Rozrywka
1 r
7
2
Akt IV
Podsumowanie.
Osoby
Ojciec (O)
Strażnik Kręgu (SK) w przybraniu atrybutów i aspektów pełnych.
Kierownik (K)
Pomocnicy Kierownika (PK1), (PK2)
Scena
Scena jak w akcie II, dusze dwie się kręcą wokoło autobusu załadowanego duszami a Kierownik z pomagierami kończą ładować kram. Pojawia się Strażnik sunąc w ich kierunku. Kiedy go dostrzegają zatrzymują się z robotą spoglądając w jego kierunku.
K: Oto wraca nasz mistrz i opiekun!
PK1: Dziwny jakiś jakby nie swój...
PK2: Bo znasz go od czasów Stworzenia...
Kierownik śmieje się choć czuje jak i oni niepokój. Tymczasem Strażnik podpływa nieopodal i zatrzymuje się nie podchodząc do grupy przy autobusie. Czując się nieswojo Ci też nie zagadują czując że coś się zaraz wydarzy. I tak też się dzieje gdy pojawia się na drodze Ojciec biegnąc w kierunku autobusu.
Cała trójka stoi z rozdziawioną gębą wmurowana w bruk nie mogąc wydobyć słowa aż nie staje tuż przed nimi. Tylko Kierownik coś gestykuluje próbując ekspresją oddać szok!
O: jestem jak obiecałem! Po zapłatę!
Kierownik na te słowa odzyskując własne:
K: Na rogi mistrza! Winneś już być niczym!
O: Więc niespodzianka!
K: Cwaniaku!
O: Często to słyszę.
K: Oszuście!
O: Czasami...
K: Zdrajco!
O: To chyba Twoje imię!
Kierownik bucha płomieniami niczym nienawistnym żarem przyjmując postać czerwonoskórego stwora z gorejącymi oczyma. Rogi wykręcają mu się na czole tak jak chwost między pośladkami. Dwa razy zgrzyta kopytami na bruku nim dopada do Ojca i wali go na odlew tak że ten pada jak ścięty na drogę.
K: Ubiję ścierwo... Zamorduję.
Siada na piersi ojca i zaciska wielkie łapska na jego szyi. Pomocnicy stoją zaskoczeni. Ojciec usiłuje się wyrwać lecz na nic jego siła w starciu z mocarnymi jak konary łapami Kierownika. Już sinieje kiedy nagle ktoś szarpie Kierownikiem niczym szmacianą kukła ściągając go za kark z Ojca. To Strażnik Chwycił od tyłu Kierownika za kark i trzyma w uścisku niewzruszonym niczym prawo, przy którym siły posiadacza owego karku niczym siły lisa schwytanego w tygrysią paszczę.
Ojciec charczy krztusząc się bo choć trudno udusić kogoś w miejscu gdzie można na rok czy dwa wstrzymać oddech (nie wnikając czy w ogóle ktoś pomyślał o powietrzu do oddychania w miejscu gdzie nie ma żywych płuc) to uścisk Kierownika niemal zmiażdżył mu szyję zostawiając czerwoną, szybko siniejącą, szeroką bliznę. Kierownik tymczasem szarpie się wybałuszając oczy napuchnięte od krwi która chlupocze furią w środku gałek.
K: Ty??? Ty zdradziecka świnio! Puściłeś go żywego? Jak to?
Podsumowanie.
Osoby
Ojciec (O)
Strażnik Kręgu (SK) w przybraniu atrybutów i aspektów pełnych.
Kierownik (K)
Pomocnicy Kierownika (PK1), (PK2)
Scena
Scena jak w akcie II, dusze dwie się kręcą wokoło autobusu załadowanego duszami a Kierownik z pomagierami kończą ładować kram. Pojawia się Strażnik sunąc w ich kierunku. Kiedy go dostrzegają zatrzymują się z robotą spoglądając w jego kierunku.
K: Oto wraca nasz mistrz i opiekun!
PK1: Dziwny jakiś jakby nie swój...
PK2: Bo znasz go od czasów Stworzenia...
Kierownik śmieje się choć czuje jak i oni niepokój. Tymczasem Strażnik podpływa nieopodal i zatrzymuje się nie podchodząc do grupy przy autobusie. Czując się nieswojo Ci też nie zagadują czując że coś się zaraz wydarzy. I tak też się dzieje gdy pojawia się na drodze Ojciec biegnąc w kierunku autobusu.
Cała trójka stoi z rozdziawioną gębą wmurowana w bruk nie mogąc wydobyć słowa aż nie staje tuż przed nimi. Tylko Kierownik coś gestykuluje próbując ekspresją oddać szok!
O: jestem jak obiecałem! Po zapłatę!
Kierownik na te słowa odzyskując własne:
K: Na rogi mistrza! Winneś już być niczym!
O: Więc niespodzianka!
K: Cwaniaku!
O: Często to słyszę.
K: Oszuście!
O: Czasami...
K: Zdrajco!
O: To chyba Twoje imię!
Kierownik bucha płomieniami niczym nienawistnym żarem przyjmując postać czerwonoskórego stwora z gorejącymi oczyma. Rogi wykręcają mu się na czole tak jak chwost między pośladkami. Dwa razy zgrzyta kopytami na bruku nim dopada do Ojca i wali go na odlew tak że ten pada jak ścięty na drogę.
K: Ubiję ścierwo... Zamorduję.
Siada na piersi ojca i zaciska wielkie łapska na jego szyi. Pomocnicy stoją zaskoczeni. Ojciec usiłuje się wyrwać lecz na nic jego siła w starciu z mocarnymi jak konary łapami Kierownika. Już sinieje kiedy nagle ktoś szarpie Kierownikiem niczym szmacianą kukła ściągając go za kark z Ojca. To Strażnik Chwycił od tyłu Kierownika za kark i trzyma w uścisku niewzruszonym niczym prawo, przy którym siły posiadacza owego karku niczym siły lisa schwytanego w tygrysią paszczę.
Ojciec charczy krztusząc się bo choć trudno udusić kogoś w miejscu gdzie można na rok czy dwa wstrzymać oddech (nie wnikając czy w ogóle ktoś pomyślał o powietrzu do oddychania w miejscu gdzie nie ma żywych płuc) to uścisk Kierownika niemal zmiażdżył mu szyję zostawiając czerwoną, szybko siniejącą, szeroką bliznę. Kierownik tymczasem szarpie się wybałuszając oczy napuchnięte od krwi która chlupocze furią w środku gałek.
K: Ty??? Ty zdradziecka świnio! Puściłeś go żywego? Jak to?
Gdzie prawo? Gdzie mój rozkaz???
Pomocnicy uciekają w panice do autobusu zamykając za sobą drzwi. Kierownik obraca się w kierunku rzężącego Ojca.
K: A ty? Czym go przekupiłeś? Jego? Sędziego? Niech się tylko o tym dowie ktoś z wewnętrznego kręgu! Co ja mówię! Sam mistrz! Ale najpierw ja! JA! Wyrwę z Ciebie flaki do ostatniego jeśli będę musiał ale dostanę swoje odpowiedzi! Rozumiesz mendo? Potnę Cię tak drobno że będzie można tobą karmić ryby w akwarium! Odpowiadaj jak pytam! Coś za jeden? Kto Cię nasłał? Kto?
Ojcu udało się w końcu złapać oddech. Ręką daje znak by Kierownik raczył poczekać co go jeszcze bardziej rozsierdza. Wije się więc w uścisku Strażnika niczym robak na haczyku rzucając na przemian pytania i groźby. W końcu Ojciec staje na nogi. Odkaszlnął i na próbę coś mówi. Milknie i zaczyna jeszcze raz.
O: Stra... Strażniku...
Strażnik ściska czarnopłomienistą dłonią kark Kierownika tak że ten piszczy cienko, majta się spazmem i milknie z dziwnie przekrzywioną głową.
O: Oooo! Tak lepiej. Kierowniku... Kierowniku. Tyle pytań a tak mało czasu zostało. (W stronę autobusu) Hej wy tam! Wyłazić!
Czeka chwilę nim drzwi się otwierają i pomocnicy Kierownika wychodzą trzęsąc gaciami i rozglądając się jakby niewiele rozumieli bo i niewiele rozumieją z tego co się dzieje.
O: Spokojnie. Nic wam nie grozi. Chcę tylko byście potwierdzili Strażnikowi coś.
Pomocnicy spoglądając po sobie odpowiadają przestraszeni
PK1: Co sobie zażyczy.
PK2: Oczywiście.
O: Więc znacie się dobrze na cenach. Wiecie ile co kosztuje . Więc powiedzcie strażnikowi jaka winna być cena za te wszystkie pytania, które wasz szef zadał...
Pomocnicy spoglądają po sobie ale milczą,
O: Żwawo!!!
PK1i 2 (razem): Wszystko!
O: Tak myślałem. Strażniku...
SK: Słyszę Cię.
O: Pewnie byś chciał dowieść iż nadal jesteś tu prawem i rozkazu mieczem. Więc jest okazja. Powołuję się na prawo i rozkazuję!
SK: Słucham.
O: Za pytania które zadał winien Kierownik zapłacić wszystkim co ma. Ale sam sobie opłaty zdaje się nie jest w stanie odebrać więc Ty przejmujesz w zgodzie z prawem to zadanie.
SK: Jak stanowi prawo!
Nim jeszcze skończył mówić miecz błyska mrokiem tłumiąc na moment światło. Wypuszczony z jego ręki Kierownik przez chwilę stoi z komicznie przekrzywioną na złamanym karku głową wybałuszając w niemym zdziwieniu krwawe ślepia po czym jego głowa w fontannie krwi stacza się z barków a ciało rozcięte na dwie równe połowy przewraca się w dwóch przeciwnych kierunkach padając w kałuży czerwonej jak maki krwi która zaczyna skwierczeć i płonąć niemal natychmiast czarnym ogniem.
Pomocnicy Kierownika kwiczą niby obite świnie i rzucają się do ucieczki ale zatrzymuje ich słowo rzucone niczym strzał z bicza przez Ojca:
O: Stać!
A gdy się zatrzymują chwytając za ręce niczym przedszkolaki.
O: Coś mi jeszcze jesteście powinni jeśli mnie pamięć nie myli.
PK1: Panie! Gazeta!
O: Dokładnie
PK2: Już biegnę!
O: Chwilka.
Pk1: Służymy!
O. Nie byle jaka gazeta.
PK2:Jaką każesz!
O: Jeden egzemplarz poproszę dzisiejszego Kraju.
PK1: Kraju!
O: Tak właśnie. A teraz pędźcie!
Pomocnicy wbiegają do autobusu w drzwiach się przepychając. Jak szybko wpadli do środka tak szybko pojawiają się z powrotem wydzierając sobie z rąk egzemplarz gazety.
Pomocnicy uciekają w panice do autobusu zamykając za sobą drzwi. Kierownik obraca się w kierunku rzężącego Ojca.
K: A ty? Czym go przekupiłeś? Jego? Sędziego? Niech się tylko o tym dowie ktoś z wewnętrznego kręgu! Co ja mówię! Sam mistrz! Ale najpierw ja! JA! Wyrwę z Ciebie flaki do ostatniego jeśli będę musiał ale dostanę swoje odpowiedzi! Rozumiesz mendo? Potnę Cię tak drobno że będzie można tobą karmić ryby w akwarium! Odpowiadaj jak pytam! Coś za jeden? Kto Cię nasłał? Kto?
Ojcu udało się w końcu złapać oddech. Ręką daje znak by Kierownik raczył poczekać co go jeszcze bardziej rozsierdza. Wije się więc w uścisku Strażnika niczym robak na haczyku rzucając na przemian pytania i groźby. W końcu Ojciec staje na nogi. Odkaszlnął i na próbę coś mówi. Milknie i zaczyna jeszcze raz.
