2
„Najstraszliwsze monstrum, jakie z samego wnętrza ziemi, tam gdzie wrą gorące wody Akwizgranu, przed niepamiętnymi czasami wyszło na powierzchnię.”

- Joseph Müller, Aachens Sagen und Legenden, Aachen 1858, s. 114.
Bahkauv (wym. BAH-kałf) to najbardziej charakterystyczne stworzenie lokalnego folkloru Akwizgranu (Aachen) i Nadrenii. Jest czymś pomiędzy potworem z horroru a żartobliwym straszakiem na nocnych bywalców. W dawnych opowieściach nazywano ją Bachkalb (cielę rzeczne/strumieniowe), istotą, która miała mieszkać przy gorących źródłach i kanałach odpływowych w centrum miasta. Szczególnie w rejonie dzisiejszej ulicy Büchel, gdzie znajdował się stary kanał termalny zwany Kolbert.
Kompendium strachu: „Potwór z kanałów ", Bahkauv, vol. 40
W opisach pochodzących z Akwizgranu, wygląda jak zdeformowane, ogromne cielę z potarganą, zlepiającą się sierścią, wielkimi, świecącymi oczami, pyskiem pełnym ostrych zębów i  łapami przypominającymi niedźwiedzie. W niektórych wersjach podkreśla się, że skóra ma niemal gadzi, śliski charakter. Zwierzę wydaje chrzęst łańcuchów, gdyż wokół szyi i nóg ma żelazne okowy, które brzęczą, gdy wychodzi z kanału. Czasem opisuje się je bardziej jako mieszankę cielęcia, wielkiego kota i jaszczurki, z ostrymi zębami i jaszczurczym ogonem.
Kompendium strachu: „Potwór z kanałów ", Bahkauv, vol. 40
Opowieści mówią, że ofiara nagle czuje niewiarygodny ciężar, którego nie da się zrzucić ani otrząsnąć. Bahkauv wbija pazury i każe się nieść, dopóki mężczyzna nie dopadnie do krzyża przydrożnego, kościoła albo bezpiecznego progu domu. Wtedy stwór zeskakuje i znika w ciemności, szukając kolejnego ofiary. W niektórych wariantach historia idzie jeszcze dalej. Gdy mężczyzna w panice zaczyna się modlić, Bahkauv staje się cięższy. Kiedy bluźni, potwór staje się lekki, jakby karmił się grzechem i brakiem skruchy.
Kompendium strachu: „Potwór z kanałów ", Bahkauv, vol. 40
Z czasem legenda o Bahkauvie zaczęła się rozwarstwiać na różne wersje. Jedna z popularniejszych opowieści mówi, że przy samej Büchelquelle, dawnym gorącym źródle na potwora miał natknąć się frankoński król Pepin (Pippin Krótki). Zaskoczył śpiące monstrum przy parującej wodzie i zabił je jednym ciosem miecza. Po czym krew potwora miała rzekomo spłynąć ulicą wraz z gorącą wodą. Dzisiejsi autorzy, opisujący tę sagę, sugerują, że tłem mogło być zwyczajne zjawisko przy gorących źródłach. Czerwono-brązowy kożuch glonów i bakterii, który po puszczeniu wody tworzy rudy  kolor strumienia, łatwy do uznania za krew zabitego potwora.
Kompendium strachu: „Potwór z kanałów ", Bahkauv, vol. 40
Inna, późniejsza wersja legendy zawarta w lokalnych opracowaniach sugeruje, że Bahkauv być może wcale nie był nadnaturalny. Według tej opowieści pewnego razu potwór rzucił się na plecy wyjątkowo silnego kowala. Ten nie tylko się nie załamał, ale zrzucił stwora na ziemię i solidnie go obłożył. Wtedy z potwornego kostiumu miał wyczołgać się strażnik miejski. Strażnik ten wykorzystywał przebranie w niecnym celu. Po nocy napadał i rabował pijanych przechodniów.
