8
-Przygotuj pieniądze tak jak się umawialiśmy.- Zajem ruszył w stronę, w którą pokazał Marduk ostrożnie stawiając stopy na kamiennej płycie w której wyryto głębokie spiralne rowy, na których łatwo było skręcić stopę.

-Mam tu wszystko razem. Pieniądze tego mordercy i od siebie niemało. Ale jest jeden problem chłopcze.

Zajem zatrzymał się. Spojrzał przez ramię. Marduk siedział przy ognisku tam gdzie widział go po raz pierwszy. Na kolanach położył sobie sporych rozmiarów kuszę. Pierwszy raz widział taką broń u górali. Marduk spostrzegł jego spojrzenie.

-Ładna prawda? Sprawiłem ją sobie gdym planował zabić Josifa.Trenowałem z nią. Ale naciągnąć to cholerstwo to katorga. I ciężka. Ciężko celować. Ale ty stoisz blisko.- Stary podniósł broń i zważył w rękach.

-To tak? Chcesz się mnie pozbyć? Nie sądziłem że jesteś zwykłym mordercą...

-Nie na bogów! Nic takiego. Po prostu weź swoje pieniądze i odejdź.

Zajem spojrzał na starego a później na majaczące w mroku wejście do jaskiń.

-To o nią chodzi?

-Tak sobie pomyślałem. Że jeśli go zabiję a jej pozwolę odejść to co to za kara? Lepiej jak będzie patrzył jak ją zarzynam nim się nim zajmę. To będzie bolało tak jak mnie bolało gdym zobaczył moją córkę na rękach ludzi.

-Nie!

-Milcz.- Zajem warknął do leżącego Josifa. Wyciągnął oskarżycielsko ramię z wyprężonym palcem w stronę starego.Poprawił drugą ręką zagięty rękaw.

-Nie taka była umowa starcze...

-I co z tego? Co za różnica? Boli Cię to? To tylko wiejska dziewucha. Nie takie rzeczy ci ciążą.

-Może. Nie Tobie mnie sądzić. Ale umowa była inna. Bierzesz chłopaka a dziewczyna wraca.

-Słuchaj...- Stary niepewnie poprawił się na siedzisku. Oparł wyraźnie ciążącą mu w chudych ramionach kuszę na podołku celując w kierunku Zajema.- Strzępimy gęby po próżnicy... Po prostu weź pieniądze i odejdź. Inaczej strzelę Ci prosto w brzuch. Z tej odległości nawet ja nie spudłuję. Odejdź. Pomogłeś mi. Nie chcę mieć i ciebie na sumieniu. Chociaż zabić Cię to byłaby przysługa dla ludzi.

-Marduk... Nie zmienisz zdania?- Zajem stał nieruchomo jak głaz.

-Ani mi to w głowie. Oni już są martwi. Po co Ci to?

-Dobra. Ale zanim odejdę chcę żebyś coś zobaczył. Może to zmieni Twoje zdanie. O Nadii bo na nim mi nie zależy.

-Co?- Marduk spytał podejrzliwie.- Nie kombinuj!

-Spokojnie. Mam to za pazuchą. Tylko nie rób głupstw. Nie podejdę. Tylko wyjmę to co chcę żebyś zobaczył dobrze? Jeśli to nic nie zmieni to zabiorę się stąd bez słowa.

-Dobra. Tylko powoli...

Zajem powolutku położył lewą dłoń na piersi a później wsunął ją za pazuchę przez rozcięcie w bluzie. gmerał tam chwilkę aż namacał pętelkę w którą wsunął palec. Powoli wyciągał rękę. Nie miał pojęcia ile jest luzu. Spust puścił i metalowy trzpień wystrzelił z rękawa pod prawą ręką z wciąż wycelowanym oskarżycielsko w stronę Marduka palcem. Oko było zbyt powolne by to zobaczyć. Trzpień po prostu zmaterializował się tuż pod obojczykiem Marduka, który sapnął i nim spadł z kamienia nacisnął odruchowo spust kuszy. Cięciwa brzęknęła ale bełt nieszkodliwie pomknął gdzieś w ciemność.Zajem skoczył nim jeszcze stary upadł na skały i w dwóch krokach dopadł do niego. Kopniakiem odtrącił kuszę na bok a drugim wymierzonym w głowę ogłuszył starego. Obrócił go na plecy.Ciężko celować całą ręką. Mierzył w mostek ale i tak nieźle.Chybił o kilka cali. Nie było co czekać. Najpierw wyciągnął trzpień wbity do połowy w pierś starego a później swój kozik i podciął staremu tętnicę szyjną. Nie było sensu męczyć go i czekać aż się wykrwawi do płuc. Patrzył przez chwilę jak krew wypływa gwałtownie z rany tłoczona słabnącym sercem a później spojrzał w kierunku Josifa. Chłopak patrzył się na niego rozszerzonymi z przerażenia oczyma.