O: Stra... Strażniku...
Strażnik ściska czarnopłomienistą dłonią kark Kierownika tak że ten piszczy cienko, majta się spazmem i milknie z dziwnie przekrzywioną głową.
O: Oooo! Tak lepiej. Kierowniku... Kierowniku. Tyle pytań a tak mało czasu zostało. (W stronę autobusu) Hej wy tam! Wyłazić!
Czeka chwilę nim drzwi się otwierają i pomocnicy Kierownika wychodzą trzęsąc gaciami i rozglądając się jakby niewiele rozumieli bo i niewiele rozumieją z tego co się dzieje.
O: Spokojnie. Nic wam nie grozi. Chcę tylko byście potwierdzili Strażnikowi coś.
Pomocnicy spoglądając po sobie odpowiadają przestraszeni
PK1: Co sobie zażyczy.
PK2: Oczywiście.
O: Więc znacie się dobrze na cenach. Wiecie ile co kosztuje . Więc powiedzcie strażnikowi jaka winna być cena za te wszystkie pytania, które wasz szef zadał...
Pomocnicy spoglądają po sobie ale milczą,
O: Żwawo!!!
PK1i 2 (razem): Wszystko!
O: Tak myślałem. Strażniku...
SK: Słyszę Cię.
O: Pewnie byś chciał dowieść iż nadal jesteś tu prawem i rozkazu mieczem. Więc jest okazja. Powołuję się na prawo i rozkazuję!
SK: Słucham.
O: Za pytania które zadał winien Kierownik zapłacić wszystkim co ma. Ale sam sobie opłaty zdaje się nie jest w stanie odebrać więc Ty przejmujesz w zgodzie z prawem to zadanie.
SK: Jak stanowi prawo!
Nim jeszcze skończył mówić miecz błyska mrokiem tłumiąc na moment światło. Wypuszczony z jego ręki Kierownik przez chwilę stoi z komicznie przekrzywioną na złamanym karku głową wybałuszając w niemym zdziwieniu krwawe ślepia po czym jego głowa w fontannie krwi stacza się z barków a ciało rozcięte na dwie równe połowy przewraca się w dwóch przeciwnych kierunkach padając w kałuży czerwonej jak maki krwi która zaczyna skwierczeć i płonąć niemal natychmiast czarnym ogniem.
Pomocnicy Kierownika kwiczą niby obite świnie i rzucają się do ucieczki ale zatrzymuje ich słowo rzucone niczym strzał z bicza przez Ojca:
O: Stać!
A gdy się zatrzymują chwytając za ręce niczym przedszkolaki.
O: Coś mi jeszcze jesteście powinni jeśli mnie pamięć nie myli.
PK1: Panie! Gazeta!
O: Dokładnie
PK2: Już biegnę!
O: Chwilka.
Pk1: Służymy!
O. Nie byle jaka gazeta.
PK2:Jaką każesz!
O: Jeden egzemplarz poproszę dzisiejszego Kraju.
PK1: Kraju!
O: Tak właśnie. A teraz pędźcie!
Pomocnicy wbiegają do autobusu w drzwiach się przepychając. Jak szybko wpadli do środka tak szybko pojawiają się z powrotem wydzierając sobie z rąk egzemplarz gazety.
O: Tylko nie to...
Pomocnik pierwszy w końcu wydziera postrzępioną gazetę z rąk drugiego powalając go ciosem na bruk i uradowany wręcza Ojcu.
PK1: Otóż i ona!
O: Wymiętolona...
PK1: Zdziebko ale jest.
O: Spójrzmy zatem.
Spogląda na stronę pierwszą. Uśmiecha się.
O: Jest!
Zaniepokojony nagle strażnik
SK: Cóż jest?
O: Kraj dzisiejszy!
SK: Cóż z tego?
O: Data
SK: Jaka data?
O: Dzisiejsza. Tiszrej dwunasty, rok pięć tysięcy i trzynasty.
Strażnik ryczy tak że wszystko zamiera, nawet dusze błądzące po ulicy.
SK: CO!!!
O: Dokładnie. Wiedziałem już gdzie, ale nie wiedziałem kiedy. Teraz i to wiem już!
SK: To jest zakazane! Łamiesz prawo!
O: Za późno tępy klawiszu!
SK: Stój!
O: Za późno!
Strażnik skacze w kierunku Ojca wybuchając czarnymi płomieniami podpalającymi wszystko wokoło, łącznie z autobusem, pomocnikami i duszami. Czerń błyska pogrążając wszystko w całkowitym mroku.
Koniec aktu IV
Pomocnik pierwszy w końcu wydziera postrzępioną gazetę z rąk drugiego powalając go ciosem na bruk i uradowany wręcza Ojcu.
PK1: Otóż i ona!
O: Wymiętolona...
PK1: Zdziebko ale jest.
O: Spójrzmy zatem.
Spogląda na stronę pierwszą. Uśmiecha się.
O: Jest!
Zaniepokojony nagle strażnik
SK: Cóż jest?
O: Kraj dzisiejszy!
SK: Cóż z tego?
O: Data
SK: Jaka data?
O: Dzisiejsza. Tiszrej dwunasty, rok pięć tysięcy i trzynasty.
Strażnik ryczy tak że wszystko zamiera, nawet dusze błądzące po ulicy.
SK: CO!!!
O: Dokładnie. Wiedziałem już gdzie, ale nie wiedziałem kiedy. Teraz i to wiem już!
SK: To jest zakazane! Łamiesz prawo!
O: Za późno tępy klawiszu!
SK: Stój!
O: Za późno!
Strażnik skacze w kierunku Ojca wybuchając czarnymi płomieniami podpalającymi wszystko wokoło, łącznie z autobusem, pomocnikami i duszami. Czerń błyska pogrążając wszystko w całkowitym mroku.
Koniec aktu IV
Epilog
Osoby
Starzec (S) Ten sam co w Prologu.
Kobieta (K) kobieta koło pięćdziesiątki z rozpuszczonymi posiwiałymi włosami i szarymi oczyma. Ubrana w koszulę nocną.
Dziecko (D) Dziewczynka około lat dziesięciu. Szare włosy dość krótko przycięte, piękne szmaragdowe oczy. Ubrana w pidżamę.
Scena. Scenografia jak w Prologu. Tym razem mrok rozjaśniają małe pełgające płomyki. Rozlega się czyjś krzyk i do pomieszczenia wbiega kobieta przyświecając sobie lampą naftową- zdaje się że to ona krzyknęła nim wbiegła do pomieszczenia. Oświetlająca przestrzeń lampa wydobywa z półmroku siedzącego w fotelu dziadka który usiłuje ugasić płonącą gazetę uderzając w nią dłońmi tak że lecą z niej iskry i sadza dołączając do gryzącego dymu unoszącego się nad fotelem. Kobieta przypada i odstawiwszy lampę na stolik pomaga mu stłumić ostatnie płomienie.
S: Do diaska!
K: Co się stało!?
S: Nie wiem przysnąłem chyba!
Gasną w końcu ostatnie tlące się iskry.
K: Oszalałeś? Mówiłam żebyś szedł spać. Dobrze że się obudziłam!
S: Nic się nie stało przecież.
K: Nic? Mało się nie podpaliłeś! Wiesz co mówią? Dym by nas udusił nimbyśmy się pobudzili!
S: Co?
K: No tak mówią.
S: Jaki dym kobieto. Trochę się nakopciło a ty robisz szum.
Kobieta już ochłonęła ale gniew jeszcze jej nie minął i walczy w niej by zrugać starego.
K: Siedzisz po nocach zamiast jak człowiek się położyć to przysypiasz.
S: Zwykły wypadek.
K: Ty i te Twoje bajki. Ale gdyby nie one to może i byłoby już po nas.
S: Niby jak?
Kobieta idzie do kominka i przynosi stamtąd wiadro metalowe do którego wrzuca gazetę i zgarnia popiół.
K: Zawsze jak słucham tych Twoich bajek to później śnią mi się głupoty. Tak jak dzisiaj. Tak mnie męczył sen że aż się obudziłam. Wstałam żeby napić się wody i zobaczyłam odblask na ścianie z dołu.
S: No więc widzisz sama. Na dobre wyszło to czytanie.
K: Na dobre... Dobre sobie. Gdybyś nie czytał to wcześniej byś się kładł.
S: Ale ona tak to lubi. Tak jak ty kiedyś. Pamiętasz?
Kobieta przysiada na oparciu fotela
K: jak mam nie pamiętać? Te twoje opowieści... Zawsze umiałeś tak opisać to wszystko... Tak żywo, realnie. Tak jak mówiłeś... Jakbyś...
Stary wchodzi jej w słowo
S: Sam projektował.
K: ...Tak. Zawsze tak się tłumaczyłeś... „ Wiem jak wygląda bo sam to projektowałem”. Za takie gadanie, kiedyś Bóg cię pokara.
S: I co zrobi? Zamknie mnie w piekle? Przecież sam je projektowałem...
Kobieta rozeźlona.
K: Przestań! Gadać bzdury. I przestań kłaść to jej do głowy
Osoby
Starzec (S) Ten sam co w Prologu.
Kobieta (K) kobieta koło pięćdziesiątki z rozpuszczonymi posiwiałymi włosami i szarymi oczyma. Ubrana w koszulę nocną.
Dziecko (D) Dziewczynka około lat dziesięciu. Szare włosy dość krótko przycięte, piękne szmaragdowe oczy. Ubrana w pidżamę.
Scena. Scenografia jak w Prologu. Tym razem mrok rozjaśniają małe pełgające płomyki. Rozlega się czyjś krzyk i do pomieszczenia wbiega kobieta przyświecając sobie lampą naftową- zdaje się że to ona krzyknęła nim wbiegła do pomieszczenia. Oświetlająca przestrzeń lampa wydobywa z półmroku siedzącego w fotelu dziadka który usiłuje ugasić płonącą gazetę uderzając w nią dłońmi tak że lecą z niej iskry i sadza dołączając do gryzącego dymu unoszącego się nad fotelem. Kobieta przypada i odstawiwszy lampę na stolik pomaga mu stłumić ostatnie płomienie.
S: Do diaska!
K: Co się stało!?
S: Nie wiem przysnąłem chyba!
Gasną w końcu ostatnie tlące się iskry.
K: Oszalałeś? Mówiłam żebyś szedł spać. Dobrze że się obudziłam!
S: Nic się nie stało przecież.
K: Nic? Mało się nie podpaliłeś! Wiesz co mówią? Dym by nas udusił nimbyśmy się pobudzili!
S: Co?
K: No tak mówią.
S: Jaki dym kobieto. Trochę się nakopciło a ty robisz szum.
Kobieta już ochłonęła ale gniew jeszcze jej nie minął i walczy w niej by zrugać starego.
K: Siedzisz po nocach zamiast jak człowiek się położyć to przysypiasz.
S: Zwykły wypadek.
K: Ty i te Twoje bajki. Ale gdyby nie one to może i byłoby już po nas.
S: Niby jak?
Kobieta idzie do kominka i przynosi stamtąd wiadro metalowe do którego wrzuca gazetę i zgarnia popiół.
K: Zawsze jak słucham tych Twoich bajek to później śnią mi się głupoty. Tak jak dzisiaj. Tak mnie męczył sen że aż się obudziłam. Wstałam żeby napić się wody i zobaczyłam odblask na ścianie z dołu.
S: No więc widzisz sama. Na dobre wyszło to czytanie.
K: Na dobre... Dobre sobie. Gdybyś nie czytał to wcześniej byś się kładł.
S: Ale ona tak to lubi. Tak jak ty kiedyś. Pamiętasz?
Kobieta przysiada na oparciu fotela
K: jak mam nie pamiętać? Te twoje opowieści... Zawsze umiałeś tak opisać to wszystko... Tak żywo, realnie. Tak jak mówiłeś... Jakbyś...
