Pod naporem ulega i on, a tym samym prawie setka czołgów dosłownie wlała się na polanę, ponownie wprost na pozycje 2 DAK-u. Prowadząc ostrzał ze swych 75 mm dział, Polscy ułani utrzymywali swe pozycje. Trafiani i rozrywani pociskami z karabinów i działek czołgów polscy żołnierze konali przy swoich armatach, a ich miejsce zastępowali kolejni. Donoszona z jaszczy amunicja błyskawicznie topniała, jednak na przedpolu każdej z baterii przybywało kolejnych unieruchomionych pojazdów, jednak tych wciąż atakujących było zdecydowanie za dużo. Dodatkowo kolejne czołgi zaczęły wdzierać się na polanę od strony wsi Mokra I, które jednak błyskawicznie powstrzymał celny ogień 1 baterii kpt. Sokołowskiego.
W czasie, gdy atakowana była ostatnia wysunięta placówka WBK w Opatowie, uderzenie spadło na pozycje 4 szwadronu, który dalej bronił wstępu na polanę. Polscy ułani, nie mając absolutnie żadnych szans w starciu z ok. 100 opancerzonymi pojazdami – zapobiegając całkowitemu unicestwieniu – wycofali się do lasów na północ i południe od sowich dotychczasowych pozycji. Trochę na północ, przy wejściu na polanę walczy osłabiony 2 szwadron por. Sobańskiego, który pozbawiony działka próbuje zatrzymać czołgi, strzelając z ckm-ów i rusznic. Pod naporem ulega i on, a tym samym prawie setka czołgów dosłownie wlała się na polanę, ponownie wprost na pozycje 2 DAK-u. Prowadząc ostrzał ze swych 75 mm dział, Polscy ułani utrzymywali swe pozycje. Trafiani i rozrywani pociskami z karabinów i działek czołgów polscy żołnierze konali przy swoich armatach, a ich miejsce zastępowali kolejni. Donoszona z jaszczy amunicja błyskawicznie topniała, jednak na przedpolu każdej z baterii przybywało kolejnych unieruchomionych pojazdów, jednak tych wciąż atakujących było zdecydowanie za dużo. Dodatkowo kolejne czołgi zaczęły wdzierać się na polanę od strony wsi Mokra I, które jednak błyskawicznie powstrzymał celny ogień 1 baterii kpt. Sokołowskiego.
Do ciekawego, a zarazem tragicznego wydarzenia doszło w międzyczasie trochę na północ od wsi Mokra III. W momencie, gdy ostatnie oddziały 21 p.uł. broniły wejścia na polanę, decyzją płk. Filipowicza wysłany został dowodzony przez rtm. Jerzego Hollaka 3 szwadron z 12 p.uł., który dodatkowo wzmocniony plutonem ciężkich karabinów maszynowych i 2 działkami, miał wzmocnić słabnącą obronę. Odsiecz gnających przez pola ułanów była jednak spóźniona, co doprowadziło do krytycznej sytuacji, która stała się zarazem źródłem późniejszej niemieckiej propagandy, która jest powielana złośliwie do dziś. Mianowicie, poruszające się galopem patrole szwadronu wpadły centralnie na wyjeżdżające z zabudowań Mokrej III niemieckie czołgi, co wyglądać mogło na szarże, czym jednak w istocie nie było. Konie przemieszały się z czołgami, które natychmiast otwarły ogień. Postrzelone konie zwalały się z kwikiem na ziemię, a wraz z nimi ułani, którzy ginęli od kul i pod gąsienicami czołgów. Zaskoczeni nagłym spotkaniem czołgów Polacy wykonali jednak błyskawiczny odskok dalej na północ do lasu Grodzisko. W tym czasie, dzięki natychmiastowej reakcji rtm. Hollaka poruszająca się nieco w tyle reszta szwadronu dosłownie wpadła w płonące zabudowania Mokrej III, w której ułani ulegli spieszeniu i podjęli walkę z nadciągającymi czołgami, w trakcie której zniszczone ma być jedno z dwóch działek. Gdy nadarza się okazja, rtm. Hollak podejmuje jednak decyzję o przeskoku na południowo-zachodni skraj wsi Mokra II, w której to decyduje się wesprzeć osamotnioną i wykrwawioną 1 baterię 2. DAK-u. Obsadzając zabudowania decyduje się dodatkowo odesłać najbardziej narażone podczas walki konie szwadronu, które tabunem prowadzone są przez koniowodnych za nasyp kolejowy. Moment na wycofanie wierzchowców okazał się jednak zgubny dla części z nich, bowiem tabun w okolicach szkoły dostał się pod ogień czołgów, dla których te duże zwierzęta były idealnym celem. Wiele koni padło od razu, część dogorywała przez kolejne godziny, jednak większość z nich została wprowadzona w las przez umiejętnie komenderującego koniowodnymi st. wachmistrza Babczyńskiego.