Kompendium strachu: „Potwór z kanałów ", Bahkauv, vol. 40
Niezależnie od interpretacji, Bahkauv mocno wrósł w tożsamość Akwizgranu. Na dawnym miejscu związanym z legendą, przy Büchel, stoi dziś Bahkauvbrunnen- fontanna przedstawiająca potwora. Pierwszy pomnik powstał na początku XX wieku, ale został zniszczony w czasie II wojny światowej. Nową, bardziej nowoczesną rzeźbę z brązu odsłonięto w latach 60. XX wieku. Dzisiejsza figura przypomina raczej drapieżnego kota z długim ogonem niż typowe cielę. Stała się jednym z charakterystycznych punktów miasta i częstym motywem na pocztówkach i pamiątkach
Kompendium strachu: „Potwór z kanałów ", Bahkauv, vol. 40
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
„Zbrodnie Juana Díaza de Garayo (Vitoria, 1870–1879) trafiły do kronik kryminalnych. Potem przeszły do romansów i pliegos de cordel, które spopularyzowały legendę ‘El Sacamantecas’. Tak zrodził się potwór równocześnie z gazety i jarmarcznej pieśni.”

- z hiszpańskich opracowań o folklorze i prasie (XIX–XX w.)
Sacamantecas oznacza dosłownie wybieracza tłuszczu (sacar- wyjmować + manteca- tłuszcz). Jest jedną z najbardziej znanych hiszpańskich figur grozy powstałej na styku folkloru i legendy miejskiej. W opowieściach i w prasie kryminalnej to postać, która porywa ludzi, by „wyjąć z nich tłuszcz”. Rzekomo w celu uzyskania materiału do maści leczniczych, kosmetyków czy nawet do smarowania maszyn. 

W starszych wariantach ludowych Sacamantecas jest bezkształtną figurą z zewnątrz. Czasem mężczyzną w długim płaszczu, czasem z workiem, czasem występuje w duecie z czarownicą lub znachorem. Nie ma jednego kanonicznego wyglądu, jego tożsamość jest pusta i pojemna. Można w nią włożyć obcego przechodnia, wędrownego handlarza, nocnego robotnika. Istotą jest funkcja: kradnie ciało, a raczej jego „kapitał” w postaci tłuszczu, krwi, skóry, włosów. Jednym zdaniem wszystko, co w wyobraźni dawnych społeczności mogło stać się składnikiem medykamentów i magicznych preparatów.
Kompendium strachu: „Złodziej i pożeracz ciał”, Sacamantecas, vol. 37
O sile mitu zdecydowała nowoczesność. W drugiej połowie XIX i na początku XX wieku hiszpańska prasa uwielbiała nadawać zbrodniom makabryczne przydomki. Głośne sprawy o morderstwach i porwaniach dostawały etykietę sacamantecas nawet wtedy, gdy sprawcy wcale nie „wycinali tłuszczu”. Nazwa oznaczała po prostu potwora z kręgu krwi i ciała. Zdarzały się jednak przypadki, które podsycały wyobraźnię. Plotki o zbrodniach „na maść”, procesy znachorów i czarownic, a wreszcie skandaliczne doniesienia o rytualnych mordach na dzieciach w północnej i południowej Hiszpanii.
Kompendium strachu: „Złodziej i pożeracz ciał”, Sacamantecas, vol. 37
W warstwie językowej i obyczajowej sacamantecas odsłania dwie ważne prawdy. Po pierwsze, to moralitet o ciele. O jego wartości użytkowej, o lęku, że ktoś zamieni człowieka w surowiec, że nowoczesność zredukuje ciało do części zamiennych i tłuszczu do smaru. Po drugie, to opowieść o granicach wspólnoty. Winny jest zawsze ktoś z zewnątrz: wędrowiec, odmieniec, ubogi, przedstawiciel znienawidzonej grupy. Mit pozwalał napiąć druty ostrzegawcze znane w każdej kulturze: nie oddalaj się, nie ufaj obcym, nie wracaj późno.
Kompendium strachu: „Złodziej i pożeracz ciał”, Sacamantecas, vol. 37
Każdy region ma własne warianty tej opowieści. W Kastylii i La Manchy Sacamantecas splata się z postacią Hombre del Saco, porywacza z workiem i z dziewiętnastowiecznymi lękami przed miejskim marginesem. W Kraju Basków i Asturii prasa ochoczo nakładała etykietę sacamantecas na brutalnych przestępców, łącząc ich z dawnymi strachami o „wyjmowaniu tłuszczu”. W Andaluzji i Murcji krążyły z kolei opowieści o rzekomych zbrodniach na „tłuszcz leczniczy” i „krew na lekarstwo”, splatając ludową medycynę ze zbrodnią. 