Stary wchodzi jej w słowo
S: Sam projektował.
K: ...Tak. Zawsze tak się tłumaczyłeś... „ Wiem jak wygląda bo sam to projektowałem”. Za takie gadanie, kiedyś Bóg cię pokara.
S: I co zrobi? Zamknie mnie w piekle? Przecież sam je projektowałem...
Kobieta rozeźlona.
K: Przestań! Gadać bzdury. I przestań kłaść to jej do głowy
D: Co kłaść?
Kobieta i Starzec spoglądają w stronę drzwi w których stoi dziewczynka w pidżamie.
K: Co tu robisz?
D: Obudziły mnie krzyki. Co się dzieje?
K: Nic takiego. Biegnij do łóżka. Rano szkoła czeka.
D: Kłócicie się?
D: Ależ skąd Kleo.
Kobieta kładzie staremu dłoń na ramieniu i mocno ściska. Ten spogląda na nią z fotela.
K: No biegnij. Zaraz zejdę do Ciebie.
Dziecko macha ręką na pożegnanie i znika.
K: Mówiłam żebyś skończył ją tak nazywać! Co to w ogóle za przezwisko! Już się sąsiedzi śmieją. Kleopatra...
D: Stare dzieje.
K: Skończ z tym!
D: Przecież ona to lubi, a w domu sąsiedzi nie słyszą.
K: Wystarczy że ja słyszę. Twoja wnuczka ma imię jakbyś zapomniał.
D: Zapomniał? Mam jedno dziecko i jedną wnuczkę. Jak możesz powiedzieć że zapomniałem jak ma na imię!
K: Bo czasami tak gadasz bzdury...
D: Stary stęka poprawiając się na fotelu. Kobieta skupia na nim wzrok jakby coś teraz dostrzegła.
K: A gdzie Twoje oko?
D: Hę?
Dziadek przesuwa palcami po twarzy.
K: Wyjmowałeś je?
D: Nie no, po co? Rzeczywiście. Musiało wypaść kiedy spałem.
K: Skaranie boskie... Mam nadzieje że się nie stłukło.
Kobieta bierze lampę ze stołu i przyświeca sobie nią po podłodze. Dziadek szuka za sobą i między oparciami fotela gmerając tam na ślepo paluchami. Kobieta w tym czasie klęka stawia lampę na podłodze i zagląda pod fotel:
K: Tu jest!
Sięga pod fotel i wyciąga coś. Wstaje i przeciera delikatnie rękawem koszuli.
K: Wypadło pewnie jak Cię ogień wystraszył. Szczęście że dywan gruby.
S: Nie stłukło się?
Kobieta przysuwa oko do twarzy by się przyjrzeć. Spogląda przez chwilę obracając w palcach okrągły przedmiot. Podchodzi do stolika do światła.
K: Dziwna sprawa...
S: Co?
K: Masz szare oko... A proteza zielona. Jakby nie Twoja.
S: Jak zielona? Pokaż.
Kobieta podaje mu przedmiot, któremu stary przygląda się pod światło.
S: No tak się wydaje. To przez światło. Musi w tym świetle wydaje się zielone.
K: Czy ja wiem...
S: A co? Myślisz że ktoś inny zgubił protezę pod moim fotelem?
Stary parska śmiechem co irytuje kobietę.
K: Oddawaj już.
Stary podaje jej sztuczne oko.
S: Oj córuś... Nie irytuj się. W świetle tak wygląda. Rano zobaczysz że w Słońcu szare jest.
K: Pewnie masz rację.
Kobieta odkłada protezę na stolik.
K: Tak czy inaczej niech leży. Trzeba będzie je rano odkazić. A ty kładź się już.
S: Jeszcze chwila...
K: Co znowu?
S: Ty się kładź. Ja posiedzę jeszcze.
K: Niereformowalny jesteś!
S: Po pierwsze nie podnoś już głosu bo może mała usnęła. Po drugie miałaś do niej zajrzeć chyba...
Kobieta znowu chce coś jeszcze powiedzieć ale stary podnosi rękę.
Kobieta i Starzec spoglądają w stronę drzwi w których stoi dziewczynka w pidżamie.
K: Co tu robisz?
D: Obudziły mnie krzyki. Co się dzieje?
K: Nic takiego. Biegnij do łóżka. Rano szkoła czeka.
D: Kłócicie się?
D: Ależ skąd Kleo.
Kobieta kładzie staremu dłoń na ramieniu i mocno ściska. Ten spogląda na nią z fotela.
K: No biegnij. Zaraz zejdę do Ciebie.
Dziecko macha ręką na pożegnanie i znika.
K: Mówiłam żebyś skończył ją tak nazywać! Co to w ogóle za przezwisko! Już się sąsiedzi śmieją. Kleopatra...
D: Stare dzieje.
K: Skończ z tym!
D: Przecież ona to lubi, a w domu sąsiedzi nie słyszą.
K: Wystarczy że ja słyszę. Twoja wnuczka ma imię jakbyś zapomniał.
D: Zapomniał? Mam jedno dziecko i jedną wnuczkę. Jak możesz powiedzieć że zapomniałem jak ma na imię!
K: Bo czasami tak gadasz bzdury...
D: Stary stęka poprawiając się na fotelu. Kobieta skupia na nim wzrok jakby coś teraz dostrzegła.
K: A gdzie Twoje oko?
D: Hę?
Dziadek przesuwa palcami po twarzy.
K: Wyjmowałeś je?
D: Nie no, po co? Rzeczywiście. Musiało wypaść kiedy spałem.
K: Skaranie boskie... Mam nadzieje że się nie stłukło.
Kobieta bierze lampę ze stołu i przyświeca sobie nią po podłodze. Dziadek szuka za sobą i między oparciami fotela gmerając tam na ślepo paluchami. Kobieta w tym czasie klęka stawia lampę na podłodze i zagląda pod fotel:
K: Tu jest!
Sięga pod fotel i wyciąga coś. Wstaje i przeciera delikatnie rękawem koszuli.
K: Wypadło pewnie jak Cię ogień wystraszył. Szczęście że dywan gruby.
S: Nie stłukło się?
Kobieta przysuwa oko do twarzy by się przyjrzeć. Spogląda przez chwilę obracając w palcach okrągły przedmiot. Podchodzi do stolika do światła.
K: Dziwna sprawa...
S: Co?
K: Masz szare oko... A proteza zielona. Jakby nie Twoja.
S: Jak zielona? Pokaż.
Kobieta podaje mu przedmiot, któremu stary przygląda się pod światło.
S: No tak się wydaje. To przez światło. Musi w tym świetle wydaje się zielone.
K: Czy ja wiem...
S: A co? Myślisz że ktoś inny zgubił protezę pod moim fotelem?
Stary parska śmiechem co irytuje kobietę.
K: Oddawaj już.
Stary podaje jej sztuczne oko.
S: Oj córuś... Nie irytuj się. W świetle tak wygląda. Rano zobaczysz że w Słońcu szare jest.
K: Pewnie masz rację.
Kobieta odkłada protezę na stolik.
K: Tak czy inaczej niech leży. Trzeba będzie je rano odkazić. A ty kładź się już.
S: Jeszcze chwila...
K: Co znowu?
S: Ty się kładź. Ja posiedzę jeszcze.
K: Niereformowalny jesteś!
S: Po pierwsze nie podnoś już głosu bo może mała usnęła. Po drugie miałaś do niej zajrzeć chyba...
Kobieta znowu chce coś jeszcze powiedzieć ale stary podnosi rękę.
S: Po trzecie, posiedzę i popilnuję czy gdzie się nie tli jakaś iskra. Lepiej dmuchać na zimne.
Kobieta patrzy jeszcze chwilę na niego po czym podnosi lampę z podłogi i wychodzi. W drzwiach obraca się w stronę starca bokiem
K: Dobranoc Ojcze!
S: Dobranoc dziecko.
Kobieta wychodzi. Kominek ledwo świeci się żarem. Lampka oliwna niemal się dopala tak że po jej wyjściu rzuca już tylko niewielki krąg światła na stoliku oświetlając leżącą tam książkę a na niej oko. W gasnącym świetle oko leży nieruchomo. Po chwili przetacza się tak że kieruje szmaragdową i lśniącą źrenicę na starca siedzącego w fotelu.
Koniec
KS
Kobieta patrzy jeszcze chwilę na niego po czym podnosi lampę z podłogi i wychodzi. W drzwiach obraca się w stronę starca bokiem
K: Dobranoc Ojcze!
S: Dobranoc dziecko.
Kobieta wychodzi. Kominek ledwo świeci się żarem. Lampka oliwna niemal się dopala tak że po jej wyjściu rzuca już tylko niewielki krąg światła na stoliku oświetlając leżącą tam książkę a na niej oko. W gasnącym świetle oko leży nieruchomo. Po chwili przetacza się tak że kieruje szmaragdową i lśniącą źrenicę na starca siedzącego w fotelu.
Koniec
KS
9
O: Zabiłem je.
SK: Wątpię skoro mnie się nie udało.
O: Co rzeczesz..?
Sk: Nie wiem... Nie rozumiem...
O: Czyżby więc się udało?
SK: Co takiego?
O: To co podpowiadała logika. Wszak prawo jest logiką a rozkazy jej matematyką... Udało się! Udało?
Twarz Ojca zaczyna się rozpromieniać.
SK: Tobie? Być może. Lecz ja nie wypełniłem rozkazu Rozumiesz?
O: Coraz lepiej. Nie mogłeś przecie.
SK: Mogłem. Próbowałem. Nie wiem co czuję bo nigdy czegoś takiego nie uświadczyłem... Czuję? Nie wiem co to za uczucie!
O: Bo nigdy nie zawiodłeś.
SK: Więc to takie uczucie? Obrzydliwe!
O: Witaj wśród ułomnych.
Ojciec czuje że strażnik spogląda na niego posępnie.
SK: Powinienem Cię zabić ale nie mogę bo rozkaz był iż po tym jak zabiję syna. I co teraz?
O: Jeśli po synu tedy nie możesz!
SK: Nie mogłem też nie uśmiercić Twego syna a jednak mi się udało. Więc czemu nie miałbym i drugi rozkaz złamać? Co za różnica?
O: Różnica jest w logice.
Ojciec który już ochłonął a tym co usłyszał od Strażnika uspokojony widocznie przysiadł na piętach.
SK: Cóż zatem mówi Ci logika na obronę tego nędznego ciała bez duszy?
O: Iż nie wykonałeś rozkazu lecz nie złamałeś prawa.
SK: Jak, skoro nie wykonałem rozkazu a prawo tego wymaga.
O: Ależ wykonałeś tylko nieskutecznie. Prawo wymaga od Ciebie reakcji lecz nie ponoszenia za nią odpowiedzialności. Tedy nie ty złamałeś prawo lecz okoliczności. A skoro prawo jest ponad rozkazem tak jak wola najwyższego ponad modlitwą...
Ojciec przerywa bo czuje jak Strażnik tężeje nagle a aura wokoło niego przygasza światło wysysając je by podsycić czarne płomienie. Przez chwilę panuje niezręczna cisza. Przerywa ją Strażnik tonem ostatecznej przestrogi
SK: Nie wspominamy tu o tych sprawach.
O (Skruszonym tonem): Wybacz.
SK: Więc co ustaliłeś?
O: To co planowałem. Ale choć rozum dowodził iż inaczej być nie może to dusza się lękała iż zwodzi ją rozum.
SK: Ty nie masz duszy Kadawerze.
O: Mniejsza o to. Twój rozkaz kazał Ci zabić syna a skoro nie udało Ci się oddzielić jego duszy od ciała by wiecznie błąkała się po piekle logika mi podpowiada iż oddzieliłeś duszę od piekła. Musi więc trafiła z ciałem do Świata żywych by tam się błąkać.