Niemieckie czołgi, koncentrując swe uderzenie przez Mokrą III stale parły na pozycje pozostałych dwóch baterii 2. DAK-u, przy czym najbardziej koncentrowały się na drugiej, która obsadzała sad należący do gospodarza Sekuły. Baterie nie miały takiej siły, by przyjąć na siebie całe uderzenie, w wyniku czego czołgi zaczęły się niebezpiecznie zbliżać do wizjery lasu. Do walki włączały się zatem kolejne działka 1 i 2 szwadronu 12 p.uł., a także ponownie pociąg „Śmiały”, który swymi haubicami dosłownie „podrzucał” w powietrze trafione niemieckie czołgi. Szczęścia w natarciu nie miały również niemieckie wozy uderzające w okolicach Mokrej I, które powstrzymywane były nie tylko wspomnianym wcześniej ogniem 1 baterii, ale i siłami wycofujących się wcześniej resztek 21 p.uł., które obsadziły wraz ze swym dowódcą ppłk. Rostwo-Suskim skraj lasu, tworząc tym samym przedłużenie na północ stanowisk 12 p.uł. Na „obsadę” tego skrawka składało się to, co pozostało z 2 i 4 szwadronu, a także cały 3 i dwa plutony 1-szego, które rtm. Deszert przyprowadził z drugiej ich pozycji na wzgórzu 236. Wykrwawieni i pozbawieni większości sprzętu ułani biją w nadjeżdżające czołgi z plus-minus tylko dwóch działek i kilku rusznic, co jednak przyczynia się do powiększenia strat „szkopów”. W obliczu braku wsparcia piechoty i powiększających się strat, niemiecki atak całkowicie się załamał i 35. Panzer Regiment wycofał się w kierunku Wilkowiecka, pozostawiając za sobą około 20 unieruchomionych maszyn, ale i wielu zabitych ułanów, koni, dwa polskie działa 75 mm z 2 baterii oraz kilka działek 37 mm.
Niemieckie czołgi, koncentrując swe uderzenie przez Mokrą III stale parły na pozycje pozostałych dwóch baterii 2. DAK-u, przy czym najbardziej koncentrowały się na drugiej, która obsadzała sad należący do gospodarza Sekuły. Baterie nie miały takiej siły, by przyjąć na siebie całe uderzenie, w wyniku czego czołgi zaczęły się niebezpiecznie zbliżać do wizjery lasu. Do walki włączały się zatem kolejne działka 1 i 2 szwadronu 12 p.uł., a także ponownie pociąg „Śmiały”, który swymi haubicami dosłownie „podrzucał” w powietrze trafione niemieckie czołgi. Szczęścia w natarciu nie miały również niemieckie wozy uderzające w okolicach Mokrej I, które powstrzymywane były nie tylko wspomnianym wcześniej ogniem 1 baterii, ale i siłami wycofujących się wcześniej resztek 21 p.uł., które obsadziły wraz ze swym dowódcą ppłk. Rostwo-Suskim skraj lasu, tworząc tym samym przedłużenie na północ stanowisk 12 p.uł. Na „obsadę” tego skrawka składało się to, co pozostało z 2 i 4 szwadronu, a także cały 3 i dwa plutony 1-szego, które rtm. Deszert przyprowadził z drugiej ich pozycji na wzgórzu 236. Wykrwawieni i pozbawieni większości sprzętu ułani biją w nadjeżdżające czołgi z plus-minus tylko dwóch działek i kilku rusznic, co jednak przyczynia się do powiększenia strat „szkopów”. W obliczu braku wsparcia piechoty i powiększających się strat, niemiecki atak całkowicie się załamał i 35. Panzer Regiment wycofał się w kierunku Wilkowiecka, pozostawiając za sobą około 20 unieruchomionych maszyn, ale i wielu zabitych ułanów, koni, dwa polskie działa 75 mm z 2 baterii oraz kilka działek 37 mm.
Podczas, gdy niemieckie wozy nacierały na pozycje ułanów na Polanie, znajdujący się na południe IV batalion 84. psp. nie miał wiele do roboty. Jedynym większym incydentem miało być pojawienie się niemieckiego patrolu złożonego z trzech transporterów opancerzonych, kilku motocykli i konnych z 12. pp. Do przeciwników otwarto ogień, w wyniku którego miał zostać uszkodzony jeden z transporterów. Niemcy wycofali się i nie podejmowali już żadnych działań na tym odcinku do końca dnia.
Na szosie na Kłobuck panował więc względny spokój, który nastał również i na Polanie Mokra po zakończonym natarciu, a był on tylko lekko zakłócany w dalszym ciągu prowadzonym niecelnym ostrzałem artyleryjskim, który jednak nie przeszkodził w porządkowaniu stanowisk. Na pozycje trzech baterii dowożono amunicję, a z pola boju ściągano licznych rannych, którzy pojękując i modląc się byli powoli odwożeni do punktów opatrunkowych za linią kolejową. Było około godz. 14:00, gdy do dowódcy pociągu „Śmiały” kpt. Malinowskiego dociera rozkaz udania się w okolice Zawad, by wesprzeć ogniem walczące oddziały 19. p.uł., skąd dochodzić miały alarmujące informacje o pojawieniu się czołgów wroga. Stalowy kolos ruszył z wolna w kierunku nowego obszaru działania, jednak po dotarciu w rejon Liswarty stwierdzono tylko obecność wycofujących się dalej jeszcze spod Dankowa polskich TKS-ów.