Kompendium strachu: „Złodziej i pożeracz ciał”, Sacamantecas, vol. 37
Do dziś formuła „que viene el sacamantecas” żyje w języku potocznym i w pamiętnikarstwie. Wspomnienia ludzi z lat 40. czy 50. często zawierają wariant tej samej sceny. Ostrzegawcze szepty matek, historie o dziecku z sąsiedniej wsi, które poszło z nieznajomym i już nie wróciło, opowieści o maściach z tłuszczu, które rzekomo leczyły suchoty. Wersje współczesne przeniosły stracha do miasta. Sacamantecas jeździ białą furgonetką, ma igły, usypia sprayem. Treść się zmienia, funkcja pozostaje taka sama.
Kompendium strachu: „Złodziej i pożeracz ciał”, Sacamantecas, vol. 37
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
„Ninna nanna, ninna oh, questo bimbo a chi lo do? Lo darò all’uomo nero, che lo tiene un anno intero...”

tłum: „Kołysanka, kołysaj, komu oddam to dziecko? Oddam je Czarnemu Człowiekowi, który zatrzyma je na cały rok…”.

- fragment starej włoskiej kołysanki
Babau, zwany też we Włoszech- l’uomo nero (czarny człowiek), to klasyczny boogeyman, straszak z dzieciństwa, ale z bardzo ciekawym tłem językowym i kulturowym. W przeciwieństwie do wielu potworów z bestiariuszy nie ma stałego wyglądu ani jasno określonej mitologii. Jest raczej figurą, w którą rodzice i dziadkowie wkładają własne lęki oraz metody wychowawcze. 

Samo słowo babàu ma jak podkreślają językoznawcy charakter onomatopeiczny. Wywodzi się z powtarzanego „bau bau”, dawnej „strasznej” sylaby, czymś w rodzaju naszego „bu!”. Najpierw było dźwiękiem, którym dorośli straszyli dzieci, potem zaczęto tak nazywać „coś” albo „kogoś”, kto ten dźwięk wydaje. Giacomo Leopardi w Zibaldone analizuje tę formę i łączy ją z długą tradycją naśladowania szczekania psów (greckie i łacińskie odpowiedniki, czy francuskie aboyer), która z czasem przerodziła się w ogólnie „straszny głos” adresowany do dzieci.
Kompendium strachu: „Strażnik dziecięcych lęków”, Babau- l’uomo nero, vol. 36
W folklorze włoskim Babau i l’uomo nero są w praktyce wymienni. Wielu autorów pisze wprost, że to dwie nazwy tej samej istoty. To urojony prześladowca dzieci, używany jako straszak. Pojawia się nocą, krąży po drogach i podwórkach, czai się pod łóżkiem. W większości opowieści nie musi w ogóle być opisany, wystarczy, że jest „czarny”, „duży” i „zabiera”. Tam, gdzie jednak dostaje ciało, bywa przedstawiany jako wysoki mężczyzna w długim, ciężkim czarnym płaszczu, z kapturem lub kapeluszem z szerokim rondem, który zasłania twarz. W wersji l’uomo nero pojawia się też jako coś bardziej widmowego. Czarny duch bez nóg, który od pasa w dół rozmywa się w cień. Tak opisywany bywa np. w folklorze z północnych regionów, jak Dolina Aosty.
Kompendium strachu: „Strażnik dziecięcych lęków”, Babau- l’uomo nero, vol. 36
Z perspektywy porównawczego folkloru Babau należy do wielkiej rodziny europejskich straszaków. W literaturze i popularnych opracowaniach zestawia się go z anglosaskim boogeymanem, rosyjskim Buką, niemieckim Butzemannem i dziesiątkami innych lokalnych figur, które pełnią tę samą funkcję. Są projekcją zakazów i ostrzeżeń, personifikacją zdania „nie rób tego, bo coś cię złapie”. Nie ma jednego kanonicznego mitu, za to jest mnóstwo krótkich, ustnych opowiastek. O dziecku, które wyszło nocą na ulicę i „zabrał je Babau",  o maluchu, który poszedł za obcym mężczyzną w kapeluszu i już nie wrócił. Takie historie działają jako moralitet  nawet jeśli ich szczegóły zmieniają się z pokolenia na pokolenie.