Ojciec niemal usłyszał jak Strażnik marszczy brwi.
SK: Wiecznie?
O: Tak być może.
SK: Dziwaczny pomysł.
O: Nie mój pierwszy.
Strażnik wyprostował się i popatrzył wzdłuż drogi.
SK: Więc prawo zachowane?
O: Tak sądzę. A ty czy widzisz w nim jakieś dziury?
Strażnik obraca się dookoła co można poznać jeno po tym jak krąg zatacza trzymany przez niego miecz.
SK: Widzę dziurę w twojej głowie, dziurę w duszy tam leżącej a nawet dziurę w kręgu lecz prawo nie jest dziurawe.
Ojciec podrywa się z klęczek.
O: Omal nie zapomniałem! Dusza! Jak ją nazwałeś?
SK: Wątpię skoro mnie się nie udało.
O: Co rzeczesz..?
Sk: Nie wiem... Nie rozumiem...
O: Czyżby więc się udało?
SK: Co takiego?
O: To co podpowiadała logika. Wszak prawo jest logiką a rozkazy jej matematyką... Udało się! Udało?
Twarz Ojca zaczyna się rozpromieniać.
SK: Tobie? Być może. Lecz ja nie wypełniłem rozkazu Rozumiesz?
O: Coraz lepiej. Nie mogłeś przecie.
SK: Mogłem. Próbowałem. Nie wiem co czuję bo nigdy czegoś takiego nie uświadczyłem... Czuję? Nie wiem co to za uczucie!
O: Bo nigdy nie zawiodłeś.
SK: Więc to takie uczucie? Obrzydliwe!
O: Witaj wśród ułomnych.
Ojciec czuje że strażnik spogląda na niego posępnie.
SK: Powinienem Cię zabić ale nie mogę bo rozkaz był iż po tym jak zabiję syna. I co teraz?
O: Jeśli po synu tedy nie możesz!
SK: Nie mogłem też nie uśmiercić Twego syna a jednak mi się udało. Więc czemu nie miałbym i drugi rozkaz złamać? Co za różnica?
O: Różnica jest w logice.
Ojciec który już ochłonął a tym co usłyszał od Strażnika uspokojony widocznie przysiadł na piętach.
SK: Cóż zatem mówi Ci logika na obronę tego nędznego ciała bez duszy?
O: Iż nie wykonałeś rozkazu lecz nie złamałeś prawa.
SK: Jak, skoro nie wykonałem rozkazu a prawo tego wymaga.
O: Ależ wykonałeś tylko nieskutecznie. Prawo wymaga od Ciebie reakcji lecz nie ponoszenia za nią odpowiedzialności. Tedy nie ty złamałeś prawo lecz okoliczności. A skoro prawo jest ponad rozkazem tak jak wola najwyższego ponad modlitwą...
Ojciec przerywa bo czuje jak Strażnik tężeje nagle a aura wokoło niego przygasza światło wysysając je by podsycić czarne płomienie. Przez chwilę panuje niezręczna cisza. Przerywa ją Strażnik tonem ostatecznej przestrogi
SK: Nie wspominamy tu o tych sprawach.
O (Skruszonym tonem): Wybacz.
SK: Więc co ustaliłeś?
O: To co planowałem. Ale choć rozum dowodził iż inaczej być nie może to dusza się lękała iż zwodzi ją rozum.
SK: Ty nie masz duszy Kadawerze.
O: Mniejsza o to. Twój rozkaz kazał Ci zabić syna a skoro nie udało Ci się oddzielić jego duszy od ciała by wiecznie błąkała się po piekle logika mi podpowiada iż oddzieliłeś duszę od piekła. Musi więc trafiła z ciałem do Świata żywych by tam się błąkać.
Ojciec niemal usłyszał jak Strażnik marszczy brwi.
SK: Wiecznie?
O: Tak być może.
SK: Dziwaczny pomysł.
O: Nie mój pierwszy.
Strażnik wyprostował się i popatrzył wzdłuż drogi.
SK: Więc prawo zachowane?
O: Tak sądzę. A ty czy widzisz w nim jakieś dziury?
Strażnik obraca się dookoła co można poznać jeno po tym jak krąg zatacza trzymany przez niego miecz.
SK: Widzę dziurę w twojej głowie, dziurę w duszy tam leżącej a nawet dziurę w kręgu lecz prawo nie jest dziurawe.
Ojciec podrywa się z klęczek.
O: Omal nie zapomniałem! Dusza! Jak ją nazwałeś?
SK: Kleopatra?
O: Tak! Skąd wiesz że tak miała na imię?
SK: W chwili śmierci sobie przypomniała więc i ja pamiętam jak wszystko co pod moją pieczą.
O: Umiera?
SK: Jak wszystko zabite wolą prawa. Prócz twego syna...
O: Przykro mi... Naprawdę... Gdyby żyła. Tym co uczyniła odkupiłaby winy...
Strażnik spogląda w stronę duszy.
SK: Nie wspominamy tu o takich sprawach... To piekło. Za późno na żal. Co zatem?
Ojciec Spoglądając w kierunku duszy z której unoszą się już solidne czarne płomienie spowijając ją aurą czerni podobną do tej Strażnika.
O: Jeśli sprawy pomiędzy nami zamknięte?
SK: Tak myślę.
O: Tedy pora mi wracać do Kierownika po obiecaną zapłatę.
SK: Chyba chcę to zobaczyć.
O: O tak. Na pewno. Ale jeszcze chwilę tu zabawię.
SK: Chwila nic nie znaczy w tym miejscu.
O: Zatem tym bardziej. Może i nie ma tu nic poza karą ale czuję że jestem coś winien duszy Kleopatry.
SK: Skoro tak twierdzisz...
Strażnik bez dalszej zwłoki zaczyna oddalać się w kierunku odległych zabudowań gdy tymczasem Ojciec schodzi nad brzeg rzeki. Wyciąga duszę na brzeg tak by jej woda nie porwała unikając płomieni lecz przeżarły ją już na tyle że nogi wraz dolną częścią ciała odrywają się nagle w snopach czarnych iskier i tłustych płatów sadzy i porwane przez rzekę znikają w jej stalowej toni a Ojciec ciężko siada na siedzeniu ciągnąc za czarne kikuty rąk tlący się korpus z głową. Przeklina pod nosem i obraca go twarzą do góry. Wciąga powietrze gdy spostrzega że dusza ma oczy szeroko otwarte i nadal szmaragdową zielenią roziskrzone. Kuca obok. Spogląda dookoła ale nikogo nie widać prócz odległego już Strażnika. Półgłosem w stronę duszy.
O: Dziękuję. Kleopatro..? Tak? I przepraszam. Planowałem i przewidywałem ale Ciebie w tym nie było. Choć kiedy usłyszałem jak prosisz o ludzi rozmowę... Może to przeczucie? A może zwykły zbieg okoliczności. Ale nie wierzę w przypadek... Czuję że tak miało być. Może czułem jeszcze zanim zaryzykowałem życiem mojej dzieciny? A teraz... Nie ukrywam niczego. Widzisz kim jestem. Potworem który naraża własne dziecko. Może Strażnik miał rację? Może nie mam duszy?
Dusza porusza niemrawo kikutami rąk.
O: Przepraszam. Tyle gadam a Ty nic odpowiedzieć nie możesz. Taką mam naturę. Ale nie przyszedłem by Ci ostatnie chwilę uprzykrzać gadaniem. Wiele już Ci czasu nie zostało. Więc dam Ci wybór. Nie ważne co ten kiep mówił- mam duszę. Dobrze ukrytą. I kawałek z tego czy innego powodu zostawię tu kiedy odejdę. Więc mógłbym... Mógłbym zabrać w zamian kawałek innej duszy... Albo całkiem małą duszyczkę... Co myślisz? Pomyśl... Nicość. Albo udręka powrotu do świata. Lecz ostrzegam. To będzie gorsze niż wieczność w piekle. Wierz mi. Więc co mi powiesz? Śpiesz się. Dusza Twoja już się dopala.
Przez chwilę panuje cisza po czym dusza wyciąga do niego kikuty swoich rąk. Scena ciemnieje i oddala się. W zapadającej ciemności widać jak Ojciec pochyla się nad resztkami duszy ugniatając coś jakby w rękach. Gdy ciemność ma zapaść całkowita widać jeszcze cień jego ręki wsuwającej coś pod opaskę.
Koniec aktu III
O: Tak! Skąd wiesz że tak miała na imię?
SK: W chwili śmierci sobie przypomniała więc i ja pamiętam jak wszystko co pod moją pieczą.
O: Umiera?
SK: Jak wszystko zabite wolą prawa. Prócz twego syna...
O: Przykro mi... Naprawdę... Gdyby żyła. Tym co uczyniła odkupiłaby winy...
Strażnik spogląda w stronę duszy.
SK: Nie wspominamy tu o takich sprawach... To piekło. Za późno na żal. Co zatem?
Ojciec Spoglądając w kierunku duszy z której unoszą się już solidne czarne płomienie spowijając ją aurą czerni podobną do tej Strażnika.
O: Jeśli sprawy pomiędzy nami zamknięte?
SK: Tak myślę.
O: Tedy pora mi wracać do Kierownika po obiecaną zapłatę.
SK: Chyba chcę to zobaczyć.
O: O tak. Na pewno. Ale jeszcze chwilę tu zabawię.
SK: Chwila nic nie znaczy w tym miejscu.
O: Zatem tym bardziej. Może i nie ma tu nic poza karą ale czuję że jestem coś winien duszy Kleopatry.
SK: Skoro tak twierdzisz...
Strażnik bez dalszej zwłoki zaczyna oddalać się w kierunku odległych zabudowań gdy tymczasem Ojciec schodzi nad brzeg rzeki. Wyciąga duszę na brzeg tak by jej woda nie porwała unikając płomieni lecz przeżarły ją już na tyle że nogi wraz dolną częścią ciała odrywają się nagle w snopach czarnych iskier i tłustych płatów sadzy i porwane przez rzekę znikają w jej stalowej toni a Ojciec ciężko siada na siedzeniu ciągnąc za czarne kikuty rąk tlący się korpus z głową. Przeklina pod nosem i obraca go twarzą do góry. Wciąga powietrze gdy spostrzega że dusza ma oczy szeroko otwarte i nadal szmaragdową zielenią roziskrzone. Kuca obok. Spogląda dookoła ale nikogo nie widać prócz odległego już Strażnika. Półgłosem w stronę duszy.
O: Dziękuję. Kleopatro..? Tak? I przepraszam. Planowałem i przewidywałem ale Ciebie w tym nie było. Choć kiedy usłyszałem jak prosisz o ludzi rozmowę... Może to przeczucie? A może zwykły zbieg okoliczności. Ale nie wierzę w przypadek... Czuję że tak miało być. Może czułem jeszcze zanim zaryzykowałem życiem mojej dzieciny? A teraz... Nie ukrywam niczego. Widzisz kim jestem. Potworem który naraża własne dziecko. Może Strażnik miał rację? Może nie mam duszy?
Dusza porusza niemrawo kikutami rąk.
O: Przepraszam. Tyle gadam a Ty nic odpowiedzieć nie możesz. Taką mam naturę. Ale nie przyszedłem by Ci ostatnie chwilę uprzykrzać gadaniem. Wiele już Ci czasu nie zostało. Więc dam Ci wybór. Nie ważne co ten kiep mówił- mam duszę. Dobrze ukrytą. I kawałek z tego czy innego powodu zostawię tu kiedy odejdę. Więc mógłbym... Mógłbym zabrać w zamian kawałek innej duszy... Albo całkiem małą duszyczkę... Co myślisz? Pomyśl... Nicość. Albo udręka powrotu do świata. Lecz ostrzegam. To będzie gorsze niż wieczność w piekle. Wierz mi. Więc co mi powiesz? Śpiesz się. Dusza Twoja już się dopala.