-Ostrzegałem go.
Podszedł do związanego i kucnął przy nim. Josif spojrzał w jego oczy ale nie było tam nic poza zimnym skupieniem.
-Zabijesz mnie?
Zajem wzruszył ramionami.
-Wiesz że nie mam wyjścia.- Josif chciał coś powiedzieć ale Zajem pokręcił głową.
-Wiem. Obiecasz że nikomu nie powiesz i takie tam. Nawet jestem pewien że teraz możesz tak myśleć. Ale gdy zejdziesz z góry. Gdy zaczniesz myśleć czy aby się nie rozmyślę i cię nie uciszę...Prędzej czy później i tak byś mnie wydał. Po co mi to? Zejdę z góry i powiem całą prawdę. Z wyjątkiem tego że to Marduk porwał dziewczynę i razem z Tobą spadł w przepaść... Kawałek trzeba będzie was nieść ale ile będą mieli zabawy nim znajdą wasze Ciała! A nie będą szukać śladów tutaj bo po co?

Zajem zamilkł bo dopiero teraz spostrzegł że Josif wytrzeszcza oczy tak że nieomal wu z oczodołów wychodzą ale nie patrzy na niego tylko za jego plecy.
-Stara sztu...- Nie dokończył bo jednak się obrócił czując dziwne coś rozchodzące mu się niczym ciarki po plecach i widząc kątem oka fiołkową poświatę.
Skały świeciły. A dokładniej rzecz biorąc ryte w nich głęboko rowki układające się w spirale i krzaczaste runy. Bił od nich ciemny blask jakby wypełnione były fioletowym ciemnym płynem. Tam gdzie leżał Marduk a jego krew wypełniła ryty blask był krwistoczerwony i najjaśniejszy. Powoli rozpływał się rozjaśniając kolejne partie skalnej płyty i zmieniając fiołkowy blask na krwistoczerwoną poświatę.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
2
Leżał powoli odzyskując zmysły w walce z obezwładniającym go bólem i mdłościami. Wypływał na powierzchnię świadomości ciężko walcząc by nie zapaść się znów w niebyt. Sapnął raz i drugi a potem jęknął i wypluł zgromadzoną w ustach gorzką flegmę. Poruszył się a potem szarpnął gdy poczuł skrępowane na plecach dłonie i wrzynający się ponad kostkami nóg szorstki sznur. Rzucił się jak gruba i niezgrabna gąsienica.

-Spokojnie.

Przewrócił oczami ale nadal widział tylko ciemność i jakieś błyski. Ktoś szarpnął nim i obrócił. Musiał leżeć twarzą do skały a teraz wpatrywał się w ognisko łzawiącymi oczyma. Ktoś podciągnął go do pozycji siedzącej i oparł o coś twardego. Przez chwilę kręciło mu się w głowie i obraz kręcił się podobnie w oczach aż go znów zemdliło. Ale po chwili mógł już patrzeć jeśli przymknął oczy na tyle że tłumił mdłości i ból pulsujący z potylicy. Zza jego pleców wyszedł Zajem i przykucnął przy ogniu. Patrzył na towarzysza nie bardzo mogąc umiejscowić go w sytuacji.

-Co się?

-Spokojnie.- To był głos Marduka. Przekręcił głowę i odszukał starego. Siedział po drugiej stronie ognia trzymając w dłoni swój upalony patyczek.

-Co się dzieje?

-Spokojnie chłopcze. Dobrze się czujesz?

-Czemu jestem związany? Marduk co się dzieje? Zajem?

Zajem nie odpowiedział tylko odszedł gdzieś wychodząc z jego pola widzenia ale Josif słyszał że jest tam gdzieś z tyłu.

-Nie martw się o kolegę Josif. Wszystko z nim dobrze. To sprawa między Tobą, mną a dziewczyną.

Te słowa zmroziły Josifa. Nadia!

-To ty! Ty ją porwałeś! Jeśli coś jej zrobiłeś!

-Ależ nie ja. Gdzie mnie staremu, schorowanemu byłoby porwać taką dorodną dziewuszkę jak Nadia. I nie o niej myślałem kiedy mówiłem że to sprawa między nami a dziewczyną.

-Co? Więc o co chodzi? Gdzie jest Nadia!

-Nadia... No niedaleko. Bezpieczna w grocie. Żeby nie przeszkadzała. Ale to nie o niej ta historia. Przynajmniej nie teraz. To o Soneczce.

-Soneczce?- Imię zbiło Josifa z pantałyku.

-Tak kurwa!- Marduk wrzasnął to podrywając się na nogi aż się zachwiał i cisnął swój patyk niezdarnie tak że odbił się od twarzy Josifa dziobiąc go ostrym, upalonym końcem w polik.