Kompendium strachu: „Strażnik dziecięcych lęków”, Babau- l’uomo nero, vol. 36
Współczesne świadectwa i opowieści pokazują, że figura l’uomo nero nie zniknęła. W swoich wspomnieniach starsza Włoszka opowiada historię babci, która jako młoda dziewczyna zobaczyła na polu wysoką, mroczną postać w czarnym kapeluszu, stojącą nieruchomo wśród zboża i wpatrującą się w nią oraz jej narzeczonego.

Ciekawa jest też warstwa etymologiczna i historyczna. Niektóre opracowania sugerują, że słowo „Babau” mogło w pewnych regionach wiązać się z dawnymi lękami przed Saracenami. Najeźdźcami z południa  i wywodzić się z arabskiego baban („zwycięzca”). Bardziej przekonujące wydaje się jednak tłumaczenie onomatopeiczne: od „bau bau”, psiego szczekania i dziecięcego straszaka. Występuje one w różnych dialektach włoskich i w pokrewnych formach w innych językach europejskich.
Kompendium strachu: „Strażnik dziecięcych lęków”, Babau- l’uomo nero, vol. 36
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
„Kiedy tarcza księżyca ciemnieje, ludzie pytają astronomów o zaćmienie, a starzy opowiadają o Vârcolacu, który znów dobrał się do nieba.”

- synteza motywów z dawnych wierzeń ludowych Rumunii
Vârcolac (wym. wyrkolak ) to istota u której dobrze widoczne jest dynamizm ludowego folkloru. Dziś w rumuńszczyźnie słowo to bywa używane jako określenie wilkołaka, ale w starszych wierzeniach był czymś znacznie dziwniejszym. Nie tylko człowiekiem-wilkiem, lecz przede wszystkim demonem. Potrafił on bowiem wspiąć się na niebo i pożerać słońce albo księżyc, wywołując zaćmienia i krwawe pełnie. Gdy na niebie robiło się nagle ciemno albo tarcza księżyca przybierała czerwony kolor, mówiono, że właśnie Vârcolac „gryzie światło”.
Kompendium strachu: „Pożeracz słońca i księżyca”, Vârcolac, vol. 35
Sama nazwa ma korzenie słowiańskie i jest spokrewniona z formami typu vukodlak czy vărkolak, co oznacza dosłownie wilcza sierść, wilkołak. W rumuńskim i bałkańskim kręgu kulturowym termin ten z czasem zaczął obejmować wilkołaki, jak i pewien typ wampirycznego rewenanta. Jednocześnie zachował swoją kosmiczną funkcję. W wielu opowieściach Vârcolac jest tym, który napada na ciała niebieskie. Dlatego przy zaćmieniach robiono hałas, dzwoniono, tłuczono w garnki, żeby „odgonić potwora” i zmusić go do puszczenia słońca lub księżyca.
Kompendium strachu: „Pożeracz słońca i księżyca”, Vârcolac, vol. 35
Wygląd Vârcolaca nigdy nie był ustalony raz na zawsze. W jednych opowieściach przybiera postać wilka albo wielkiego psa, w innych  smoka, wężowego potwora czy bliżej nieokreślonej bestii o wielu paszczach. Bywa też opisywany zupełnie niematerialnie, jako duch, który wspina się do nieba po niewidzialnej nici. Ta nić bywa łączona z przędzą. Mówi się, że demon zaczepia się o nitkę, którą nocą przy świetle snuje tajemnicza kobieta. Dopóki nić istnieje, Vârcolac może pożerać światło. Kiedy ktoś przerwie przędzenie, zrobi hałas albo zabije dzwonami, nić pęka, a potwór spada.
Kompendium strachu: „Pożeracz słońca i księżyca”, Vârcolac, vol. 35
W innych wariantach Vârcolac jest człowiekiem-wilkołakiem, którego dusza podczas zaćmienia opuszcza ciało. Zwierzęca, drapieżna część wychodzi z uśpionego człowieka, unosi się ku niebu i zaczyna pożerać tarczę słońca lub księżyca. Ciało zostaje na ziemi jakoby martwe. Jeśli ktoś je poruszy, zanim dusza zdąży wrócić, Vârcolac ginie lub zostaje na zawsze „zawieszony” między światami. Stąd przestrogi, by nie zbliżać się do niektórych śpiących, nawet jeśli budzą lęk.