Przez chwilę panuje cisza po czym dusza wyciąga do niego kikuty swoich rąk. Scena ciemnieje i oddala się. W zapadającej ciemności widać jak Ojciec pochyla się nad resztkami duszy ugniatając coś jakby w rękach. Gdy ciemność ma zapaść całkowita widać jeszcze cień jego ręki wsuwającej coś pod opaskę.
Koniec aktu III
0
SK: Cóż to znowu?
O: To znaczy?
Sk: Cóż to za sztuczka?
O:A jakaż?
Sk: Gdzie masz duszę? Nie ma jej w ciele!
O: Skoro tak twierdzisz.
SK: Kadawer! Żywy trup? Mówiłem o tym i się okazało?
O: Skoro o tym mówiłeś. Tymczasem Twój rozkaz?
SK: Zabić syna na oczach ojca?
O: Nie ten wcześniejszy. Pamiętasz doskonale. Zabić wszystko co żywe a co po kręgu się błąka- jak każe prawo.
Sk. Pamiętam każdy rozkaz.
O: Więc jak masz zamiar zabić kogoś bez duszy którą mógłbyś oddzielić od ciała?
Tym razem SK milczy dużo dłużej. Dostatecznie długo by Ojciec znów mógł rzucić spojrzenie przez ramię na dziecko które oparło się o bok duszy i tak siedzą obok siebie w milczeniu spoglądając na rzekę.
SK: Nie zabiję bo już jak nieżywy jesteś.
O: Ale ruszam się? Mówię? A nawet myślę i składnie argumentuję!
SK: To prawda.
O: Czy tak trup robi?
SK: Nie bardzo.
O: To problem...
SK skupia na Ojcu skwierczące spojrzenie tak intensywnie niewidzialne że aż musi spuścić głowę czując że mu się zaraz przewierci przez pusty oczodół pod szmacianym opatrunkiem.
SK: Cwaniak.
O: Często mi to mówią.
SK: Więc masz propozycję?
O: A jakże strażniku. Proszę tylko o kilka minut zwłoki. Bym się z moim dzieckiem zdążył pożegnać. Cóż to jest kilka minut tu gdzie nikt nie wie czy jest wczoraj czy już jutro? Tu gdzie te kilka minut to tyle co ruch skrzydełka muchy?
SK: A w zamian?
O: Pokaże Ci duszę.
SK: Własną?
O: Nie inną. W mym ciele.
SK: Będę mógł zatem rozkaz wykonać co do joty.
O: O tak. Będę patrzył na śmierć mojego dziecka a kiedy tylko je zgładzisz będziesz mógł i mój żywot zakończyć
SK: Korci mnie. By zdjąć ci głowę z ramion by sprawdzić czy dusza nie wypłynie z rany... Ale to ryzyko... Więc zgoda.
O: Zatem czekaj a ja pomówię z dzieckiem.
SK: Byle nie za długo. Cierpliwość kończy się w mym mieczu.
Ojciec nie odpowiada tylko odchodzi w kierunku pary siedzącej na brzegu. Gdy podchodzi dziecko podrywa się na nogi i uśmiecha.
D: Wracamy już do domu?
O: Tak. Już za chwilę. Znudziło Ci się już tu?
D: Troszeczkę. Ale pani była bardzo miła.
O: To dobrze. (Do duszy nadstawiającej ucho). Teraz słuchać możesz obiecanego. (Do dziecka). Kochane... przepraszam cię. Przepraszam.
D: Za cóż Ojcze?
O: Za wszystko. Za wszystko co przegapione. Za obietnice niespełnione i niedotrzymane. Za smutki. Za ciszę. Za to miejsce. I za to co za chwilę.
D: Czemu się smucisz nagle ojcze? Dzisiejszy dzień dziwny ale jak świąteczny.
O: Dziwnego masz ojca skoro uważasz to co się działo za świąteczne.
D: Najdziwniejszego! Najkochańszego!
Dziecko przytula się do klęczącego Ojca. Przez chwilę trwa cisza. Ojciec odwraca głowę by dziecko nie widziało łez spływających mu po twarzy.
O: Dobrze jest móc czuć twój uścisk. Mógłbym tak wiecznie.
D: Czuję że tutaj to możliwe.
O: Chciałbym żeby tak było. To boli choć wiem że będzie dobrze to nie potrafię przeskoczyć tego momentu.
O: To znaczy?
Sk: Cóż to za sztuczka?
O:A jakaż?
Sk: Gdzie masz duszę? Nie ma jej w ciele!
O: Skoro tak twierdzisz.
SK: Kadawer! Żywy trup? Mówiłem o tym i się okazało?
O: Skoro o tym mówiłeś. Tymczasem Twój rozkaz?
SK: Zabić syna na oczach ojca?
O: Nie ten wcześniejszy. Pamiętasz doskonale. Zabić wszystko co żywe a co po kręgu się błąka- jak każe prawo.
Sk. Pamiętam każdy rozkaz.
O: Więc jak masz zamiar zabić kogoś bez duszy którą mógłbyś oddzielić od ciała?
Tym razem SK milczy dużo dłużej. Dostatecznie długo by Ojciec znów mógł rzucić spojrzenie przez ramię na dziecko które oparło się o bok duszy i tak siedzą obok siebie w milczeniu spoglądając na rzekę.
SK: Nie zabiję bo już jak nieżywy jesteś.
O: Ale ruszam się? Mówię? A nawet myślę i składnie argumentuję!
SK: To prawda.
O: Czy tak trup robi?
SK: Nie bardzo.
O: To problem...
SK skupia na Ojcu skwierczące spojrzenie tak intensywnie niewidzialne że aż musi spuścić głowę czując że mu się zaraz przewierci przez pusty oczodół pod szmacianym opatrunkiem.
SK: Cwaniak.
O: Często mi to mówią.
SK: Więc masz propozycję?
O: A jakże strażniku. Proszę tylko o kilka minut zwłoki. Bym się z moim dzieckiem zdążył pożegnać. Cóż to jest kilka minut tu gdzie nikt nie wie czy jest wczoraj czy już jutro? Tu gdzie te kilka minut to tyle co ruch skrzydełka muchy?
SK: A w zamian?
O: Pokaże Ci duszę.
SK: Własną?
O: Nie inną. W mym ciele.
SK: Będę mógł zatem rozkaz wykonać co do joty.
O: O tak. Będę patrzył na śmierć mojego dziecka a kiedy tylko je zgładzisz będziesz mógł i mój żywot zakończyć
SK: Korci mnie. By zdjąć ci głowę z ramion by sprawdzić czy dusza nie wypłynie z rany... Ale to ryzyko... Więc zgoda.
O: Zatem czekaj a ja pomówię z dzieckiem.
SK: Byle nie za długo. Cierpliwość kończy się w mym mieczu.
Ojciec nie odpowiada tylko odchodzi w kierunku pary siedzącej na brzegu. Gdy podchodzi dziecko podrywa się na nogi i uśmiecha.
D: Wracamy już do domu?
O: Tak. Już za chwilę. Znudziło Ci się już tu?
D: Troszeczkę. Ale pani była bardzo miła.
O: To dobrze. (Do duszy nadstawiającej ucho). Teraz słuchać możesz obiecanego. (Do dziecka). Kochane... przepraszam cię. Przepraszam.
D: Za cóż Ojcze?
O: Za wszystko. Za wszystko co przegapione. Za obietnice niespełnione i niedotrzymane. Za smutki. Za ciszę. Za to miejsce. I za to co za chwilę.
D: Czemu się smucisz nagle ojcze? Dzisiejszy dzień dziwny ale jak świąteczny.
O: Dziwnego masz ojca skoro uważasz to co się działo za świąteczne.
D: Najdziwniejszego! Najkochańszego!
Dziecko przytula się do klęczącego Ojca. Przez chwilę trwa cisza. Ojciec odwraca głowę by dziecko nie widziało łez spływających mu po twarzy.
O: Dobrze jest móc czuć twój uścisk. Mógłbym tak wiecznie.
D: Czuję że tutaj to możliwe.
O: Chciałbym żeby tak było. To boli choć wiem że będzie dobrze to nie potrafię przeskoczyć tego momentu.
D: Tato? Nie rozumiem.
O: Rozum to jedno a serce drugie. Rozumem ogarniam tak wiele a mimo to czuję jak mi serce pęka. Nie potrafię. Nie umiem!
D: Może ja Cię nauczę?
O: Czego?
D: Czego zapragniesz. Umiem wiele. Czytać trochę. I pisać litery. Umiem się ubrać. I znam twoje wierszyki.
Ojciec znów odwraca głowę przytulając mocno dziecko do piersi. Przez zamglone łzą oko spostrzega wpatrującą się w nich siedzącą obok duszę. Jej oczy nie są już matowe i martwe jak wcześniej. Błyszczą morską zielenią. Zielenią pełną światła czystego jak pierwsze światło rozszczepione w kropli rosy uwięzionej w rozpiętej w nocy pajęczynie. W tysiącu kropel z których w każdej błyszczy osobny mały klejnot. Po bladym policzku spływa łza. Pierwsza od tysiąca lat. Dusza kładzie delikatnie dłoń na ramieniu Ojca.
SK: Już pora.
Strażnik niepostrzeżenie podszedł tuż obok.
Ojciec ostatni raz ściska mocno dziecko i puszcza je, więc stoi małe i szczupłe z opuszczonymi rękoma i zadartą głowa w stronę strażnika.
SK: Stań z boku.
O: Rezygnuję! Odmawiam!
SK: Co?
O: Zrzekam się wszystkiego! Nie pozwolę! Odwołuje wszystko i rezygnuje!
SK. Nie ważne.
O: Zabiję Cię jeśli je tkniesz!
SK: Jak chcesz...
Strażnik Kręgu wznosi płomieniście lśniący czernią miecz nad głowę gdy niespodziewanie Ojciec próbuje wejść między niego a dziecko. Lecz jest ktoś szybszy. Niema dusza. Nie wiadomo kiedy zerwała się na równe nogi i próbuje odepchnąć Strażnika. Lecz jej dłonie w zetknięciu z jego piersią zmieniają się w czarny popiół rozpadając się niczym wypalona kłoda. Dusza nie może się zatrzymać i rozpędem pada na bok lecz Strażnik łapie ją w tym upadku lewą ręką za bark, który zaczyna dymić i czernieć powstrzymując przed upadkiem.
SK: Kleopatro?
Dusza próbuje nadaremno wykręcić się z uścisku strażnika otwierając przerażająco szeroko zielone oczy i usta pozbawione języka. Strażnik powoli wsuwa jej w pierś swój gorejący czernią miecz. Wszystko to jak w niemym kinie bez dźwięku choćby jednego. Ojciec w pól kroku zamarły. Dziecko w szoku zmrożone patrzą jak Strażnik puszcza duszę a ta zsuwa się z ostrza bezwładnie padając przed dzieckiem na plecy zionąc dziurą w piersi z której unosi się dym i płatki sadzy wypalanego ciągle czarnym żarem ciała. Strażnik przestępuje nad duszą. Ojciec ożywa i skacze na niego lecz ten nie zaszczyca go spojrzeniem tylko ciosem lewej ręki odrzuca na bok. Staje nad dzieckiem.
Ojciec wrzeszczy próbując się podnieść
O: Przestań!
D: Ojcze?
Strażnik wznosząc ostrze nad dzieckiem
Sk: To tylko rozkaz. Nie będzie bolało.
O: Pamiętaj jaki rozkaz!
D: Ojcze?
O: Kocham cię!