-Myślisz że nie wiem co się stało? Doskonale wiem! Wiem kurwa!Zawsze wiedziałem!- Stary pokuśtykał dookoła ogniska i przykucnął stękając przed Josifem.
-Nic nam nie powiedziała. Ani mnie ani matce. Nic. Ale umiała pisać. Zostawiła list. Kapłan nam go przeczytał. To byłeś ty!Ty ją zbałamuciłeś! Ty ją omotałeś. Niewinną. Dziewczynę. A później... Stary sapnął i złapał Josifa za koszulę. Niezdarnie próbował przyciągnąć go do siebie ale nie miał tyle siły więc tylko odepchnął tak że chłopak boleśnie uderzył o skałę za plecami. Stary stał nad nim sapiąc z wściekłości.
-Chcesz kończyć?- Za słowami pojawił się Zajem trzymając w dłoni toporek.
-Nie!- Stary wysapał to mierząc nienawistnym spojrzeniem wodnistych oczu Josifa.
-Nie.- Dodał już spokojniej.- Za dużo mnie to kosztowało żeby skończyć od tak. Za dużo.
Wrócił na swoje miejsce i opadł na kamienne siedzisko.
-Rozumiem. Ale to już nie moja sprawa. To miejsce...- Zajem zatoczył toporkiem krąg wokoło siebie,- To miejsce jest dziwne.
-Dziwne?- Marduk rozejrzał się jakby je pierwszy raz zobaczył.-Tak... Dlatego je wybrałem. To Posadnik. Królestwo Gnomów. A to wejście do niego. Albo ich świątynia. Albo pałac. Albo sracz. Nie wiem. Wszędzie tu pełno ich run i znaków. Dlatego nikt tu nie przychodzi od lat. Prócz mnie. Znam tą górę i jaskinie od małego.Nic tu nie ma. Poza ruinami. Więc nie trząś gaciami.
-Tak? No i dobrze że nie ma. Ala to nie zmienia rzeczy. Ja swoją robotę zrobiłem.
--I dostaniesz zapłatę.
-Zrobiłeś to dla pieniędzy? Porwałeś Nadię?- Josif spojrzał na Zajema z nienawiścią ale ten nie wyglądał na zmieszanego.
-Nie.- Marduk zaśmiał się chrapliwie.- Nie dla pieniędzy.Kiedy zostawiłeś Soneczkę. Moją kruszynkę... I kiedy ona...Chciałem cię zajebać własnymi rękoma. Gdyby nie Ana... Gdyby nie to że zostałaby sama... Dawno bym cię zajebał. Musiałem się nią zająć. A później odeszła. Bidulka. Nie wytrzymała smutku. I toteż była Twoja wina.
Stary podszedł do skały i począł wodzić palcem po wyrytych w niej znakach i symbolach jakby śledził ich linie.
-To nie byłem ja! Nie chciałem tego! Gdybym...
Stary doskoczył do związanego i kopnął go z rozmachem w brzuch nieomal wywracając się przy tym Josif jęknął i zaczął się dusić flegmą. Zajem odepchnął starego delikatnie i przewrócił Josifa na bok. To pomogło. Młody wykaszlał flegmę i krew i zaczął łapać oddech.
-Zamknij się! To tylko Twoja wina. Gdybyś jej nie zostawił żyłaby do dzisiaj. Gdybyś jej nie zawrócił w głowie a później nie odszedł nie skoczyłaby w przepaść! Jej matka by żyła!

Stary zamilkł na chwilę po tym wybuchu kucając i zbierając siły.

-Straciłem nadzieję na zemstę. Wiesz? Mogłem cię gdzieś zwabić i spróbować zdzielić siekierą z zaskoczenia. Ale jestemj uż stary. Bałem się że się nie uda i że unikniesz kary. Aż znalazłem jego. Zajewa. Leżał w lesie. W gorączce. Wziąłem go do siebie. Blisko było. Dałem radę zaciągnąć. Coś mnie tknęło.Chyba bogowie. Pewnie by umarł. Wiesz taki był chory. Ale gadał w malignie. Dużo gadał. I poznałem że to bogowie mi go zesłali.Wiesz ile wydałem na zioła i leki? Dużo. Ale opłaciło się.Wiedziałem że mi pomoże. Nie z wdzięczności. Nie ze strachu że za dużo wiem. O nie. Pomoże bo taki właśnie jest. Dla niego porwać dziewczynę... Zwabić Cię tu... To drobnostka.. Nie takie...

-Dość!- Zajem powiedział to bez złości. Ale ton był zimny.Na tyle zimny że stary zamilkł.

-Nie mam całej nocy. Później będziesz miał tyle czasu ile będziesz chciał żeby z nim gadać. Mnie nic do tego ale nie muszę tego słuchać. Tylko nie przesadzaj. Bogowie są wredni i lubią wodzić ludzi za nos. Zabij go, bo lepiej żebym nie zszedł z góryi powiedział że zginął ratując dziewczynę a on się pojawi następnego dnia żywy.

-Tego możesz być pewien chłopcze.