Na szosie na Kłobuck panował więc względny spokój, który nastał również i na Polanie Mokra po zakończonym natarciu, a był on tylko lekko zakłócany w dalszym ciągu prowadzonym niecelnym ostrzałem artyleryjskim, który jednak nie przeszkodził w porządkowaniu stanowisk. Na pozycje trzech baterii dowożono amunicję, a z pola boju ściągano licznych rannych, którzy pojękując i modląc się byli powoli odwożeni do punktów opatrunkowych za linią kolejową. Było około godz. 14:00, gdy do dowódcy pociągu „Śmiały” kpt. Malinowskiego dociera rozkaz udania się w okolice Zawad, by wesprzeć ogniem walczące oddziały 19. p.uł., skąd dochodzić miały alarmujące informacje o pojawieniu się czołgów wroga. Stalowy kolos ruszył z wolna w kierunku nowego obszaru działania, jednak po dotarciu w rejon Liswarty stwierdzono tylko obecność wycofujących się dalej jeszcze spod Dankowa polskich TKS-ów.
Ciąg dalszy w Części 3
Bibliografia:
Kamiński J., Od konia i armaty do spadochronu, Warszawa 1980.
Kurus A., Czołgi na przedmieściach. 7 Dywizja Piechoty w obronie Częstochowy 1-3 września 1939 roku, Oświęcim 2015.
Pokorny S., Czołgi pod Mokrą, Warszawa 1980.
Polskie siły zbrojne w drugiej wojnie światowej, t. 1: Kampania wrześniowa, Londyn 1962.
Rudy K., Mokra – podwójny mit, „Technika Wojskowa – Historia” 2019, nr 5, s. 4-19.
Rudy K., Jeszcze raz o bitwie pod Mokrą, „Technika Wojskowa – Historia” 2020, nr 1, s. 54-56.
Tym J.S., Mokra – polemika w sprawie mitów, „Technika Wojskowa – Historia” 2020, nr 1, s. 48-53.
Wesołowski A., Tym J.S., Mokra Działoszyn 1939. Działania wielkich jednostek Grupy Operacyjnej „Piotrków” w pierwszych dniach kampanii 1939 roku, Warszawa 2014.
Wilczkowski A., Anatomia Boju. Wołyńska Brygada Kawalerii pod Mokrą 1 września 1939, Łódź 1992.
Wojciechowski J.S., 12 Pułk Ułanów Podolskich, Pruszków 2003.
Wojciechowski J.S., 19 Pułk Ułanów Wołyńskich, Pruszków 2011.
Wojciechowski J.S., 21 Pułk Ułanów Nadwiślańskich, Pruszków 2003.
Zarzycki P., 2 Dywizjon Artylerii Konnej, Pruszków 2000.
Zawilski A., Bitwy polskiego września, Kraków 2019.
Zgórniak M., Europa w przededniu wojny. Sytuacja militarna w latach 1938-1939, Kraków
1993.
Kamiński J., Od konia i armaty do spadochronu, Warszawa 1980.
Kurus A., Czołgi na przedmieściach. 7 Dywizja Piechoty w obronie Częstochowy 1-3 września 1939 roku, Oświęcim 2015.
Pokorny S., Czołgi pod Mokrą, Warszawa 1980.
Polskie siły zbrojne w drugiej wojnie światowej, t. 1: Kampania wrześniowa, Londyn 1962.
Rudy K., Mokra – podwójny mit, „Technika Wojskowa – Historia” 2019, nr 5, s. 4-19.
Rudy K., Jeszcze raz o bitwie pod Mokrą, „Technika Wojskowa – Historia” 2020, nr 1, s. 54-56.
Tym J.S., Mokra – polemika w sprawie mitów, „Technika Wojskowa – Historia” 2020, nr 1, s. 48-53.
Wesołowski A., Tym J.S., Mokra Działoszyn 1939. Działania wielkich jednostek Grupy Operacyjnej „Piotrków” w pierwszych dniach kampanii 1939 roku, Warszawa 2014.
Wilczkowski A., Anatomia Boju. Wołyńska Brygada Kawalerii pod Mokrą 1 września 1939, Łódź 1992.
Wojciechowski J.S., 12 Pułk Ułanów Podolskich, Pruszków 2003.
Wojciechowski J.S., 19 Pułk Ułanów Wołyńskich, Pruszków 2011.
Wojciechowski J.S., 21 Pułk Ułanów Nadwiślańskich, Pruszków 2003.
Zarzycki P., 2 Dywizjon Artylerii Konnej, Pruszków 2000.
Zawilski A., Bitwy polskiego września, Kraków 2019.
Zgórniak M., Europa w przededniu wojny. Sytuacja militarna w latach 1938-1939, Kraków
1993.