Miecz opada zostawiając za sobą smugę czerni. Grom ogłusza Ojca o błysk czerni na chwilę oślepia kulą kosmicznego mroku okolicę. Podmuch wyrzuca wszystkich w powietrze i rozrzuca w trzy strony. Światło po chwili wraca lękliwie zastępując rozpraszający się mrok. Strażnik podnosi się próbując oprzeć się na rękach. W końcu udaje mu się to i macając wokoło szuka miecza który musiał upuścić. Ojciec oślepiony siedzi jeszcze przez chwilę niczym szmaciana lalka lecz w końcu wstaje akurat kiedy Strażnik w końcu podnosi miecz wyglądający jak cień tego czym był jeszcze przed chwilą. Dusza leży nieruchomo na wznak częściowo w wodzie, która próbuje ją unieść z brzegu. Z jej pleców wciąż unoszą się smugi dymu raz mocniej a raz słabnąc.
O: Rozum to jedno a serce drugie. Rozumem ogarniam tak wiele a mimo to czuję jak mi serce pęka. Nie potrafię. Nie umiem!
D: Może ja Cię nauczę?
O: Czego?
D: Czego zapragniesz. Umiem wiele. Czytać trochę. I pisać litery. Umiem się ubrać. I znam twoje wierszyki.
Ojciec znów odwraca głowę przytulając mocno dziecko do piersi. Przez zamglone łzą oko spostrzega wpatrującą się w nich siedzącą obok duszę. Jej oczy nie są już matowe i martwe jak wcześniej. Błyszczą morską zielenią. Zielenią pełną światła czystego jak pierwsze światło rozszczepione w kropli rosy uwięzionej w rozpiętej w nocy pajęczynie. W tysiącu kropel z których w każdej błyszczy osobny mały klejnot. Po bladym policzku spływa łza. Pierwsza od tysiąca lat. Dusza kładzie delikatnie dłoń na ramieniu Ojca.
SK: Już pora.
Strażnik niepostrzeżenie podszedł tuż obok.
Ojciec ostatni raz ściska mocno dziecko i puszcza je, więc stoi małe i szczupłe z opuszczonymi rękoma i zadartą głowa w stronę strażnika.
SK: Stań z boku.
O: Rezygnuję! Odmawiam!
SK: Co?
O: Zrzekam się wszystkiego! Nie pozwolę! Odwołuje wszystko i rezygnuje!
SK. Nie ważne.
O: Zabiję Cię jeśli je tkniesz!
SK: Jak chcesz...
Strażnik Kręgu wznosi płomieniście lśniący czernią miecz nad głowę gdy niespodziewanie Ojciec próbuje wejść między niego a dziecko. Lecz jest ktoś szybszy. Niema dusza. Nie wiadomo kiedy zerwała się na równe nogi i próbuje odepchnąć Strażnika. Lecz jej dłonie w zetknięciu z jego piersią zmieniają się w czarny popiół rozpadając się niczym wypalona kłoda. Dusza nie może się zatrzymać i rozpędem pada na bok lecz Strażnik łapie ją w tym upadku lewą ręką za bark, który zaczyna dymić i czernieć powstrzymując przed upadkiem.
SK: Kleopatro?
Dusza próbuje nadaremno wykręcić się z uścisku strażnika otwierając przerażająco szeroko zielone oczy i usta pozbawione języka. Strażnik powoli wsuwa jej w pierś swój gorejący czernią miecz. Wszystko to jak w niemym kinie bez dźwięku choćby jednego. Ojciec w pól kroku zamarły. Dziecko w szoku zmrożone patrzą jak Strażnik puszcza duszę a ta zsuwa się z ostrza bezwładnie padając przed dzieckiem na plecy zionąc dziurą w piersi z której unosi się dym i płatki sadzy wypalanego ciągle czarnym żarem ciała. Strażnik przestępuje nad duszą. Ojciec ożywa i skacze na niego lecz ten nie zaszczyca go spojrzeniem tylko ciosem lewej ręki odrzuca na bok. Staje nad dzieckiem.
Ojciec wrzeszczy próbując się podnieść
O: Przestań!
D: Ojcze?
Strażnik wznosząc ostrze nad dzieckiem
Sk: To tylko rozkaz. Nie będzie bolało.
O: Pamiętaj jaki rozkaz!
D: Ojcze?
O: Kocham cię!
Miecz opada zostawiając za sobą smugę czerni. Grom ogłusza Ojca o błysk czerni na chwilę oślepia kulą kosmicznego mroku okolicę. Podmuch wyrzuca wszystkich w powietrze i rozrzuca w trzy strony. Światło po chwili wraca lękliwie zastępując rozpraszający się mrok. Strażnik podnosi się próbując oprzeć się na rękach. W końcu udaje mu się to i macając wokoło szuka miecza który musiał upuścić. Ojciec oślepiony siedzi jeszcze przez chwilę niczym szmaciana lalka lecz w końcu wstaje akurat kiedy Strażnik w końcu podnosi miecz wyglądający jak cień tego czym był jeszcze przed chwilą. Dusza leży nieruchomo na wznak częściowo w wodzie, która próbuje ją unieść z brzegu. Z jej pleców wciąż unoszą się smugi dymu raz mocniej a raz słabnąc.
Widać też czarne pełgające po nich płomienie. Ojciec słaniając się podchodzi do miejsca gdzie jeszcze przed chwilą stało jego dziecko a teraz w zieleni zieje głęboka dymiąca czarno wyrwa. Strażnik spojrzał na niego ale zajęty jest próbą rozpalenia ponownie miecza co udaje mu się po kilku chwilach i próbach. Ojciec szepce do siebie ocierając rękawem twarz przy okazji rozsmarowując po niej i przepasce na oku sadzę.
3
Akt III
Osoby
Ojciec (O)
Dziecię (D)
Strażnik Kręgu (SK) w przybraniu atrybutów i aspektów pełnych.
Dusza druga (D2)
Scena
Droga brukowana biegnąca przez łąkę oddzielającego ją z jednej strony od rzeki. Nie masz tu mgły więc widać w oddali z przodu i tyłu majaczące na horyzoncie budynki z których i do których zdaje się prowadzi. Niebo przybrało barwę wyblakłą, malowaną rozwodnioną akwarelą, jasną choć bez śladu Słońca. Jeśli się bliżej przyjrzeć można spostrzec iż łąka raczej namalowana jest na czymś chropowatym i gruzłowatym farbą zieloną niż prawdziwą łąką bez śladu choćby plamy innego koloru zaznaczającego na zwykłej łące kwiat, zioło czy owada. Rzeka za to toczy leniwie po równinie wody stalowo-sine i ciemne. Przypomina zimową toń tuż przed zamarznięciem choć wokoło nie czuć chłodu.
Ciemna scena jaśnieje z nagła by po chwili ściemnieć znowu do stanu właściwego odsłaniając szczegóły, które opisano. Na brukowanej drodze stoi Ojciec z dzieckiem w ramionach. Daleko za nim widać plamę czerni zwiastującą nadciągającego Strażnika. Przy rzece nieopodal przysiadła dusza przyjmując klasyczną pozę yokuzowari. Ojciec spogląda wstecz a później rozgląda się na wzdłuż rzeki.
D: Co się stało ojcze? Czemu nie uciekamy?
O: Nie ma ucieczki przed strażnikiem.
D: Więc czemu biegniemy?
O: Szukam... (spostrzegłszy duszę) O tu jest!.
Podchodzi spiesznie do duszy, która przekrzywia głowę stroną nie okaleczona w kierunku nadchodzących i zaczyna się podnosić. Ojciec stawia dziecko na malowanej łące i gestem ją powstrzymuje.
O: Nie wstawaj proszę. Tak jak obiecałem niedługo usłyszysz rozmowę ludzi. Ale wstrzymaj się chwilę. Zostawię dziecię z Tobą.
D: Ojcze!
O: Nie bój się ukochane. Na chwilę tylko. Muszę zamienić kilka słów z naszą Nemezis nim się zbliży. Czy zostaniesz z tą duszą? Nie odejdę daleko.
Dziecko kiwa posłusznie głową.
O: Tylko trzymaj się z dala od wody. Nie dotykaj jej i nie patrz zbyt długo w fale a najlepiej wcale.
Dziecko znów kiwa głową i poprawia czapeczkę. Ojciec zwraca się więc znów do duszy.
O: Poczekasz?
Ta kiwa głową spokojnie więc Ojciec przytula jeszcze dziecko i odchodzi w kierunku nadciągającego Strażnika. Ten jest już o kroków dwadzieścia od postaci nad rzeką gdy mu drogę zagradza. Strażnik zdaje się go ignorować lecz w końcu zatrzymuje się tuż przed nim.
O: Strażniku pozwól na chwilę...
SK: Chcesz mnie powstrzymać?
O: Pragnę lecz wiem że nie wskóram nic.
SK: Więc czemu nieuniknione opóźniasz?
Osoby
Ojciec (O)
Dziecię (D)
Strażnik Kręgu (SK) w przybraniu atrybutów i aspektów pełnych.
Dusza druga (D2)
Scena
Droga brukowana biegnąca przez łąkę oddzielającego ją z jednej strony od rzeki. Nie masz tu mgły więc widać w oddali z przodu i tyłu majaczące na horyzoncie budynki z których i do których zdaje się prowadzi. Niebo przybrało barwę wyblakłą, malowaną rozwodnioną akwarelą, jasną choć bez śladu Słońca. Jeśli się bliżej przyjrzeć można spostrzec iż łąka raczej namalowana jest na czymś chropowatym i gruzłowatym farbą zieloną niż prawdziwą łąką bez śladu choćby plamy innego koloru zaznaczającego na zwykłej łące kwiat, zioło czy owada. Rzeka za to toczy leniwie po równinie wody stalowo-sine i ciemne. Przypomina zimową toń tuż przed zamarznięciem choć wokoło nie czuć chłodu.
Ciemna scena jaśnieje z nagła by po chwili ściemnieć znowu do stanu właściwego odsłaniając szczegóły, które opisano. Na brukowanej drodze stoi Ojciec z dzieckiem w ramionach. Daleko za nim widać plamę czerni zwiastującą nadciągającego Strażnika. Przy rzece nieopodal przysiadła dusza przyjmując klasyczną pozę yokuzowari. Ojciec spogląda wstecz a później rozgląda się na wzdłuż rzeki.
D: Co się stało ojcze? Czemu nie uciekamy?
O: Nie ma ucieczki przed strażnikiem.
D: Więc czemu biegniemy?
O: Szukam... (spostrzegłszy duszę) O tu jest!.
Podchodzi spiesznie do duszy, która przekrzywia głowę stroną nie okaleczona w kierunku nadchodzących i zaczyna się podnosić. Ojciec stawia dziecko na malowanej łące i gestem ją powstrzymuje.
O: Nie wstawaj proszę. Tak jak obiecałem niedługo usłyszysz rozmowę ludzi. Ale wstrzymaj się chwilę. Zostawię dziecię z Tobą.
D: Ojcze!
O: Nie bój się ukochane. Na chwilę tylko. Muszę zamienić kilka słów z naszą Nemezis nim się zbliży. Czy zostaniesz z tą duszą? Nie odejdę daleko.
Dziecko kiwa posłusznie głową.
O: Tylko trzymaj się z dala od wody. Nie dotykaj jej i nie patrz zbyt długo w fale a najlepiej wcale.
Dziecko znów kiwa głową i poprawia czapeczkę. Ojciec zwraca się więc znów do duszy.
O: Poczekasz?
Ta kiwa głową spokojnie więc Ojciec przytula jeszcze dziecko i odchodzi w kierunku nadciągającego Strażnika. Ten jest już o kroków dwadzieścia od postaci nad rzeką gdy mu drogę zagradza. Strażnik zdaje się go ignorować lecz w końcu zatrzymuje się tuż przed nim.
O: Strażniku pozwól na chwilę...
SK: Chcesz mnie powstrzymać?
O: Pragnę lecz wiem że nie wskóram nic.