- Czekaj! Nie zostawisz mnie tak? Uratowałem Ci życie! Nie zostawiaj mnie temu szaleńcowi.- Josif wił się i próbował uwolnić ale Zajem podszedł i chwycił go za włosy szarpnięciem odchylając jego głowę do tyłu.

-Milcz. Słuchaj. Umrzesz. To pewne. Ale Nadia będzie żyła.Rozumiesz? Nie wie kto ją porwał i się nie dowie. Sprowadzę ją do doliny. Ty umrzesz ale ona nie zapłaci za Twoje grzechy. Więc bądź grzeczny.- Puścił włosy Josifa a ten legł na skale dysząc ciężko ale milcząc.

-Właśnie. Gdzie dziewucha?

-W jaskiniach. Tam za Tobą. Musisz zejść głębiej bo leży tam związana jak baleron. Daleko żeby nie słyszała co się dzieje.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
2
Rzeczywiście tropienie Marduka nie było sztuką. Nawet Zajem wyraźnie widział ślad wygnieciony jego koślawymi stopami. A jeśli ginął gdzieś na spłachcie skał to odszukiwał go wzrokiem po jej drugiej stronie. Ślady prowadziły jak strzelił omijając tylko większe i mniejsze głazy.

- Idzie jakby wiedział dokąd...

-Stary zna tą górę. Może wie gdzie mógł się schować porywacz.

-To czemu nic nie rzekł? Nie pytałeś?

-Nie. Nie chciałem zdradzić się z zamiarami.

-Może to nie było mądre.

-Może. Tyle że po szkodzie to każdy mądry.

Szli dalej w milczeniu aż do miejsca gdzie trawa zaczęła ustępować skałom i zanikać. Niestety, ślady zanikły wraz z nią. Josif szukał coraz bardziej nerwowo, tym bardziej że zaczął zapadać jak to w górach gwałtowny mrok gdy Słońce w końcu spłynęło za szczyt. Gdyby nie wschodzący Duży siedzieliby tu w całkowitych ciemnościach.

-To koniec.- Głos Josifa przepełniała frustracja i gniew.

-Nie sądzę. Patrz.- Chłopak popatrzył gdzie mu Zajem pokazywał i zobaczył wysoko na skałach pełgające czerwone refleksy.

-Ogień!

-Tam muszą być. Daleko to?

Josif potrząsnął głową.

-Sto metrów w górę czyli mniej niż trzysta licząc po ziemi.

-Blisko. Trzeba się podkraść. Ale przygotować też.

-No to się gotujmy.

Josif wyciągnął siekierkę- górale w razie walki polegali na swoich krótkich toporkach i zwinności. Zajem podobnie wyciągnął zza pazuchy toporek ale nim to uczynił długo grzebał w rękawie jakby mu tam co wpadło albo wytrząsał mrówki. Aż się Josef spieklił w duchu ale nic nie mówił. W końcu jego towarzysz widać uznał że jest gotów bo wskazał ostrzem toporka trzymanym w lewej ręce by ruszali.

Skradali się powoli. Ale więcej uwagi przykładali by nie poruszyć stopą czy ręką jakiego luźnego kamienia i nie strącić go ze skały niż temu by ich kto zobaczył bo z początku wspinali się ze skały na skałę z widokiem zasłoniętym kolejnymi aż nie trafili na krętą ścieżkę pomiędzy głazami gdzie widok był na kilka kroków zaledwie. Płomienie rzucające cienie musiały być coraz bliżej bo choć samego ognia nie widzieli to rosła łuna jaką rzucały na skały a w końcu usłyszeli nawet trzaskające skry.Josif przyłożył palec do ust choć obaj wiedzieli że teraz może ich zdradzić każdy hałas. Szczęściem ponoć Gnomy doskonale widziały w mroku to słuch miały nie najlepszy. O ile to były Gnomy a nie podli ludzie... W końcu doszli do ognia- nie mogli być dalej niż o jeden głaz przesłaniający im na niego widok. Josif pokazał Zajemowi by został z tyłu a sam ostrożnie wysunął bokiem głowę zza głazu by przekonać się cóż znajduje się przed nimi nie zdradzając własnej obecności.

Pierwsze co zobaczył to oczywiście niewielkie ognisko rozpalone wprost na żywej skale i zgromadzony obok zapas drew. Gdy już wyostrzył wzrok spostrzegł też postać siedzącą obok ognia bokiem do niego. Marduk. To nie mógł być nikt inny. Stary siedział i niespiesznie grzebał w popiele długim kijkiem którego czubek dymił i świecił się żarem. Pierwsze co chciał zrobić Josif to wstać i spytać o to co się dzieje. Ale nogi ugięły się pod nim.Brzydkie uczucie zakiełkowało mu we wnętrznościach. Podejrzenie dławiące niczym piekąca zgaga podchodząca do gardła. Chciał się obrócić ale wtedy w jednej chwili wszystko się zawaliło i urwało.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
10
Leżeli dysząc ciężko na soczystej trawie ledwo krok czy dwa od krawędzi. Wspinaczka kosztowała ich prawie wszystkie siły. Musieli odpocząć. W końcu jednak Zajem zebrał się w sobie i usiadł na trawie. Górska łąka ciągnęła się stroma i pofałdowana pełna wielkich szarych głazów. Dalej widok przesłaniał spękany masyw Posadnika.