Ludowe wyjaśnienia są bardzo charakterystyczne dla regionu. Vârcolacem może stać się dusza nieochrzczonego dziecka albo dziecka z nieprawego łoża. Także osoba obciążona ciężkim grzechem na przykład bratobójstwem albo ktoś, kto w powtarzalny sposób łamie tabu i obyczaj. Z każdego poważnego naruszenia normy może narodzić się po śmierci drapieżny duch, wilkołak, czy wampir. 
Kompendium strachu: „Pożeracz słońca i księżyca”, Vârcolac, vol. 35
Dziś, czytając dawne opowieści o Vârcolacu, można zobaczyć w nim nie tylko dziwnego potwora, lecz także metaforę ludzkiego lęku. To lęk przed tym, że pojedynczy grzech, błąd albo naruszenie porządku może zachwiać całym światem. Na chwilę zgasić słońce, splamić księżyc, sprowadzić ciemność w środku dnia. Vârcolac stoi dokładnie na przecięciu trzech światów wilkołaczego, wampirycznego i kosmicznego, dlatego pozostaje jedną z najciekawszych, najbardziej „rozciągliwych” postaci rumuńskiego folkloru.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
5
„Człowiek-ćma z Point Pleasant jest nie tyle stworzeniem z bagien, ile skrzydlatą przypowieścią o przypadku, winie i pamięci.”

- z syntezy opracowań prasowych na temat Mothmana
Mothman należy do tych potworów, które mają bardzo konkretną datę i miejsce narodzin. Nie jest pradawnym demonem znanym od zawsze, tylko dzieckiem lat 60. Jego legenda narodziła się w małym miasteczku Point Pleasant w Zachodniej Wirginii pewnej listopadowej nocy. W 1966 roku dwie młode pary, Roger i Linda Scarberry oraz Steve i Mary Mallette wracały samochodem z opuszczonego kompleksu magazynów amunicji z czasów II wojny światowej, zwanego potocznie „TNT area”. Według ich relacji przy drodze stanęła wysoka, ludzka sylwetka, niemal dwa metry wzrostu, z ogromnymi skrzydłami i świecącymi na czerwono oczami. Gdy przyspieszyli, stworzenie wzbiło się w powietrze i przez kilka kilometrów leciało tuż za nimi, aż do granic miasta. To właśnie ta relacja trafiła następnego dnia do lokalnej gazety „Point Pleasant Register”, która opublikowała tekst pod chwytliwym tytułem „Couples See Man-Sized Bird… Creature… Something”.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Od tej chwili Point Pleasant zaczęło żyć opowieściami. Kolejni mieszkańcy zgłaszali, że widzieli nocą coś dużego, skrzydlatego, o czerwonych oczach. Jedni mówili o ogromnym ptaku, inni o postaci bez wyraźnej głowy, jakby oczy świeciły prosto z klatki piersiowej. Lokalne gazety z radością podchwyciły sensację, a większe tytuły z sąsiednich stanów zaczęły ją powielać. Gdzieś po drodze, prawdopodobnie pod wpływem komiksowej mody, ktoś w redakcji ochrzcił stwora mianem „Mothman”. Przez następny rok w okolicach Point Pleasant mnożyły się relacje o dziwnych zjawiskach. Obok samego Mothmana świadkowie zgłaszali tajemnicze światła na niebie, niezidentyfikowane obiekty, dziwne telefony, anonimowe przepowiednie o nadciągającej katastrofie. Nawet wizyty „mężczyzn w czerni”, którzy mieli zniechęcać ich do mówienia o tym, co widzieli.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Kulminacją historii stał się 15 grudnia 1967 roku, gdy zawalił się most Silver Bridge nad rzeką Ohio. W katastrofie zginęło 46 osób, a region pogrążył się w szoku. Inżynierowie wskazywali na konkretną przyczynę techniczną. Było to uszkodzenie elementu konstrukcji, ale w lokalnych opowieściach szybko narodził się związek między „rokiem Mothmana” a upadkiem mostu. Dla wielu mieszkańców stwór stał się złowrogim omenem poprzedzającym tragedię. Inni woleli wierzyć, że był raczej mrocznym strażnikiem, czymś, co próbowało ostrzec ludzi przed katastrofą. Choć nikt nie potrafił odczytać tego znaku na czas. Od tej pory Mothman przestał być tylko „dziwną istotą z bagien” stał się istotą splecioną z pamięcią o realnej katastrofie.