SK: Więc czemu nieuniknione opóźniasz?
O: Bo jestem tylko człowiekiem. A to krew z krwi mojej i dusza z mojej duszy.
SK: Wątpię.
O: W co wątpisz strażniku?
SK: Widzę że niepodobny do ciebie.
Ojciec krzywi się boleśnie. Lecz nie ustępuje.
O: A czy dziecko musi być podobne do ojca?
SK: Prawo nic o tym nie mówi.
O: Więc skąd myśl że niepodobne?
SK: Bo zupełnie inne. Ale cóż po tym skoro zaraz rozwiążę ten węzeł?
O: Cóż chcesz uczynić?
SK: To co rozkazano. Zgodnie z prawem. Rozkaz, zabij co żywe. Rozkaz, zabij chłopca na oczach ojca. Taki mam rozkaz. Chcesz mnie powstrzymać?
O: Nie zdołam. Lecz co innego myślę.
SK: Spiesz się zatem bo nagli mnie konieczność.
Ojciec rzuca krótkie spojrzenie przez ramię i widzi iż dziecię z duszą prubuje grać w łapki.
O: Dobrze. Zatem krótko. Skoro masz zabić co żywe jak ci rozkazano i dziecko moje na moich oczach to nie możesz mnie zabić pierwszego?
SK tym razem milczy przez chwilę.
SK: Tak jak rzeczesz. Lecz nie muszę. Jeśli mi nie zejdziesz z drogi zgniotę cię jak muchę. I rzucę na bruk byś patrzył jak dziecko twoje umiera.
Ojciec skrzywił się słysząc ostatnie słowo lecz szybko odpowiada.
O: Nie wątpię. Nie mam zamiaru stawiać Ci czoła. Ale mam jeszcze pytanie jeśli łaska.
Strażnik tymczasem próbował wyminąć Ojca ale ten postąpił dwa kroki w tył zastępując mu znów drogę.
Zdaje się że głos Strażnika w głowie ojca przez chwilę okazuje irytację ale być może to tylko sugestia iż tak powinno być a nie rzeczywista jego reakcja.
SK: Spiesz się!
O: Co z dzieckiem? Zabijesz je? W piekle? Czy to możliwe?
SK: Oddzielę jego duszę od ciała i jak inne zostanie w piekle na zawsze.
O: Tak nie może być! Przecie ono ma dusze czystą, nieskalaną! A co z ciałem?
SK wydaje się pierwszy raz spoglądać na Ojca z uwagą- przynajmniej poczuł na sobie jego ciężki wzrok.
SK: Tak, gdy umiera ktoś w świecie jego dusza skalana trafia do piekła chyba iż jest czysta wtedy... Wtedy... Rozumiesz? Nie mówimy tu o tym. A ciało? Nie wiem. Nie zapisano tego w prawie. Ale skoro po świecie żywych krążą dusze bez ciała, które spoczywa w grobie to może po piekle będzie się błąkało ciało bez duszy spoczywającej w kręgu?
Płomienie sylwetki Strażnika wystrzeliły wyżej aż pociemniał nimb spalanego w nich światła.
O: A jeśli żywego zabijesz w tym kręgu?
SK: Już powiedziałem. Nie wiem. Prawo tego nie obejmuje a co poza prawem to poza mną. A dusza jak inne będzie się błąkać tu aż zniknie lub do świata końca co prędzej nastanie. A teraz odejdź na bok.
O: Czekaj jeszcze chwilę.
SK: Cóż znowu?
O: Czy możesz wejrzeć we mnie?
SK: Wejrzeć..?
O: Możesz. Zobaczyć co skrywam. Kolory duszy możesz prawda? Czy zgniła czy też czysta? Jestem pewien że możesz.
SK. Tak jest.
O: Więc zrób to! A ustąpię ci z drogi natychmiast.
Strażnik przez chwilę jakby się zastanawiał ledwo pełgając ognikami. W końcu wyciąga czarne ramię i opiera o pierś Ojca która skiwerczy pod naporem płomieni czarnych i zimnych jak pustka. Ojciec krzywi się lecz nie cofa. Za to Strażnik nagłym ruchem cofa ramię.
SK: Wątpię.
O: W co wątpisz strażniku?
SK: Widzę że niepodobny do ciebie.
Ojciec krzywi się boleśnie. Lecz nie ustępuje.
O: A czy dziecko musi być podobne do ojca?
SK: Prawo nic o tym nie mówi.
O: Więc skąd myśl że niepodobne?
SK: Bo zupełnie inne. Ale cóż po tym skoro zaraz rozwiążę ten węzeł?
O: Cóż chcesz uczynić?
SK: To co rozkazano. Zgodnie z prawem. Rozkaz, zabij co żywe. Rozkaz, zabij chłopca na oczach ojca. Taki mam rozkaz. Chcesz mnie powstrzymać?
O: Nie zdołam. Lecz co innego myślę.
SK: Spiesz się zatem bo nagli mnie konieczność.
Ojciec rzuca krótkie spojrzenie przez ramię i widzi iż dziecię z duszą prubuje grać w łapki.
O: Dobrze. Zatem krótko. Skoro masz zabić co żywe jak ci rozkazano i dziecko moje na moich oczach to nie możesz mnie zabić pierwszego?
SK tym razem milczy przez chwilę.
SK: Tak jak rzeczesz. Lecz nie muszę. Jeśli mi nie zejdziesz z drogi zgniotę cię jak muchę. I rzucę na bruk byś patrzył jak dziecko twoje umiera.
Ojciec skrzywił się słysząc ostatnie słowo lecz szybko odpowiada.
O: Nie wątpię. Nie mam zamiaru stawiać Ci czoła. Ale mam jeszcze pytanie jeśli łaska.
Strażnik tymczasem próbował wyminąć Ojca ale ten postąpił dwa kroki w tył zastępując mu znów drogę.
Zdaje się że głos Strażnika w głowie ojca przez chwilę okazuje irytację ale być może to tylko sugestia iż tak powinno być a nie rzeczywista jego reakcja.
SK: Spiesz się!
O: Co z dzieckiem? Zabijesz je? W piekle? Czy to możliwe?
SK: Oddzielę jego duszę od ciała i jak inne zostanie w piekle na zawsze.
O: Tak nie może być! Przecie ono ma dusze czystą, nieskalaną! A co z ciałem?
SK wydaje się pierwszy raz spoglądać na Ojca z uwagą- przynajmniej poczuł na sobie jego ciężki wzrok.
SK: Tak, gdy umiera ktoś w świecie jego dusza skalana trafia do piekła chyba iż jest czysta wtedy... Wtedy... Rozumiesz? Nie mówimy tu o tym. A ciało? Nie wiem. Nie zapisano tego w prawie. Ale skoro po świecie żywych krążą dusze bez ciała, które spoczywa w grobie to może po piekle będzie się błąkało ciało bez duszy spoczywającej w kręgu?
Płomienie sylwetki Strażnika wystrzeliły wyżej aż pociemniał nimb spalanego w nich światła.
O: A jeśli żywego zabijesz w tym kręgu?
SK: Już powiedziałem. Nie wiem. Prawo tego nie obejmuje a co poza prawem to poza mną. A dusza jak inne będzie się błąkać tu aż zniknie lub do świata końca co prędzej nastanie. A teraz odejdź na bok.
O: Czekaj jeszcze chwilę.
SK: Cóż znowu?
O: Czy możesz wejrzeć we mnie?
SK: Wejrzeć..?
O: Możesz. Zobaczyć co skrywam. Kolory duszy możesz prawda? Czy zgniła czy też czysta? Jestem pewien że możesz.
SK. Tak jest.
O: Więc zrób to! A ustąpię ci z drogi natychmiast.
Strażnik przez chwilę jakby się zastanawiał ledwo pełgając ognikami. W końcu wyciąga czarne ramię i opiera o pierś Ojca która skiwerczy pod naporem płomieni czarnych i zimnych jak pustka. Ojciec krzywi się lecz nie cofa. Za to Strażnik nagłym ruchem cofa ramię.
4
Kierownik wskakuje tyłkiem na stolnicę a w tym czasie pomocnicy przewracają beczkę z której wysypują się ludzkie członki. Jeden liczy je przerzucając na nowy stos a drugi zapisuje w zeszycie. W końcu kończą.
K: Wyliczajcie!
PK 1 czyta z notesu a PK 2 przytakuje.
PK1:
Drobne
Język i ucho po sztuce!
Skalp jeden.
Noga cała!
Stópek dwanaście.
Dłoni dwadzieścia i cztery..!
Kierownik zrywa się ze stolnicy
K : Ha!!!
PK 1 Wpada mu w słowo
PK1: ...Dusz i jedna strzygi!
K: Co!!?
Pomocnicy przerażeni zatykają uszy!
K: Być nie może! Strzygi tu nie było dzisiaj!
O: A kto mówi że była. Niemniej dłoń zapłacona i do sprawdzenia iż przeze mnie!
K: Świadka nie ma!
O: Jest! Cały czas nad Twoją głową!
Ekipa podnosi głowy i spogląda na wiszącą nad nimi czarną niczym smoła buczącą chmurę.
O: Mogę go poprosić o rozstrzygnięcie ale nie darmo! Kto się myli ten płaci!
K: No i dobrze. Nawet jeśli to nic to nie zmienia. Nie było umowy więc opłata nieważna.
O: Nieładnie. W takim razie proszę o zwrot dłoni.
K: Dajcie mu dłoń!
PK1 podnosi ze stosu osmoloną dłoń strzygi i podaje Ojcu lecz ten nie reaguje.
K: Bierz!
O: O nie! Wezmę sobie dłoń jaką mi się uwidzi.
K. Nie! To ja rządzę w tym kramie i weźmiesz taką jaką wrzuciłeś!
O: Mogłoby się zdawać. Lecz właśnie podpisałeś umowę.
K: Nic takiego!
O: A jednak! O ile pamięć mnie nie myli kazałeś dać pomocnikowi dłoń ale nie powiedziałeś którą!
Kierownik, który zdążył się już nieco uspokoić znowu robi się czerwona z wściekłości.
K: Na mistrza! Niech będzie! Dość mam już Twojej bezczelności. Bierz którą chcesz!
O: Wezmę!
K: Bierz gnido a wtedy zajmiemy się inną sprawą...
Kierownik uśmiecha się obleśnie przekrzywiając głowę i spoglądając na kryjące się za Ojcem dziecko. Ojciec tymczasem zwraca się do pomocników.
O: Dobrze. Tak jak wasz pan powiedział. Chcę jego prawej dłoni!
K i pomocnicy zgodnie: Co???
Równie zgodnie zamykają usta dłońmi i bledną.
O: Kierownik zawarł umowę na dłoń dowolną- świadków aż nadto. A za wasze pytanie żądam w zapłacie byście mi ją przynieśli natychmiast, bo z wami umowy o pytanie nie miałem!
K: Szalony! Oszalał żywym między umarłymi! Kpisz!
Pomocnicy w tej chwili łapią go i szarpiącego przytrzymują wykręcając rękę lewą za plecami a prawą wyciągając nad stolnicą. PK2 łapie za tasak i bierze zamach. Kierownik ryczy puszczając dym ustami w których prześwitują płomienie. Na głowie pojawiają mu się rosnące zakrzywione rogi a raczej ich zarys z krwawych cieni.
K: Co się dzieje! Jak śmiecie! Będę z was darł skórę! Nieee!
Ostrze tasaka opada
O: Stop!
Ostrze zatrzymuje się w pół ciosu. Wszyscy patrzą na Ojca.
O: Myślę że mógłbyś rozważyć teraz moje wcześniejsze życzenie.
Kierownik charcząc:
K: Zgoda! Rozważę szaleńcze!
O: Raczej wyrazić zgodę niż rozważyć...
K: Cwaniak!