- I co teraz?

Josif usiadł obok.

-Podejdziemy do skał i znajdziemy gdzieś punkt z którego widać wejście na hale. Marduk przyniesie o zmierzchu okup. Mieliśmy go tu złożyć. Pewnie będą obserwować wejście tak jak my. Poślą kogoś po dobro a my pójdziemy jego śladem do ich leża.

- A ten okup to ściema?

-No raczej. Zażyczyli sobie dwieście denarów w złocie.Dwieście!- Josif zamilkł przestraszony swojego podniesionego głosu.Do skał było daleko i nie było szans żeby go kto usłyszał.-Legendy mówią że mają wszystkie skarby gór. Złota w bród a łaszczą się na dwieście denarów.

-Może to nie Gnomy? Może to po prostu zwykłe szumowiny? Tak czuję że jak dojdzie co do czego to okaże się że znamy te"Gnomy", że z nimi w kopalni pracowałem albo ty na wyrębie.

Josif nachmurzył się.

- Czuję że masz rację. Choć wolałbym żeby to były Gnomy. Pogoniłbym je. Ale jeśli to nasi. Jeśli to ktoś kogo znam... Nie daruję.

- Ale że dwieście denarów? Masz takie pieniądze?

Josif zaśmiał się.

-No skąd? Z pracy przy wyrębie? Uzbierałem do worka może ze dwie podwójne marki jakby to wszystko zliczyć. I jeszcze Marduk dostał dwadzieścia miedziaków za to że zgodził się worek przynieść.

-Przynajmniej on nie jest do końca tchórzem.

-Tak...- Josif wydawał się dziwnie zmieszany. - To dobry człowiek. Może... Może przez to co przeszedł.

-Co to znaczy?

- Parę ładnych lat temu jego wnuczka się powiesiła. Jego oczko w głowie. Jego i jego żony. Oboje ją wychowywali bo matka uciekła na niziny.

-Smutne.

Josif patrzył w niebo ponad Posadnikiem.

-Smutne. Góry to smutne miejsce.

-A czemu się powiesiła?

-A kto to wie? Różnie ludzie gadali. Jakaś zawiedziona miłość? Już podlotkiem była. Stary się załamał chyba. Ale jakoś doszedł do siebie. Od tamtej pory się zmienił. Jakiś bardziej ludzki się zrobił. Aż dziwne. Bo bym pomyślał że po takim czymś to się człowiek zamknie, zapiecze w sobie.

-Tak to bywa. Jeden się złamie a innego zahartuje.- Zajem wstał.- Ruszamy?

- Dobrze. Podkradniemy się między skałami. Poczekamy aż stary przyniesie okup i zobaczymy kto go odbierze. Czy bandyta czy Gnom.

-A co potem?

-Potem pójdziemy za nim. Zaprowadzi nas do Nadii.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0
Szybko przygotowali się do wspinaczki. Josif obserwował jak Zajem wiąże liny i czynił mu drobne uwagi ale Nizinniak poradził sobie świetnie. Węzły wiązał nie do końca takie same jak górale ale wydawały się równie solidne. A o to chodziło. Na koniec zarzucili puste już plecaki na ramiona i popatrzyli po sobie.

-Ruszamy?

-Jeszcze jedno. Nie przywiążemy się liną? W razie jakby któryś odpadł?

-Nie. Nikt tak nie robi. Jak odpadniesz i cię haki nie utrzymają to ja tym bardziej. Tylko byś mnie pociągnął za sobą. Ściana nie jest pionowa. Jak odpadniesz dziabaj wszystko młotkiem i czepiaj się skały. Może się uchwycisz. Gdybyśmy obaj lecieli to nie ma szans- nawet jak chwycisz się czegoś to przelecę obok i i tak cię ściągnę.

- Rozumiem. Przemyślane.

Zajem chwycił pierwszy lepszy występ skały i zaczął się podciągać.

- Nie wspinamy się obok siebie żeby jeden drugiemu na głowę nie zleciał.- Odszedł kilka kroków w bok.- Jeszce jedno. Jakbyś leciał... To staraj się nie krzyczeć dobrze? Po górach głos się niesie.

Zajem przewrócił oczami i zaczął wbijać pierwszy hak w szczelinę w skale nad głową.