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Legenda nie zatrzymała się jednak na prasowych nagłówkach. W pierwszej kolejności sięgnęli po nią autorzy zajmujący się zjawiskami paranormalnymi. Gray Barker wspominał o Mothmanie w kontekście swoich zainteresowań UFO i „men in black”. Zaś dziennikarz John A. Keel nadał tej historii ostateczny kształt. Keel przyjechał do Point Pleasant, rozmawiał z dziesiątkami świadków, zbierał relacje o skrzydlatej postaci, tajemniczych telefonach, dziwnych zbiegach okoliczności. Z tych materiałów ułożył książkę „The Mothman Prophecies”, opublikowaną w 1975 roku. W jego ujęciu Mothman to nie tylko lokalny potwór, ale element większej układanki związanej z UFO oraz dziwnymi synchronicznościami, wizjami i zapowiedziami katastrofy.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Co roku we wrześniu mieszkańcy organizują Mothman Festival. Mieszankę jarmarku, zlotu fanów, konferencji i rodzinnej imprezy. Miasteczko, które kiedyś było z zewnątrz kojarzone głównie z katastrofą mostu, teraz opowiada o sobie przez pryzmat własnej legendy. W ustnych przekazach i współczesnych internetowych opowieściach Mothman wraca nie tylko jako stworzenie z Point Pleasant. Pojawia się w creepypastach jako zwiastun katastrof na całym świecie, bohater podcastów o zjawiskach niewyjaśnionych, motyw w grach czy komiksach. Jedni widzą w nim klasycznego „harbinger of doom”, innych pociąga właśnie jego niejednoznaczność. Nie wiadomo, czy jest demonem, strażnikiem, ofiarą czy tylko lustrem, w którym odbijają się ludzkie lęki.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
2
„Każde przegryzione włókno całunu, to jak nitka życia przecięta wśród żywych.”

- epigraf inspirowany legendami z dawnych ziem niemieckich
Nachzehrer to jeden z najbardziej niepokojących, a przy tym wciąż mało znanych krewnych wampira w Europie. Jego nazwa pochodzi od niemieckiego nach (po, później) i zehren (wyjadać, wysysać), więc dosłownie znaczy „ten, który po śmierci dalej żeruje”. W odróżnieniu od znanych z srebrnego ekranu wampirów Nachzehrer rzadko wychodzi z grobu na romantyczne polowania. Jego groza polega właśnie na tym, że leży w trumnie i działa na odległość, jednocześnie zjadając całun i samego siebie oraz wysysając życie z nawiedzanej rodziny.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
Źródła etnograficzne i popularnonaukowe lokują tę istotę przede wszystkim w północnych Niemczech (regiony nadbałtyckie, dawne ziemie hanzeatyckie), ale podobne wierzenia znane były także w Saksonii, Bawarii i na Śląsku, a nawet wśród Kaszubów na północy Polski. W tekstach o „wampirach zarazy” podkreśla się, że właśnie tam, gdzie często wracały epidemie dżumy, pojawiały się opowieści o trupach, które w grobach „przeżuwają całun” i w ten sposób podtrzymują pomór. W kaszubskich wariantach Nachzehrer bywa łączony z duszami samobójców lub „niespokojnych zmarłych” i pełni podobną funkcję jak upiór. Pierwszy zmarły podczas zarazy staje się po śmierci sprawcą kolejnych zgonów w rodzinie i we wsi.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
W ludowych opisach Nachzehrer to fizyczny rewenant, nie przezroczysty duch. Kiedy go ekshumowano, miał wyglądać „zbyt żywo”: ciało miękkie, nienaturalnie nabrzmiałe, policzki i usta jakby zaróżowione, oczy i usta otwarte. Czasem wspomina się, że jedna dłoń zaciskała kciuk drugiej- detal, który miał zdradzać jego działanie w grobie. Według podań po pochówku zaczyna przeżuwać materiał całunu, potem własne ubranie, a nawet fragmenty własnego ciała. Wierzono, że każdemu kęsowi odpowiada osłabnięcie kogoś z jego rodziny, im więcej „zje” w trumnie, tym szybciej umrą jego bliscy. Stąd przydomek Leichentuch-Fresser (pożeracz całunu), który przewija się we współczesnych opracowaniach o wampiryzmie.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