K: Wyliczajcie!
PK 1 czyta z notesu a PK 2 przytakuje.
PK1:
Drobne
Język i ucho po sztuce!
Skalp jeden.
Noga cała!
Stópek dwanaście.
Dłoni dwadzieścia i cztery..!
Kierownik zrywa się ze stolnicy
K : Ha!!!
PK 1 Wpada mu w słowo
PK1: ...Dusz i jedna strzygi!
K: Co!!?
Pomocnicy przerażeni zatykają uszy!
K: Być nie może! Strzygi tu nie było dzisiaj!
O: A kto mówi że była. Niemniej dłoń zapłacona i do sprawdzenia iż przeze mnie!
K: Świadka nie ma!
O: Jest! Cały czas nad Twoją głową!
Ekipa podnosi głowy i spogląda na wiszącą nad nimi czarną niczym smoła buczącą chmurę.
O: Mogę go poprosić o rozstrzygnięcie ale nie darmo! Kto się myli ten płaci!
K: No i dobrze. Nawet jeśli to nic to nie zmienia. Nie było umowy więc opłata nieważna.
O: Nieładnie. W takim razie proszę o zwrot dłoni.
K: Dajcie mu dłoń!
PK1 podnosi ze stosu osmoloną dłoń strzygi i podaje Ojcu lecz ten nie reaguje.
K: Bierz!
O: O nie! Wezmę sobie dłoń jaką mi się uwidzi.
K. Nie! To ja rządzę w tym kramie i weźmiesz taką jaką wrzuciłeś!
O: Mogłoby się zdawać. Lecz właśnie podpisałeś umowę.
K: Nic takiego!
O: A jednak! O ile pamięć mnie nie myli kazałeś dać pomocnikowi dłoń ale nie powiedziałeś którą!
Kierownik, który zdążył się już nieco uspokoić znowu robi się czerwona z wściekłości.
K: Na mistrza! Niech będzie! Dość mam już Twojej bezczelności. Bierz którą chcesz!
O: Wezmę!
K: Bierz gnido a wtedy zajmiemy się inną sprawą...
Kierownik uśmiecha się obleśnie przekrzywiając głowę i spoglądając na kryjące się za Ojcem dziecko. Ojciec tymczasem zwraca się do pomocników.
O: Dobrze. Tak jak wasz pan powiedział. Chcę jego prawej dłoni!
K i pomocnicy zgodnie: Co???
Równie zgodnie zamykają usta dłońmi i bledną.
O: Kierownik zawarł umowę na dłoń dowolną- świadków aż nadto. A za wasze pytanie żądam w zapłacie byście mi ją przynieśli natychmiast, bo z wami umowy o pytanie nie miałem!
K: Szalony! Oszalał żywym między umarłymi! Kpisz!
Pomocnicy w tej chwili łapią go i szarpiącego przytrzymują wykręcając rękę lewą za plecami a prawą wyciągając nad stolnicą. PK2 łapie za tasak i bierze zamach. Kierownik ryczy puszczając dym ustami w których prześwitują płomienie. Na głowie pojawiają mu się rosnące zakrzywione rogi a raczej ich zarys z krwawych cieni.
K: Co się dzieje! Jak śmiecie! Będę z was darł skórę! Nieee!
Ostrze tasaka opada
O: Stop!
Ostrze zatrzymuje się w pół ciosu. Wszyscy patrzą na Ojca.
O: Myślę że mógłbyś rozważyć teraz moje wcześniejsze życzenie.
Kierownik charcząc:
K: Zgoda! Rozważę szaleńcze!
O: Raczej wyrazić zgodę niż rozważyć...
K: Cwaniak!
O: Często to słyszę..
K: Nie dam się nabrać. Cwany łotrze. Uratuję rękę a ty zażądasz głowy albo i serca!
O: Przecież go nie masz.
K: Faktycznie. To przez nerwy...
O: Ale nic z tych rzeczy. Za dłoń którą zapłaciłem mam żądanie więcej niż skromne.
K: Tedy je wyjaw.
O: Nie mam wyboru. Chcę... Gazetę.
K: Gazetę... Myślałem że życie wieczne albo diament wielkości jaja Roka.
O: Gazeta w zupełności wystarczy. Czuję że targ dobity...
Kierownik podejrzliwie ale już spokojniej:
K: Dobity.
Ojciec do SK1i2
O: Więc skoro nadal dłużni jesteście mi za pytanie- zamiast ręki przyniesiecie mi gazetę!
Słudzy odwracają się puszczając szefa a ten przez moment stoi rozcierając nadgarstki. Ale kiedy chcą odejść odzywa się.
K: Chwila. Nim zapłatę przyniosą. Mamy tu jeszcze do pogadania. Czasu pod dostatkiem więc bez pośpiechu!
Pomocnicy zatrzymują się. Kierownik spogląda w górę i krzyczy z nagła:
K: Hej Strażniku! Nie śpij. Prawo tu łamią! Pośród dusz żywe ciało, krew i kości się plączą! Wzywam Cię strażniku! Rozkazuję! Wypełnij literę prawa! Zabij co żywe tam gdzie żywemu wstęp zakazany! Zabij chłopca na oczach ojca! To rozkaz!
O: Zdrajca!
K(kpiąco): Znasz nawet moje imię!
Ojciec chwyta dziecko na dłonie i biegnie drogą by wydostać się z miasta. Nikt go nie zatrzymuje. Tymczasem Chmura pęcznieje i trzaskać poczyna wyładowując się czarnymi niczym kosmos błyskawicami. Opada powoli obok autobusu. Podnosi się po chwili odsłaniając od stóp po czubek głowy postać utkaną z czarnych, buzujących płomieni spalających światło wokoło tak iż spoczywa w ciemniejącym nimbie- sama chmura zmniejsza się i znika idąc ku górze tak iż wygląda jakby się nicowała na stronę drugą w tym akcie zmieniając w postać Strażnika. Z grubsza zdaje się postać ludzka, choć nieokreślona przez ciągły ruch na krawędziach czerni jednolitej. W dłoni zdaje się trzymać coś na kształt płomienistoczarnego miecza bądź pełgającej czernią błyskawicy. Cała wygląda raczej na dziurę zawieszoną w przestrzeni niż na trójwymiarową istotę. Obraca głowę (choć ruchu nie widać to wszyscy czują że tak właśnie się stało i że spogląda dokładnie na nich a może i przez nich).
SK. Jestem.
Głosu nie ma lecz rozlega się w głowach tych którzy mają słyszeć.
B Tedy ruszaj! Prawo złamane a rozkaz jasny!
SK: Tak jak rzekłeś.
Czarna pełgająca dziura przesuwa się powoli w kierunku w którym pobiegł Ojciec z dzieckiem na rękach. Gdy odchodzi widzą że z pleców biją mu czarne kłęby dymu układające się na kształt dwóch skrzydeł rozwiewanych przez nieistniejący wiatr.
PK1: Nie widziałem go wcześniej...
PK2: Strasznie wolno się rusza jak na pościg.
K: Nie wasze zmartwienie. Jeszcze nikt nie uciekł Strażnikowi. Tymczasem nie ma co czekać- ten człek raczej nie wróci tu po swoją gazetę... Pakujcie opłatę do beczki i zwijamy kram. Na długo starczy mi tej odmiany.
Kiedy zaczynają z ociąganiem się zbierać rzuca jeszcze z nieskrywaną groźbą w kierunku ich pleców
K: I lepiej by nic z tego co tu zaszło nie dotarło nawet przypadkiem do uszu ościennych! Bo wystawię wam taką opinię że nie znajdziecie zajęcia nawet przy dołach z gnojem u samego Belzebuba!
Światło na scenie przygasa kiedy trójka zaczyna pakować do autobusu swój kram.
Koniec aktu II
K: Nie dam się nabrać. Cwany łotrze. Uratuję rękę a ty zażądasz głowy albo i serca!
O: Przecież go nie masz.
K: Faktycznie. To przez nerwy...
O: Ale nic z tych rzeczy. Za dłoń którą zapłaciłem mam żądanie więcej niż skromne.
K: Tedy je wyjaw.
O: Nie mam wyboru. Chcę... Gazetę.
K: Gazetę... Myślałem że życie wieczne albo diament wielkości jaja Roka.
O: Gazeta w zupełności wystarczy. Czuję że targ dobity...
Kierownik podejrzliwie ale już spokojniej:
K: Dobity.
Ojciec do SK1i2
O: Więc skoro nadal dłużni jesteście mi za pytanie- zamiast ręki przyniesiecie mi gazetę!
Słudzy odwracają się puszczając szefa a ten przez moment stoi rozcierając nadgarstki. Ale kiedy chcą odejść odzywa się.
K: Chwila. Nim zapłatę przyniosą. Mamy tu jeszcze do pogadania. Czasu pod dostatkiem więc bez pośpiechu!
Pomocnicy zatrzymują się. Kierownik spogląda w górę i krzyczy z nagła:
K: Hej Strażniku! Nie śpij. Prawo tu łamią! Pośród dusz żywe ciało, krew i kości się plączą! Wzywam Cię strażniku! Rozkazuję! Wypełnij literę prawa! Zabij co żywe tam gdzie żywemu wstęp zakazany! Zabij chłopca na oczach ojca! To rozkaz!
O: Zdrajca!
K(kpiąco): Znasz nawet moje imię!
Ojciec chwyta dziecko na dłonie i biegnie drogą by wydostać się z miasta. Nikt go nie zatrzymuje. Tymczasem Chmura pęcznieje i trzaskać poczyna wyładowując się czarnymi niczym kosmos błyskawicami. Opada powoli obok autobusu. Podnosi się po chwili odsłaniając od stóp po czubek głowy postać utkaną z czarnych, buzujących płomieni spalających światło wokoło tak iż spoczywa w ciemniejącym nimbie- sama chmura zmniejsza się i znika idąc ku górze tak iż wygląda jakby się nicowała na stronę drugą w tym akcie zmieniając w postać Strażnika. Z grubsza zdaje się postać ludzka, choć nieokreślona przez ciągły ruch na krawędziach czerni jednolitej. W dłoni zdaje się trzymać coś na kształt płomienistoczarnego miecza bądź pełgającej czernią błyskawicy. Cała wygląda raczej na dziurę zawieszoną w przestrzeni niż na trójwymiarową istotę. Obraca głowę (choć ruchu nie widać to wszyscy czują że tak właśnie się stało i że spogląda dokładnie na nich a może i przez nich).
SK. Jestem.
Głosu nie ma lecz rozlega się w głowach tych którzy mają słyszeć.
B Tedy ruszaj! Prawo złamane a rozkaz jasny!
SK: Tak jak rzekłeś.
Czarna pełgająca dziura przesuwa się powoli w kierunku w którym pobiegł Ojciec z dzieckiem na rękach. Gdy odchodzi widzą że z pleców biją mu czarne kłęby dymu układające się na kształt dwóch skrzydeł rozwiewanych przez nieistniejący wiatr.
PK1: Nie widziałem go wcześniej...
PK2: Strasznie wolno się rusza jak na pościg.
K: Nie wasze zmartwienie. Jeszcze nikt nie uciekł Strażnikowi. Tymczasem nie ma co czekać- ten człek raczej nie wróci tu po swoją gazetę... Pakujcie opłatę do beczki i zwijamy kram. Na długo starczy mi tej odmiany.
Kiedy zaczynają z ociąganiem się zbierać rzuca jeszcze z nieskrywaną groźbą w kierunku ich pleców
K: I lepiej by nic z tego co tu zaszło nie dotarło nawet przypadkiem do uszu ościennych! Bo wystawię wam taką opinię że nie znajdziecie zajęcia nawet przy dołach z gnojem u samego Belzebuba!
Światło na scenie przygasa kiedy trójka zaczyna pakować do autobusu swój kram.
Koniec aktu II