                                              *         *         *


Zajem zaklął ale było już za późno. Ręka obsunęła się po mokrym głazie i opadł kilka centymetrów. Nie pierwszy raz ale tym razem i skała pod stopą na którą opadł skruszyła się.Stęknął czując jak leci szorując po skale. W panice chciał się wbić palcami niczym pazurami w popękaną skałę wypuszczając ściskany w ręku czekan. Nie było czasu się bać. Zastrzyk adrenaliny odciął strach. Trzasnął hak wyrwany jego ciężarem ze skały. Leciał. Jest! Chwycił się czegoś raniąc boleśnie dłoń.Przywarł do niemal pionowej ściany. Ostrożnie spojrzał w górę.Hak. Chwycił się haka. Zaczął macać dookoła . Nie było się czego chwycić. Zaczynał panikować. Coś skrzypnęło i zobaczył że hak którego się trzyma wysunął się ze ściany centymetr.Włosy podniosły mu się na głowie. Rozpaczliwie zamachał nogami i wolną ręką. Hak znowu opadł. Zamarł. Dosłownie czuł jak stal milimetr po milimetrze ustępuje przechylając się w dół. Skupił wzrok na żelazie jakby chciał je owym spojrzeniem podtrzymać.Brzęknęło wyskakując. Opadł. I zawisł. W mocnym uścisku.Otworzył zaciśnięte kurczowo oczy. Josif wisiał nad nim trzymając się jedną ręką liny którą był przewiązany w pasie a drugą trzymał go za nadgarstek.

-Wbijaj. Długo nas nie utrzymam.

-Nie mam młotka.

Josif zaklął.

-Złap mnie za nogi. Jak puszczę linę to na pewno nas pociągniesz w dół.

Zajem zrobił jak mu powiedział. Objął nogi Josifa mocnym uściskiem.

- Dobra. Mam młotek przy pasie. Musisz go sięgnąć. Będę cię trzymał.- Poczuł że góral oplata go pod ramionami liną.Przytrzymuje. Ostrożnie puścił się jedna ręką i zaczął gmerać przy jego pasku. Przez chwilę szarpał się z zaczepem gdy namacał młotek. W końcu udało mu się go uwolnić. Teraz. Lina. I hak.Gdzieś musiał wisieć. Jest. Sięgał powoli.


Koniec cz 1.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
4
Josif skrzywił się słysząc to imię boleśnie. Zabolało bardziej niż się spodziewał. Może dlatego że nie miał czasu myśleć o niej podczas wymagającej skupienia wspinaczki i teraz przypomnienie jej imienia trafiło celniej? Nic nie powiedział bo i nic do powiedzenia nie było. Zajem nie chciał mu dopiec. Josif otarł pot z czoła i ruszył naprzód mijając ostatnie drzewa i wychodząc na o wiele bardziej płaską przestrzeń Pichty porośniętej niskimi krzakami, głazami pokrytymi mchem i kolczastymi roślinami. Rozciągała się daleko- pewnie z milę,gdzie przechodziła w pionową potrzaskaną ścianę masywu Posadnika. Ruszył rozgarniając krzaki, nie musiał już używać rąk. Zajem stał jeszcze chwilę jakby się zastanawiając po czym ruszył za prowadzącym.

Choć Pichta nie była nawet w części tak stroma to czepiające się kolczaste krzaki, głazy na które trzeba było się wspinać lub je obchodzić dały im się we znaki. Minęło kilka godzin nim stanęli wreszcie pod ścianą Posadnika. Jeśli Josif się mylił i Gnomy miały obserwatora z tej strony to musiały mieć niezły ubaw obserwując jak się powoli zbliżają. Nic na to jednak nie mogli poradzić. Josif rzucił plecak na skały i zadarł głowę do góry. Ściana musiała mieć z tysiąc stóp wysokości i choć niebyła pionowa a lekko od pionu odchylona i mocno spękana to stanowiła nieliche wyzwanie. Spojrzał na towarzysza.

- Mówiłeś że dasz radę. Przyjrzyj się. Bo jak zaczniemy nie będzie odwrotu.

Zajem rzucił swój plecak obok Josifowego i zadarł głowę jak on. Przez długą chwilę milczeli.

-Dam radę. Zresztą nie telepałem się tu od świtu żeby usiąść i podziwiać jak się wdrapujesz. Nie martw się. Długi czas żyłem w górach i trochę się wspinałem.

-Myślałem że nie jesteś góralem.

-Bo nie jestem.

Zajem zamilkł wyraźnie nie mając ochoty zgłębiać tego tematu.

-Dobra. Zjedzmy coś i odpocznijmy. Jak zaczniemy to nie będzie na to już szans.

Usiedli i podzielili się chlebem i kozim serem. Josif przyglądał się ukradkiem swojemu kompanowi. Nie mógł go rozgryźć a pytać było głupio. No bo jak? W końcu jednak nie wytrzymał.

- Słuchaj... Dziękuję. Nie pomyślałem wcześniej. Te nerwy. Dzięki że mi pomagasz.