To, co dziś nazywamy Nachzehrerem, trafiło do wczesnonowożytnej literatury pod innym mianem – „masticatores mortuorum” (żu­ją­cych zmarłych). Luterański teolog Philipp Rohr i później Michael Ranft wydali łacińskie traktaty De masticatione mortuorum in tumulis („O przeżuwaniu zmarłych w grobach”), w których analizowali doniesienia o trupach, które miały gryźć własne całuny i w ten sposób szerzyć zarazę. Z dzisiejszej perspektywy to fascynująca próba „naukowego” poradzenia sobie z ludowym strachem. Autorzy jednocześnie wierzą w część relacji, a zarazem próbują znaleźć dla nich racjonalne wyjaśnienia.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
Późniejsi autorzy „wampiriologii”, tacy jak Dom Augustin Calmet w XVIII wieku, czy w XX wieku badacze pokroju Paula Barbera. Traktują Nachzehrera jako osobny typ wampira środkowoeuropejskiego. Mniej wyrafinowanego niż bałkański arystokrata-wampir, za to mocno zakorzenionego w praktykach pogrzebowych i w obserwacji rozkładu ciała. W nowoczesnych encyklopediach wampiryzmu opisuje się go jako „wampira-ghula”. Który nie tyle pije krew, ile po prostu zjada tkaniny, zwłoki i metaforycznie energię życiową rodziny.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
5
Jersey Devil (znany też jako Leeds Devil) to najsłynniejsza bestia z południa stanu New Jersey. Skrzydlaty diabeł z kopytami i końsko-koźlą głową, który od XVIII w. ma nawiedzać sosnowe ostępy Pine Barrens. W najpopularniejszej wersji ludowej legendy „Matka Leeds” przeklęła swoje trzynaste dziecko, a noworodek w burzową noc urósł i zmienił się w potwora, wrzasnął, rozwinął błoniaste skrzydła i wyleciał kominem w las. Odtąd słychać jego pisk i widać tropy kopyt na piasku. Opowieść lokalizuje narodziny stwora w okolicy Leeds Point, a opis istoty (końska łebina, nietoperze skrzydła, ogon, kopyta) utrwaliły dziesiątki relacji i broszur folklorystycznych.
Kompendium strachu: „Szelest skrzydeł nad borami ”, Jersey Devil, vol. 28
Ustne podania krążyły na długo przed prasą. Chętnie opowiadano o nocnych krzykach w bagnach, o śladach na dachach stodół, o przestraszonych furmanach i myśliwych, którym coś przefrunęło nad głową. Kulminacją była styczniowa panika 1909 r., gdy gazety z całego Delawere Valley drukowały setki doniesień o atakach na tramwaj w Haddon Heights, strzelaniu do stwora w Camden i tajemniczych śladach w śniegu. Zjawiska wyjaśniano później hoaxami [1], ale fala plotek na trwałe skleiła wizerunek potwora z pejzażem Pinelands.
Kompendium strachu: „Szelest skrzydeł nad borami ”, Jersey Devil, vol. 28
Nowsze ujęcia historyków pokazują, że ów diabeł wyrósł także z konfliktów kolonialnych. Drukarz Daniel Leeds (a potem jego syn Titan) popadli w spór z kwakrami [2] i samym Benjaminem Franklinem. Pamflety piętnujące „diabelskość” rodziny Leedsów oraz herb rodu z przedstawionymi wywernami pomogły osadzić „diabła z Leeds” w lokalnej wyobraźni. W XX w. przedsiębiorczy showmani i prasa zrewitalizowali tę figurę jako Jersey Devil. To rozpoznawalny dziś model będący zlepekiem dawnej politycznej satyry, wiejskich strachów i nowoczesnej kultury masowej
Kompendium strachu: „Szelest skrzydeł nad borami ”, Jersey Devil, vol. 28
W literaturze i kompendiach folkloru potwór doczekał się całych monografii. Klasycznej, reportersko-etnograficznej książki Jamesa F. McCloya i Raya Millera (The Jersey Devil, 1976), która zebrała warianty podań i „widzeń”, oraz pracy Briana Regala i Franka J. Esposita (The Secret History of the Jersey Devil, 2018/2019). Druga pozycja wywodziła genealogię legendy z prasy kolonialnej, pamfletów i przedsiębiorczości jarmarcznej. Razem pokazują, jak żywa jest tradycja ustna od „Matki Leeds” po zimowe tropy i nocne wrzaski i jak łatwo legenda adaptuje się do nowych mediów.