-No mówiłem. Nie ma sprawy.

-No tak ale wiesz. W miasteczku. Tylu ludzi. Znają mnie i Nadię.Myślałem że to coś znaczy. A kiedy potrzebowałem... Widziałeś.Wszyscy spuścili głowy. Nikt się nie ujął. Prócz Ciebie.

Zajem żuł powoli resztki chleba. Strzepnął okruszki z koszulina piersi.

- Tak trzeba. Zresztą te Gnomy. Miejscowi strasznie się ich boją. Może gdybyś ich nie wystraszył...

Josif znowu poczuł złość na siebie która podczas wędrówki wyparowała wraz ze zmęczeniem. Racja. Wpadł do karczmy jak głupi wrzeszcząc że Gnomy porwały Nadię. Narobił takiego rabanu że zleciało się pół osady. Nawet pokazał im list, który zostawiły... Wszyscy go widzieli. Debil... Wystraszył tych przesądnych durni. Mógł coś wymyślić.
- Moja wina. Nie myślałem rozsądnie.

-Ale czemu tu się tak boją tej legendy?

-Legendy? Ostrzegałem Cię. To Posadnik. Znaczy ta góra. To wejście do kraju Gnomów. Ludzie mówią że gdzieś na szczycie jest brama.

- Ludzie mówią? To nikt jej nie widział?

-No nie. Ludzie od dziada pradziada unikają tej góry. Jest przeklęta.

-Hm... A ten dziadek? Nie pamiętam... Jak mu było... Czy nie mówił że pasał tu owce?

-Marduk? No. Ale to było dawno. Kiedyś z doliny szła ścieżka aż na hale. Można było przegnać owce. Ale to było dawno. Nim się urodziłem chyba. Któregoś roku przyszła burza i zerwała ścieżkę.Człowiek się wespnie ale nie stado owiec. A nikt nie przyjdzie wytyczać nowej.

-No ale to przeczy sobie tak? Góra jest przeklęta i nikt od wieków tu nie bywa a Marduk owce pasał i nic mu nie było?

-Jemu nie. Ale inni ginęli. Tylko szaleńcy się zapuszczali na hale Posadnika. A królestwo Gnomów zaczyna się ponoć za nimi. Tam gdzie nagie skały już. Zresztą sam widziałeś. Ludzie jak poprosiłem o pomoc jakby ogłuchli. Żaden się nie zaoferował. A przecież to nie tchórze... Sami twardzi górale. Górnicy, drwale,pasterze.

-No widziałem. Dziwne mi się to zdało.

- Bo tak jest. Ale co poradzisz? Zresztą przekonamy się niezdługo.

-Nie brzmi zachęcająco.

-Już mówiłem. Nie chcę byś szedł z musu.

-Spokojnie. Tylko żartowałem. Nie wierzę w te wasze Koboldy i inne elfy. Ale jest tak jak mówisz. Ktoś Nadię porwał i pismo z żądaniem okupu zostawił. A jeśli kobietę mógł unieść i pisać to i łeb mu można ukręcić.

Zajem uśmiechnął się, poklepał Josifa po ramieniu i począł z plecaka wyciągać liny i haki.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
4
Już samo przedzieranie się przez chaszcze i krzewy byłoby wyczerpujące. Robienie tego gdy kamienisty stok nachylony był miejscami niemal pionowo sprawiał że poruszali się w żółwim tempie. Z drugiej strony gdyby nie te zarośla to pewnie musieliby używać lin i haków żeby w ogóle móc się posuwać do przodu. Tak wystarczały tylko ramiona zaprawione w ciężkiej pracy. Przynajmniej do czasu aż nie wyjdą ponad linię lasu. Dalej mogło nie być już tak miło. Josif podciągnął się i ze stęknięciem przerzucił ciało ponad krawędzią na błotnistą półkę porośniętą jakimiś okapującymi wodą liśćmi. Po chwili pojawiły się ręce jego towarzysza więc złapał za nie i pomógł mu się wciągnąć. Leżeli tak oparci o pień wczepionej w skały sosny spoglądając pomiędzy gałęziami w dal na przeciwległy stok doliny odległy o dobre kilka mil.

- Myślisz że daleko jeszcze?

Josif zmrużył oczy i przez chwilę zastanawiał  się oceniając dystans i wysokość na jakiej byli.

-Trudno rzec. Tu w Jaskółczej dolinie drzewa wyżej rosną niż nad Wściekłym potokiem. Ale myślę że już blisko krawędzi.

-Lepiej by było. Dnia ubywa a noce szybko jeszcze nadchodzą.

Josif potarł niedogoloną brodę dokładając na niej kolejną warstwę brudu z dłoni.

-Aż tak późno nie jest. Jeszcze południa nie ma. Ciemno bo szczyty tu zasłaniają Słońce inaczej niż nad Wściekłym.

-Skoro tak mówisz.

Słowa towarzysza zmartwiły Josifa, bo znów przypomniały mu o tym, że Zajem jest tu obcy. Nie zna nie tylko okolicy ale pewnie zupełnie gór. Choć z drugiej strony spisywał się do tej pory nadzwyczaj dobrze. Zaskoczyło go to że po tylu godzinach nieprzerwanej wspinaczki w dzikim terenie ten Nizinniak zachował siły. To był dobry znak. A Josif potrzebował każdej oznaki, tego że los im sprzyja, choćby najmniejszej.

- No to ruszajmy. Przekonamy się jak wysoko jeszcze do Pichty.

Josif pochylił się zbierając plecak tak żeby Zajem nie widział jego uśmiechu. Nie chciał urazić obcego, który starał się widocznie pokazać że zna się na miejscowej gwarze. Ludzie gór Pichtą nazywali tą cześć stoków gdzie drzewa nie znajdowały już dość miejsca między skałami by zapuścić korzenie i znikały ustępując pola krzakom jałowca i karłowatym płachtom psiej sosny. Widocznie Nizinniak zasłyszał gdzieś to słowo i teraz nagle mu się przypomniało...

-Dokładnie przyjacielu.

Żmudna wędrówka znów się rozpoczęła ale jak gdyby góry podsłuchały ich rozmowę i postanowiły zakpić sobie z nich już po minięciu najbliższych drzew przekonali się że krawędź Pichty jest bliżej niż się spodziewał. Wystarczyło kilkadziesiąt metrów by minąć ostatnie pnie. Kolejny dobry znak. Ale i czas na decyzje. Przywołał więc towarzysza i przykucnęli w paprociach trzymając się pnia by nie ześlizgnąć się po błotnistej skale.

-Pichta.- Josif wskazał w górę stoku ale Zajem pokiwał głową dając znać że też już to zauważył.

- Dalej może być ciężko. Stary Marduk mówił że skrajem idzie ścieżka dla owiec kędy ganiali je na hale. Pichta idzie płasko ale za nią skała pionowa i wspinać się będzie trza ale w takim miejscu coby nas z góry nie znaleźli oczyma.

-A nie będą pilnować z góry? Może to bez różnicy jak nas zobaczą tak czy siak.

-Nie. Gnomy myślą że ludzie to niedojdy. Że nie znają gór.Mają się za lepszych. Nie będą pilnowały skały bo nie wierzą że możemy się na nią wspiąć Będą pilnowali ścieżki na hale.

-A skąd wiesz że to nie gdzieś tutaj.

Josif pokazał na przeciwległą stronę doliny i widoczne tam granitowo szare szczyty.

-Zęby Króla. Te szczyty. Gdybyśmy byli przy wejściu ścieżki na hale to byłyby z drugiej strony góry. Tedy Gnomy pilnują po drugiej stronie a tu żeby pilnować musieliby obejść szczyt. Są pewni siebie i leniwi.

-Rozumiem. No to ruszajmy. Niech Twoja Nadia nie czeka.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
31
Jaśnie Oświecony Rząd znów podniesie mandaty drogowe! Jej!
https://filarybiznesu.pl/finanse/wokol-pieniadza/resort-chce-zaostrzyc-przepisy-za-przekraczanie-predkosci/a25112

Ale jednak coś mi tu nie pasuje, postanowiłem to wszystko policzyć.

Uwzględniłem dodatkowo, że koszt utrzymania służb, wypłat odszkodowań, opieki zdrowotnej, zasiłków itp. to ok. 30 000 000 000  - 37 900 000 000 PLN/rok.

https://logistyka.rp.pl/drogowy/art40519661-trup-na-drogach-sciele-sie-gesto

https://orka.sejm.gov.pl/Druki10ka.nsf/0/195723D8DE6D7F18C1258B27002A5EC0/%24File/422.pdf
Rok bez podwyżek mandatów rokiem straconym!
Rok bez podwyżek mandatów rokiem straconym!
Czyli uwzględniając, że koszt obsługi tego syfu w 2023 roku wyniósł według zejmu 37 900 000 000 + 1 169 639 000 z mandatów, daje nam 39 069 639 000/24 125 (tyle osób rannych, martwi nas nie interesują) = 1 619 466,90.

To ja proponuję, żeby mandatów i przepisów nie zaostrzać, a zrobić umowę społeczną, w której każdej ofierze wypadków drogowych wypłaca się 100k jeżeli jest winna i 300k, jeżeli jest niewinna, pozwolić się wszystkim leczyć prywatnie w Czechach za te pieniądze, a całą resztę kosztów, czyli jakieś 75%, zredukować, zwolnić wypierdolić z roboty.

*A tak humorystycznie dodam, że żadne mandaty nie zapewnią takiego poziomu bezpieczeństwa w ruchu drogowym, jak dofinansowana gwarantowana refundowana terapia pavulonem dla każdego uczestnika wypadku xD
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.076419830322266