Kompendium strachu: „Szelest skrzydeł nad borami ”, Jersey Devil, vol. 28
[1] Mistyfikacje i świadomie spreparowanymi fałszywkami (np. sfingowane zdjęcia, żarty dziennikarskie), które mają wprowadzić w błąd lub wywołać sensację.

[2] Członkowie Religijnego Towarzystwa Przyjaciół (ang. Quakers), protestanckiej wspólnoty powstałej w XVII-wiecznej Anglii, znanej m.in. z pacyfizmu, prostoty obyczajów i spotkań bez ustalonej liturgii.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
8
„Najstraszniejsze dla Tammiego było to, że potwór nie miał skóry. Jej całkowity brak potęgował grozę nagiego ciała. Czerwona, żywa tkanka, w której krew czarna jak smoła płynęła żółtymi żyłami, a wielkie białe ścięgna, grube jak uwiąz koński, wiły się i napinały przy każdym ruchu.” 

- cytat z Folklore Scotland na podstawie W. Trailla Dennisona 
Nuckelavee  (fon. pol. na-ke-LA-wi) to jeden z najstraszliwszych demonów folkloru Orkadów. Morska istota, która na lądzie przybiera postać jakby zlanego z rumakiem jeźdźca. Ludzkie, bezskórny tors i ręce wyrastają z końskiego grzbietu. Wszystko to zlewało się w koszmarną, lecz żywą anatomią: żółte żyły, białe ścięgna, czarna krew. Jego oddech miał parzyć rośliny, truć bydło i niszczyć pola. Winą za posuchy, zarazy i nagłe pomory często obarczano właśnie jego. W przeciwieństwie do słodkowodnych kelpii, Nuckelavee jest duchem morskim, ale nie znosi świeżej wody. Przed pogonią można uciec, przeskakując strumień lub w czasie deszczu. Nadto Mither o’ the Sea (Matka Morza) więzi go przez letnie miesiące i dopiero jesienią, gdy jej siła słabnie, bestia ma znów wychodzić na ląd. Tak szkicują go  podania porównywane przez folklorystów do skandynawskiego nøkk oraz do nuggla z Szetlandów.
Kompendium strachu: „Bezskórny diabeł z Orkadów  ”, Nuckelavee, vol. 22
Najbardziej wpływowy, dziewiętnastowieczny zapis dał Walter Traill Dennison, który wydobył od wyspiarza zwanego Tammasem „jedyny naoczny opis”. Potwór był całkiem bez skóry, z końskiego łba zionęły opary, a jedno ogromne czerwone oko paliło jak płomień. Ludzkie ręce były tak długie, że sięgały ziemi. W wielu wersjach pojawiają się też płetwiaste końskie nogi. Ten właśnie obraz, bezskórnej postaci utrwaliły późniejsze kompendia. Katharine Briggs nazwała Nuckelavee najohydniejszą istotą północnych wysp, a Ernest W. Marwick umieścił go wśród najbardziej lękowych figur Orkadów. Folklor tłumaczył nim: posuchę, choroby bydła, a nawet kłopoty przy wypalaniu wodorostów (kelpu), które bywało robotą przymusową i niebezpieczną. W najnowszych badaniach podkreśla się, że opowieść o demonie nienawidzącym dymu z kelpu mogła być ludową „skargą” na ten system i jego skutki. Jak wiele morskich straszydeł, Nuckelavee był zarazem przestrogą praktyczną i moralną.
Kompendium strachu: „Bezskórny diabeł z Orkadów  ”, Nuckelavee, vol. 22
W literaturze rozumianej szeroko, od zbiorów podań po eseje i nowoczesne retellingi, Nuckelavee funkcjonuje jako emblemat „orkadzkiej grozy”. Dennisonowską relację streszczają opracowania i portale folklorystyczne; słowniki Briggs niezmiennie cytują go jako „najgorszego z najgorszych”. Marwick wkłada go w szerszy kontekst nordycko-celtyckich wodnych demonów. Współczesne popularne ujęcia, artykuły i adaptacje (od blogów folklorystycznych po popularyzatorskie szkice) powtarzają rdzeń jego mitu.
Kompendium strachu: „Bezskórny diabeł z Orkadów  ”, Nuckelavee, vol. 22
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.088243007659912